Gazetowa akademia nagradza najlepszych, upomina zbłąkanych. Bohaterowie roku 2010

To był rok pod znakiem koszykarzy Zastalu, także ich nowego obiektu. Dlatego zielonogórski basket pod rozmaitymi postaciami zgarnia aż pięć naszych umownych Oskarów w wymyślonych przez dziennikarzy ?Gazety? kategoriach. Ale oczywiście nie samą koszykówką żyliśmy przez 12 miesięcy. Oto nasze doroczne naj, naj, naj lubuskiego sportu.
W rok zbiera się tyle niepowtarzalnych przeżyć, chwil nieopisanej radości, momentów zwątpienia, oburzenia, że na koniec chcemy się jeszcze raz im przyjrzeć i wyłonić te najważniejsze. Czy zgadzacie się z wyborami dziennikarskiej kapituły "Gazety"?

Sportowiec roku: TOMASZ GOLLOB

Rodowity bydgoszczanin sportowcem roku w województwie lubuskim? Po trzech latach spędzonych w Stali Gorzów uważamy, że Tomasz Gollob swoimi wynikami jak najbardziej sobie na to zasłużył. Jeśli faktycznie, tak jak możemy przeczytać w książce o nim, jest ukojony spokojem i ciepłem Gorzowa i będzie kapitanował żółto-niebieskiej drużynie do końca kariery, wychowywał przy Śląskiej swoich następców, odważymy się go postawić nawet w jednym rzędzie z Migosiem, Jancarzem, Plechem, Rembasem, Nowakiem, Świstem i Paluchem. Kupiliśmy za grube pieniądze Grand Prix na pięć lat i żyjemy nadzieją, że cały czas będziemy w nim oglądać żużlowca ze Stali.

Mamy kilka przykładów, że Gollob to jest już w dużej części nasz człowiek i 25 września ubiegłego roku, gdy spiker na stadionie we włoskim Terenzano ogłaszał, że Polak został mistrzem świata, niejednemu gorzowianinowi zakręciła się łza w oku. Po sukcesie Jerzego Szczakiela, na kolejne indywidualne polskie złoto na żużlu czekaliśmy aż 37 lat. I w końcu on to zrobił, w stroju w barwach Stali, nasz kapitan. I jak pięknie docenił, że jest z nami. - Najpierw w Tarnowie, a teraz w Gorzowie odzyskałem sportową złość - opowiadał najlepszy żużlowiec świata. - Trafiłem na ludzi, którzy stworzyli warunki i podjęli ze mną ten trud powrotu na szczyt, a teraz spełnienie marzeń. Nie byłoby tych sukcesów bez jazdy w Gorzowie. Każdemu polecam takie trudne tory. Na nich można się rozwijać w obojętnie jakim wieku. Mistrzostwo jest już moje, ale mam zamiar się ścigać jeszcze kilka lat. Są kolejne wyzwania. Obrona tytułu, potem mistrzowski hat-trick. No i ważna sprawa, aby drużynowy tytuł, za moich startów tutaj, wrócił do Stali.

Jeśli o gorzowskości Golloba przekonują prezes Stali Władysław Komarnicki, czy prezydent miasta Tadeusz Jędrzejczak to możemy podejrzewać, że są nieobiektywni, bo akurat oni zakochali się w żużlowym mistrzu od pierwszego wejrzenia. Ostatnio jednak wrażeniami ze spotkania z Gollobem podzielił się trener kadry narodowej koszykarek Dariusz Maciejewski. Mistrz świata miał umówioną wizytę z fizjoterapeutą Jerzym Buczakiem, a piętro wyżej swoją siedzibę ma AZS PWSZ. - Pamiętam super rozmowę z Gollobem, który przypadkiem znalazł się w naszym klubie - wspominał Maciejewski. - Mistrz opowiadał, że znalazł tu drugi dom, ludzi z prezydentem włącznie, gwarantujących mu ukojenie, spokój, pewną przyszłość. To sportowiec z charyzmą, z wielką klasą. Widać, że sportowy Gorzów bardzo go urzekł. My, przedstawiciele innych dyscyplin, możemy sobie wyłącznie życzyć takiej pewności i zaufania.

