Krzysztof Pawlak wstydzi się, że Gorzów popełnił grzech bezpiłkarstwa

Tragedia, że nie zabiło nas 2,5 mln zł długu, tylko 50 tys. na minimum do życia dla piłkarzy. Tyle warte było dokończenie sezonu, aby później ratować gorzowską piłkę sprzedając miejsce w lidze. Nikt do nas ręki nie wyciągnął, mam żal do władz miasta - mówi trener GKP.
W czwartek dyrektor gorzowskiego klubu Mariusz Niewiadomski wysłał do PZPN pismo o wycofaniu drużyny GKP z rozgrywek pierwszej ligi. Trener Krzysztof Pawlak został w Gorzowie do samego końca. Wyjechał do rodzinnego Poznania dopiero wtedy, gdy PZPN potwierdził, że pismo dotarło do związku.

Kamil Siałkowski: Zbliża się weekend, rozmawiamy, jak zwykle przed meczem. Ale żadnego meczu nie będzie. GKP Stilon z Flotą nie zagra, nigdy już w tym składzie nie zagra...

Krzysztof Pawlak: Człowiek funkcjonuje, jakby za chwilę miał być kolejny ligowy występ. Strasznie się na tym łapię. Na weekend majowy pojechałem do domu. Siedzę z żoną i dziećmi, a oni patrzą na mnie, jakbym piernik wie, skąd spadł... Poruszam tematy, których już praktycznie nie ma. Jadę na stadion, jak na normalne zajęcia. Dopiero tu zobaczyłem [rozmawialiśmy w środę popołudniu - przyp. red.], że one nie są normalne, nie mogą być. To są ostatnie zajęcia.

To, co się wydarzyło, to jest jakiś kosmos, dramat niewyobrażalny. Trudności były w Gorzowie od początku mojej pracy, ale że tak się to wszystko zakończy, nie spodziewałem się.

Gdy przyszedł pan do GKP, nie zauważył w tym klubie niczego niepokojącego? Wszystko kręciło się przecież wokół jednego człowieka - prezesa Sylwestra Komisarka.

- Trudno mi to ocenić. O sprawach klubowych rozmawiałem z dyrektorem Niewiadomskim. Z prezesem spotkałem się w życiu może ze trzy, cztery razy. Nasze relacje nie należały do idylli. Chyba nie mieliśmy żadnego wspólnego tematu, nie umieliśmy znaleźć wspólnego języka, nawet w sprawach piłki. Zresztą zawsze żyłem dobrze nie z prezesami, ale z piłkarzami.

Teraz wychodzi, że w GKP o wszystkim decydował Komisarek i wszystko od niego zależało. Nie jest sztuką rządzić, jak ma się kupę pieniędzy. Ale czy naprawdę to z Gorzowa musiała wypłynąć taka błaha i banalna nauczka dla innych klubów?

Lepiej byłoby chyba, gdyby zespół do rundy wiosennej w ogóle nie przystąpił.

- Trudno to było przewidzieć. Zaczęliśmy treningi w styczniu, też było bardzo ciężko. Ale pojechaliśmy na obóz do Wisły, prezes Komisarek wypłacił też chłopakom jedną wypłatę. Nawet po walnym, na którym prezes zrezygnował, były powody, aby się łudzić. W sumie szkoda, że Komisarek dał pieniądze na ten obóz. Nie byłoby zgrupowania, to zespół by się wtedy rozpadł. Dalsza praca nie miałaby sensu. A tak, ambitni piłkarze, chcieli trwać. Nie było działacza, który powiedziałby "stop". Polonia Słubice potrafiła to zrobić w zimowej przerwie. My najedliśmy się wstydu na kilka kolejek przed końcem ligi. W najgorszym momencie.

Rozpada się gorzowski klub. Ale nie zapominajmy, że za chwilę rozjedzie się po Polsce naprawdę ciekawa drużyna, jedna z najbardziej perspektywicznych ekip w pierwszej lidze.

