Sport.pl

Piłkarze GKP wracają na ligowe boiska. Będą grać ambitnie i nie myśleć o kasie?

Walczący z finansową zapaścią pierwszoligowiec z Gorzowa ma nawet mocniejszy skład niż jesienią. Trener Krzysztof Pawlak wierzy, że GKP stać na utrzymanie w pierwszej lidze. - Problem w tym, czy dotrwamy do czerwca - zaznacza.
W najbliższą sobotę ruszają rozgrywki na zapleczu piłkarskiej ekstraklasy. Gorzowianie wyjeżdżają do Nowego Sącza, gdzie o godz. 15 zagrają z tamtejszą Sandecją.

Kamil Siałkowski: Jest już po burzy w gorzowskiej piłce czy to dopiero cisza przed burzą?

Krzysztof Pawlak: Jesteśmy w środku cyklonu. Jeśli ciągle rozmawia się tylko o tym, czy klub będzie istniał czy nie, to robi się krzywdę nie tylko zawodnikom, ale całemu środowisku piłkarskiemu. Wiemy, że tylko dobre wyniki mogą tonować wrogie dla piłki nastroje i dać nam jakąś szansę. Dobrze, że liga już startuje i jesteśmy do niej zgłoszeni. Teraz zajmiemy się przede wszystkim grą.

Gdy słucham dyrektora klubu i zawodników opowiadających o przyszłości futbolu w Gorzowie, to odnoszę wrażenie, że wsiedliście do rozpędzonego autobusu ze świadomością, że w czerwcu i tak spadnie w przepaść i się roztrzaska.

- Mówi pan o bardzo odległym terminie. Czerwiec? My nie wiemy, czy wytrzymamy do kwietnia. Borykamy się z problemami i walczymy z nimi z dnia na dzień. Dziś wiem, że zgłosiliśmy nowych zawodników [22 tys. zł wyłożył na to były prezes Sylwester Komisarek - przyp. red.] i są pieniądze na wyjazd na mecz do Nowego Sącza [potrzebne na tę eskapadę 9 tys. zł podarował sponsor, który chce pozostać anonimowy - przyp. red.]. Za chwilę będziemy się martwili, za co pojechać na kolejne spotkanie do Radzionkowa, za co zorganizować następny mecz, już na swoim stadionie. To nie jest normalne, że cieszymy się z tych małych kroczków. Ale takie są realia. Problemy będą się pewnie nawarstwiały. Nie można zapominać, że są zawodnicy, którzy czekają na pensje. Oni muszą z czegoś żyć.

Klub z pierwszej ligi nie może egzystować na takim poziomie. Oprócz zawodników, to my mamy tylko szatnie, piłki i stroje. Żadnego zaplecza.

Co ostatecznie przekonało was, żeby zacząć ligę i modlić się, aby rozgrywki zakończyć?

- Wszyscy piłkarze mają ważne kontrakty, ale tylko trzech zawodników [Adrian Łuszkiewicz, Emil Drozdowicz i Jacek Skrzyński - przyp. red.] ma umowy na rok lub więcej. Prawie cała ekipa jest związana z nami do czerwca. Może rzeczywiście wtedy wszyscy odejdą. Ale gdybyśmy chcieli teraz zaprzestać pracy w klubie, to musielibyśmy rozwiązywać umowy za porozumieniem stron. A na dziś w klubie nie ma kuratora, więc nie ma z kim nawet umowy rozwiązać.

Widzę pozytywy naszej trudnej sytuacji. Dla tych młodych chłopaków ta runda to będzie próba charakteru. Po cichu liczę na to, że te przeciwności nas zahartują i będziemy groźni dla każdego rywala. Zbudowaliśmy fajny, młody zespół, który może godnie reprezentować Gorzów w pierwszej lidze.

Najtrudniejszy moment przygotowań?

- Nasz pierwszy trening [10 stycznia - red.]. To była istna wędrówka ludów. Smutny dzień. Część zawodników się z nami żegnała. Do tego dochodziła ta niepewność, kto jeszcze odejdzie. Czekaliśmy do walnego zebrania, później walne zostało jeszcze przełożone. Impulsem do dalszej pracy był wyjazd na zgrupowanie do Wisły. Tam wykonaliśmy świetną robotę.

A później z obozu GKP docierały dwa sprzeczne przekazy: wygrywaliśmy sparing za sparingiem, a w tle były problemy finansowo-organizacyjne.

- Musimy pamiętać o tym, że to nie jest grupa ludzi nie potrafiących grać w piłkę. Oni z każdym meczem się docierają i po tych dobrych przygotowaniach, sportowo może być tylko lepiej. Problemy musimy zostawiać w szatni i wierzę, że dalej będziemy tak funkcjonować. Problemy klubu nie mogą być żadnym alibi dla słabej postawy zawodników. Grają nie tylko o lepsze czasy dla piłki w Gorzowie, ale też dla siebie i własnej promocji.

Paradoksalnie, w czasie zapaści finansowej, udało się zebrać chyba nawet mocniejszy zespół niż jesienią.

- Porównywalny. Teraz nie stawiamy na ilość, tylko na jakość. Mniej piłkarzy z nami trenuje, ale prezentują wyższy poziom. Nowi zawodnicy [Przemysław Łudziński, Łukasz Małkowski, Michał Markowski, Bartosz Latuszek i bramkarz Kamil Ulman - red.], którzy do nas przyszli w przerwie zimowej, powinni być wzmocnieniem. W wyjściowym składzie może się pojawić trzech-czterech nowych piłkarzy.

Wiosną nie zobaczymy na pewno Sławomira Janickiego, Krzysztofa Ziemniaka i Grzegorza Wana, którzy leczą ciężkie kontuzje. Ale jeszcze większą bolączką są problemy z bieżącą opieką medyczną. Nie jest wystarczająca, bo nie ma pieniędzy. Coś zawodników pobolewa, ale zamiast leczyć się trzy dni, dochodzą do zdrowia przez trzy tygodnie. Mam kilku piłkarzy, którzy narzekają na mikrourazy, a właśnie z takich małych dolegliwości robią się później wielkie problemy.

O co GKP Stilon może powalczyć na wiosnę?

- Wierzę w to, że jeśli dotrwamy do czerwca, to się w tej lidze utrzymamy [przed rundą rewanżową gorzowianie zajmują 12. miejsce, mają 2 pkt przewagi nad strefą spadkową - red.]. W pozostałych pierwszoligowych klubach trzymają pewnie kciuki za to, aby u nas było jak najgorzej. Bo wtedy będą mieli jednego rywala mniej. Obiecuję kibicom, że tak długo, jak będzie nam to dane, to broni nie złożymy.

Jak będzie w sobotę z Sandecją?

- Pierwsze mecze to zawsze wielka niewiadoma. Spójrzmy na polską ekstraklasę: roszady w składach i masa niespodzianek. Teraz trudno jest oceniać siłę przeciwnika. Widzimy nazwiska, patrzymy na wyniki sparingów. I wiemy, że nic nie wiemy. Wierzę jednak, że nie zaczniemy ligi od porażki.