Gollob w ubiegłym roku był w ekstralidze znakomity. Do średniej biegowej 2,675 pkt nikt się nawet nie zbliżył. Stal pozostała jednak bez medalu. 6., 6., 6. - to miejsca gorzowskiej drużyny po przyjściu do nas Golloba. Jak widać, iście diabelska układanka. Jakieś fatum. Mistrz ma jednak na to swoją teorię. Jeszcze raz wracamy do jego książki. Stal nie może wspiąć się na podium, bo beztrosko zrezygnowała ze swoich wychowanków. Podobno jednak wkrótce i oni, w poważniejszej sile, mają pojawić się w składzie. A Ty mistrzu poprowadź ich na podium, bo fani żużla ligowe medale stawiają na równi z mistrzostwem świata. Tobie mistrzu życzymy obrony złota!

Z LAUREATEM KONKUROWALI:

Michał Jeliński (AZS AWF Gorzów) - mistrz Europy seniorów w wioślarstwie; Samantha Richards (KSSSE AZS PWSZ Gorzów) - wicemistrzyni Polski w koszykówce, uczestniczka mistrzostw świata seniorek.

Drużyna roku: ZASTAL ZIELONA GÓRA

Tak po prawdzie nagrodę otrzymują dwie drużyny Zastalu. Jako pierwsza - ta, która w maju 2010 r. pod szyldem Intermarche Zastal wywalczyła awans do ekstraklasy. Jako druga zaś - ta, która jesienią tak wspaniale zaczęła sezon w elicie. Obydwie opierają się na wspólnym mianowniku. Za sukcesami stoi ten sam trener - Tomasz Herkt. Powtarzają się też nazwiska przynajmniej kilku graczy, którzy wywalczyli awans, a później ofiarnie próbowali i próbują przebić się w Tauron Basket Lidze. I obydwie funkcjonują w tych samych ramach organizacyjnych oraz sponsorskich.

Na ekstraklasę koszykówki Zielona Góra czekała 10 lat - tzn. tyle czasu upłynęło od ostatniego spadku do upragnionego powrotu. Bardzo różnie w tym okresie bywało. Zastal stoczył się nawet do trzeciej ligi. Jednak później aż przez cztery lata z rzędu pukaliśmy do drzwi ekstraklasy. Raz było to pukanie ciche i nieśmiałe, innym razem już głośniejsze. Zdarzył się także rok, w którym zdawało się, że uzbroiliśmy się po zęby i drzwi otworzą się same. Niestety, wszystko brało w łeb. I trudność dostania się do grona najlepszych w Polsce urosła w powszechnym, zielonogórskim przekonaniu do rozmiaru XXL. Zaczynaliśmy rozgrywki raczej skromnym składem, lecz w trakcie trwania znalazły się pieniądze na ważne wzmocnienia. W układzie par na play-off wreszcie sprzyjało szczęście. Niemniej w kluczowych starciach z ŁKS Łódź nie poszło łatwo. Rywal nie dorównywał budżetem ani potencjałem, ale charakteru i nieustępliwości miał w sobie ponad normę. Dziejową misję w ostatnich minutach meczu o być albo nie być spełnił już chyba schodzący z koszykarskiej sceny Jarosław Kalinowski. On jako jedyny spośród obecnych zastalowców wywalczył awans do elity dwa razy. W 1998 r. był naszą wschodzącą gwiazdą. W 2010 r. jako zmiennik podstawowego rozgrywającego Marcina Fliegera musiał poderwać się z ławki w trzecim spotkaniu z ŁKS i przypilnować, by praca z całego sezonu i wcale nietania inwestycja doczekały się zwycięskiego zwieńczenia. Nie wiemy, kiedy pojawi się następna okazja, dlatego dziś w tym miejscu, tłustym drukiem, wszyscy ci koszykarze, którzy w cyklu 2009/2010 przyłożyli ręce do awansu: Artur Busz, Adam Chodkiewicz, Marcin Chodkiewicz, Marcin Flieger, Mateusz Jarmakowicz, Jarosław Kalinowski, Grzegorz Kukiełka, Wojciech Kus, Filip Matczak, Maciej Raczyński, Rafał Rajewicz, Adam Stefanowicz, Grzegorz Szepczyński, Marcel Wilczek, Tomasz Wojdyła, Marcin Wróbel.