- Nadal nie mogę w to uwierzyć. Niesamowicie się z tymi chłopakami związałem [trener Pawlak z trudem powstrzymuje łzy - przyp. red.]. Zespół wiedział, że nie tylko biegam z batem, stoperem, gwizdkiem... Wiedział, że ma we mnie przyjaciela. Stworzyliśmy tutaj coś, co w innych warunkach fantastycznie by kiełkowało i za kilka miesięcy dało piękne owoce. Świetni ludzie, dobrzy piłkarze, fantastyczne charaktery.

Dla mnie to jest porażka nieprawdopodobna, że upada klub, w którym pracuję. Martwię się jednak bardziej o zawodników. Taki cios będzie trudny do przetrzymania. Cały czas będę im kibicował. Oni zasługują na lepszy los od tego, jaki ich tu w Gorzowie spotkał. Nie oni są winni temu, co się stało.

GKP ma 2,5 mln zł długu, ale przecież znamy przypadki w Polsce, gdy kluby miały znacznie większe zaległości i podnosiły się z kolan.

- Tu zabrakło przede wszystkim dobrej woli włodarzy miasta i ludzi, którzy w Gorzowie odpowiadają za sport. Nie chcieli ratować piłki. Gdy wróciliśmy po świętach i atmosfera była już bardzo napięta, to chłopcy z drużyny chcieli tylko niezbędnego minimum: mieć się gdzie wyspać, co zjeść i kilkadziesiąt złotych kieszonkowego. My nawet nie żądaliśmy wypłat. Mimo tego chcieliśmy dograć ligę do końca. Czuliśmy odpowiedzialność za drużynę, za piłkę, za sport w tym mieście. Czekaliśmy, aż znajdzie się ktoś, kto pójdzie po rozum do głowy i uchroni miasto przed sportową kompromitacją. Nie doczekaliśmy się.

Tu poszło o - będę strzelał - 50 tys. zł na drużynę. Tyle wystarczyłoby, abyśmy my, zawodnicy z trenerem, jakoś na tym minimum egzystencji dokończyli sezon. Byśmy skromnie przeżyli, byłoby na paliwo, na jedzenie. Nawet tego nie było. To wielki wstyd, że taka mikroskopijna kwota, jak na klub na zapleczu ekstraklasy, zabiła futbol w Gorzowie.

I żeby było jasne, nie te 2,5 mln zł długu wykończyło piłkę w Gorzowie, tylko 50 tys. Drużyna powinna dograć do końca sezonu. Nie byłoby wstydu, a część pieniędzy można było odzyskać, sprzedając miejsce w pierwszej lidze. Przecież tyle klubów w Polsce marzy o tym, żeby tam zagrać. A my oddajemy ten skarb bez walki...

Co Krzysztof Pawlak zapamięta z pracy w Gorzowie?

- Nie będą to same złe rzeczy, choć tak by się mogło wszystkim wydawać. Prowadziłem tu świetną drużynę i tak chcę ten okres pracy w GKP wspominać. Nigdy jednak nie będę mógł zapomnieć tej bezradności ludzi, którzy o piłce decydowali, a po odejściu Komisarka tylko rozłożyli ręce.

Rozgląda się pan już za nową pracą?

- Do samego końca chciałem być fair wobec GKP. Pracując w Gorzowie, nawet gdy przytłoczyły nas te ogromne problemy, nie myślałem o zmianie klubu. Nie prowadziłem żadnych rozmów. I dopóki nie będę miał jasnej sytuacji, dopóki nie będę miał rozwiązanej umowy z GKP, nie będę rozmawiał z żadnym klubem. Po tylu latach w piłce ma się znajomych, także w gronie prezesów. Zagadują. Jeszcze czekam. Przyjaciele z boiska podpytują, jak to się stało, że upadł Gorzów... Są zdziwieni, bo jako zespół byliśmy dobrze postrzegani w piłkarskim światku. Pytają: Nie dało się temu zaradzić? W słuchawce słyszą milczenie...

* Krzysztof Pawlak - w 1997 r. poprowadził w jednym meczu reprezentację Polski (4:1 z Gruzją), w Gorzowie pracował przez prawie 11 miesięcy, od czerwca 2010 r. W tym czasie wygrał siedem meczów, osiem zremisował. Przegrał z nieudolnością piłkarskich działaczy i brakiem zainteresowania ze strony miasta.