Tauron Basket Liga to był dla nas świat pełen niespodzianek. Do szans Zastalu w elitarnym gronie podchodziliśmy bardzo ostrożnie. Wszakże nie wypadało inaczej, gdy kompletowaliśmy zespół z zawodników, którzy za wyjątkiem Tomasza Kęsickiego nie należeli do ekstraligowców. Obowiązywało również hasło, że budżetowo znajdziemy się w gronie najniżej sytuowanych. Seria czterech zwycięstw oszołomiła niczym zbyt duża dawka szampana na początek imprezy. Gdy zwycięstw zrobiło się pięć przy ledwie sześciu rozegranych spotkaniach, a w wyliczance pobitych znaleźli się możni tej ligi i utytułowani, to już w ogóle nie dawało się zachować chłodnej głowy. Zaczęliśmy myśleć, że jak niegdyś Adam Małysz przebojem wdarł się do światowej czołówki skoczków i już w niej pozostał, tak nasz Zastal nie ustanie w poskramianiu faworytów. Rozgrywający Walter Hodge, center Chris Burgess z miejsca stali się idolami, a szybka, odważna, widowiskowa i pełna serca koszykówka zastalowców była jakby nową muzyczną falą z zestawem nowych przebojów. Swoje robiła też otoczka nowej zielonogórskiej hali, o czym więcej piszemy w innej kategorii.

Niestety, końcówka roku 2010 wyszła już o wiele gorzej. Bohaterów zmogły choroby i kontuzje, posypały się srogie porażki. Trochę oklapła atmosfera. Chodzi jednak o to, żeby te minusy nie przesłoniły nam tamtych plusów...

Z LAUREATEM KONKUROWALI

wicemistrzynie Polski, koszykarki KSSSE AZS PWSZ Gorzów; znów grający w ekstraklasie piłkarze ręczni AZS AWF Gorzów.

Trener roku: DARIUSZ MACIEJEWSKI

To już trzeci z rzędu tytuł trenera roku przyznany przez "Gazetę" pierwszemu szkoleniowcowi koszykarskiej drużyny KSSSE AZS PWSZ Gorzów. Tytuł ponownie jak najbardziej zasłużony, bo nie ma takiego drugiego, rodowitego gorzowianina, który rok po roku, w jednej z najpopularniejszych dyscyplin na świecie, walcząc w naprawdę przyzwoitej lidze, wygrywa ze swoim zespołem srebro, ponownie wprowadza gorzowianki do najbardziej prestiżowych rozgrywek na Starym Kontynencie, bierze udział w Meczu Gwiazd Euroligi, a do tego ma zaszczyt przygotowywać polską kadrę do mistrzostw Europy, które w czerwcu odbędą się w kilku miastach w Polsce.

Łatwiej zdobyć niż powtórzyć. Przy każdej rozmowie Maciejewski sugeruje, aby sukcesów i tego jak znakomitą drogę przeszła drużyna KSSSE AZS PWSZ, nie rozpatrywać wyłącznie w kontekście jednego sezonu. Ten zaskakujący marsz w górę trwa od 2005 r., gdy jako beniaminek spokojnie utrzymaliśmy się w najwyższej klasie rozgrywek. Dalej było już wyłącznie lepiej - półfinał play-off, brązowy medal, wreszcie dwa razy wielki finał.

Po ostatnim spotkaniu o złoto w Gdyni pierwszy raz widzieliśmy naszego szkoleniowca tak zapłakanego. On chciał dalej walczyć! Nie mógł wybaczyć sędziom, że w końcówce niesłusznie zabrali nam trzy rzuty osobiste. To jeszcze mogło odwrócić losy spotkania, przedłużyć serię. Z perspektywy czasu to wicemistrzostwo Polski traktuje jak kolejny rekord świata w wykonaniu jego dziewczyn. Przy budżecie jaki udaje się uzbierać w Gorzowie, dalekim od funduszy Wisły Kraków, czy Lotosu Gdynia. Wie, że gdyby nie kontuzja Rosjanki Ludy Sapowej to wymarzone złoto byłoby w naszych rękach

Na chwilę w ubiegłym roku Maciejewski znalazł się w koszykarskim świecie, który bardzo chciałby przenieść do swojego miasta. W pięknej hali w Gdyni, w sztabie trenerskim Reszty Świata, wspierał Amerykankę Pokey Chatman. - Wydaje mi się, że cały czas śnię - trzeba było go widzieć. Cieszył się jak dziecko. - Z zaskoczenia dostałem nagrodę od sportowego życia i myślę, że wykorzystałem ją na tyle, na ile umiałem, a owoce tego zbierze cała gorzowska koszykówka.

Nie mamy hali, która niestety znów była wyłącznie kiełbasą wyborczą, a dałaby m.in. koszykówce niesamowitego kopa do przodu. Wydawało się jednak, że pod wodzą Maciejewskiego KSSSE AZS PWSZ, w trwającym obecnie sezonie, ponownie pójdzie do przodu. Okrzepnie w Eurolidze, a z Jeleną Leuczanką w składzie, w walce o mistrzostwo Polski z wiarą krzykniemy: do trzech razy sztuka! I znów nasze dziewczyny oraz szkoleniowca będziemy mogli z czystym sumieniem obsypywać laurami

Piękny sen nagle się skończył. Od kilku tygodni Maciejewski nie jest sobą. Nagle spotykamy człowieka zrezygnowanego, strasznie zmęczonego. Widać, że to co powiedziano o jego dyscyplinie, jak po macoszemu, mimo sukcesów, traktuje się jego drużynę, zabolało go niesamowicie. On wie jak wybrnąć z nawet największych opresji na boisku. Niestety w tej nierównej, pozaboiskowej, budżetowej walce, nie tylko Maciejewski nie może wiele poradzić.

Niech ten tytuł od "Gazety" będzie porządnym pokrzepieniem dla trenera i jego koszykarek. Po środowym, pucharowym pojedynku, Maciejewski zacisnął zęby i rzucił, że nikomu nie uda się zabić gorzowskiego basketu, choćby ktoś mocno się starał. Oby! Niestety to bardzo realne, że o naszym zespole europejskiego formatu z bólem, przyznając następne nagrody, przyjdzie nam pisać w czasie przeszłym.

Największa nadzieja na przyszłe sukcesy: FILIP MATCZAK

Betonowe boisko przy zielonogórskim blokowisku, a na boisku zniszczona tablica i kosz. Tu swoje pierwsze wielkie zwycięstwo odniósł Filip Matczak - pokonał w basket starszego brata, któremu długo nie mógł dorównać. Mariusz podszedł do wygranej Filipa z takim uznaniem, z jakim zrobiłby to każdy starszy brat po pierwszej porażce z młodszym: - Fart!

Gdy jednak latem 2010 r. 17-letni Filip w finale mistrzostw świata juniorów wrzucał piłkę do kosza bronionego przez reprezentantów USA, nie było już mowy o tym, że koszykarskie zwycięstwa mogą przytrafiać mu się przypadkowo. Polacy z Matczakiem w składzie przegrali złoto z Amerykanami 80:111. Zielonogórski rozgrywający zdobył 14 punktów. Tym niemniej srebro było pierwszym medalem męskiej reprezentacji Polaków, uwzględniając wszystkie kategorie wiekowe z wyłączeniem oldbojów, po 41 latach posuchy!

Matczak, wychowanek SKM Zastal i trenera Bogusława Onufrowicza, mnóstwo razy reprezentował Polskę jako kadet i junior. Zdążył też pokazać się szerszej zielonogórskiej widowni w drużynie seniorów Zastalu. Nie dostawał wprawdzie wielu minut, lecz pośród tych niewielu błysnął grą z łamaniem konwencji. Zdaje się, że w koszykówce chodzi mu o to, o co chodziło graczom spektakularnym. Na początku zapatrzył się w Bryanta, z czasem dobierał sobie inne wzorce w NBA, dla której zarywa noce.

Na czym polegają atuty Filipa? Świetne są jego wejścia w strefę podkoszową i tam do ostatniej chwili przeciwnicy nie wiedzą, co zrobi. Poda, rzuci - do końca panuje nad akcją i sporo widzi. Mocno trzyma się na nogach, twardo broni, rzuca z dystansu i półdystansu. Jest leworęczny, a to daje mu pewną przewagę nad broniącymi przeciwnikami praworęcznymi. Sporo pracy musi włożyć w naukę gry prawą ręką. Nauki, także koszykarskie, pobiera teraz broniąc barw SMS Władysławowo. Było nam żal, gdy latem rozstawał się z Zastalem. Ale musieliśmy zgodzić się z jego słowami, że trener Herkt, który nie znalazł dla niego miejsca w pierwszej lidze, tym bardziej nie znajdzie w ekstraklasie. Tymczasem wśród rówieśników - samych nadziei polskiego basketu - Filip grywa średnio 32 minuty w meczu, rzuca po 16 punktów. Niech się rozwija i wróci do Zastalu za dwa-trzy sezony. Nie jest przecież powiedziane, że Walter Hodge musi mieć następcę zza oceanu.

Jeszcze jedna ciekawostka o Matczaku, na której dalibóg ani trochę się nie wyznajemy. Nastoletnie dziewczyny mówią o nim "ciacho". I na życzenie tychże dziewcząt zielonogórski koszykarz pojawił się na portalu Ciacha.net. Ale wolimy, żeby Filip więcej osiągnął jako koszykarz niż został schrupany.

Z LAUREATEM KONKUROWALI

Kamil Dragun (Stilon Gorzów) - złoty medalista MŚ juniorów do 16 lat w szachach; Wojciech Gumiński (AZS AWF Gorzów) - czołowy zawodnik i najlepszy strzelec ekstraklasowego zespołu piłkarzy ręcznych, w debiucie w elicie powołany do kadry B seniorów; żużlowiec Bartosz Zmarzlik (Stal Gorzów) - już jako 15-latek walnie przyczynił się do znakomitych wyników gorzowskich juniorów w krajowych mistrzowskich imprezach.

Objawienie roku: WALTER HODGE

I tym sposobem od wyróżnienia nadziei roku przeszliśmy do objawienia roku, ciągle pozostając w koszykarskich kręgach Zastalu i kameralnym gronie dwóch błyskotliwych, leworęcznych rozgrywających. O ile jednak Matczak dopiero marzy o zaistnieniu w dorosłej, polskiej koszykówce, o tyle 24-letni Portorykańczyk Walter Hodge może sobie postawić już dużo ambitniejsze wyzwanie, by poznała go cała koszykarska Europa. Nam jest szalenie miło, że pierwsze kroki na drodze do osiągnięcia takiego celu stawia w Zastalu Zielona Góra i w naszych barwach zostaje bezkonkurencyjnym laureatem w kategorii objawienie roku 2010.

Łukasz Cegliński w ogólnopolskim wydaniu "Gazety" poświęcił mu cotygodniową rubrykę, tytułując: Kobe Bryant z Zastalu. I Wyszukał, że Walter należy do dziewięciu koszykarsko czynnych dwukrotnych mistrzów NCAA. Ośmiu pozostałych gra dziś w... NBA.

Sam Walter, przedstawiając się Zielonej Górze, określał, że stylem gry przypomina Iversona. - Bardzo lubię rzucać, zdobywać sporo punktów, ale nie zapominam o kolegach z drużyny. Na boisku staram się pomagać innym graczom, dobrze czuję się też w obronie - zapewnił nas w sierpniu koszykarz, który ma bodaj potrójne obywatelstwo, a grywa w reprezentacji Wysp Dziewiczych. Wszystko, co powiedział, potwierdził później na boisku. Gdy drużynie dobrze szło, nie pchał się na punktowy afisz, gdy należało wziąć sprawy w swoje ręce, brał i w ten sposób rozstrzygnął na korzyść drużyny kilka zaciętych finiszów. Trenerzy innych ekip doceniali jego klasę, mówiąc, że jest trafionym kołem zamachowym Zastalu. Jest naszym najlepszym strzelcem, daje najwięcej asyst, "kradnie" przeciwnikom najwięcej piłek, wymusza najwięcej fauli. Kibice nie mogą nie kochać takiego zawodnika! Gdyby tak jakoś meteorologicznie scharakteryzować Waltera, to - darujcie banały - wychodzi: szybki jak błyskawica, dla rywali groźny jak piorun, energetyczny jak słońce nad Jamajką, sympatyczny jak klimat podzwrotnikowy, nieuchronnie - jak po zimie wiosna - czeka go kariera w klubie bogatszym niż Zastal.

Z LAUREATEM KONKUROWALI

Rafał Rosolski (Admira Gorzów) - kajakarz, piąty w mistrzostwach świata seniorów, medalista mistrzostw Polski.

Nagroda za działania specjalne: MARCIN NITSCHKE

Dziewiąty zawodnik świata, piąty Europy, wielokrotny mistrz Polski - tak Marcin Nitschke zwykł przedstawiać skrótowy zapis swych dokonań. Zielonogórski snookerzysta nie kłamie. Ale - jakby to ładnie powiedzieć - pomija dość istotne fakty. Nitschke uczestniczy bowiem w szerokim ruchu rozgrywek dla sportowców amatorów, czyli ludzi, którzy sami dopłacają do swojej zabawy sport. Marcin swoją zabawę traktuje bardzo poważnie, bo też stała się jego sposobem na życie. Niemniej jednak, nie zmienia to kwestii zasadniczej, że najlepsi w Europie, a akurat w tej dyscyplinie oznacza to także najlepszych na świecie, tworzą grono graczy zawodowych, do którego zielonogórzanin w żaden sposób nie należy. I jeśliby wziąć rzeczywiście wszystkich z czołówki snookerowej profesji, Nitschke nie byłby w tym gronie dziewiąty, ani też najpewniej nawet 199. Dlaczego więc postanowiliśmy go wyróżnić? Zielonogórzanin trafił na czasy, gdy snooker w Polsce dopiero raczkuje. Nie jest jego żadną winą, że nie miał szans na równy start z tymi najlepszymi, którzy mieszkają głównie w Wielkiej Brytanii. Natomiast w gronie kilkudziesięciu polskich amatorów snookera, którzy poświęcają swej pasji wiele czasu i czynią to regularnie, zielonogórzanin rzeczywiście wielokrotnie bywał zdecydowanie najlepszy. Przy tym od wielu lat w głównej mierze sam zarabia pieniądze, by trenować i jeździć na turnieje. W tej kwestii oraz w kreowaniu własnego wizerunku kroczy przez życie niczym zawodowiec pełną gębą. Otworzył w Zielonej Górze wielki i wymuskany klub bilardowy. Zorganizował własną szkółkę gry. W wyjątkowo wrednych czasach pozyskuje sponsorów na swoje pomysły, wyjazdy, przedsięwzięcia. A przecież dziś śmiertelne kłopoty z brakiem sponsorów miewają przedstawiciele dyscyplin o wiele bardziej w Polsce popularnych niż snooker. Ale też Nitschke jednoosobowo potrafi wokół swojej sportowej przygody zrobić więcej dobrego szumu niż całe kluby sportowe. I w tym względzie zasługuje na podziw, a wielu zielonogórskich sportowców powinno brać przykład z opanowanej przez niego sztuki autopromocji. Nitschke wierzy w siebie, porywa na odważne wyzwania. W 2010 r. zaryzykował i zapłacił za przyjazd do Zielonej Góry dwóch zawodników ze światowej elity. Z absolutnie komercyjnej pokazówki w ich wykonaniu i z nadaną przez siebie otoczką dodatkową w przaśnym stylu "mydła i powidła" uczynił "największe snookerowe show w Europie", a przynajmniej tak sprzedawał swoją imprezę ludziom. Dzień w dzień niestrudzenie promował przedsięwzięcie w lokalnej rozgłośni radiowej. I dopiął swego. Sprzedał odpowiednią pulę biletów, by inwestycja się zwróciła, a jeszcze wydobył z miejskiej kasy 60 tys. zł dofinansowania i dziś może się szeroko uśmiechać. Stał się człowiekiem instytucją i już zapowiedział, że w 2011 roku znów sprowadzi gwiazdy snookera do Zielonej Góry. Jak go znamy, to zrobi wokół tego jeszcze większy hałas i tym razem sprzeda imprezę jako "największe snookerowe show na świecie".

Impreza roku: WYDARZENIA W HALI CRS, ZE SZCZEGÓLNYM WSKAZANIEM NA KOSZYKARZY ZASTALU

Pięć tysięcy kibiców na "zwykłym" meczu ligowym w Zielonej Górze - ważna uwaga, że dotykamy w tym punkcie jedynie sportów halowych - czyniło te mecze absolutnie niezwykłymi. Gdy mury nowego obiektu przy ul. Sulechowskiej w Zielonej Górze jeszcze pięły się w górę, lecz już stało się jasne, że dość przypadkowo i raczej wbrew woli zielonogórskiego środowiska sportowego trybuny hali zostaną rozbudowane z trzech i pół tysiąca krzesełek do pięciu tysięcy, wszystkim się zdawało, że dostaniemy ogrom nie do zapełnienia ludźmi. Zachodziliśmy w głowę, jakież to szczególne wydarzenie trzeba wymyślić i przygotować, by kiedyś tam, w nieokreślonej bliżej przyszłości, zobaczyć widownię wypełnioną do granic. I co się okazało!? Że bodaj już na drugi czy trzeci ligowy mecz Zastalu w Zielonej Górze biletów zabrakło na kilka dni przed spotkaniem! Później stało się to dobrą zielonogórską tradycją. To fakt, że Zastal akurat po 10 latach awansował do ekstraklasy. To fakt, że grał miłą, prostą i skuteczną koszykówkę. To fakt, że zatrudnił dwóch ciekawych zawodników z USA i Portoryko. To fakt, że w Zielonej Górze nie dzieje się sportowo zbyt wiele ciekawego poza koszykówką i żużlem. A jednak ciarki szły po plecach i nie dało się usiedzieć w spokoju, gdy każdy pojedynczy widz stawał się częścią składową wielkiego, improwizowanego spektaklu. W kluczowych chwilach koszykarskich starć całe trybuny żyły, spontanicznie reagowały żywiołowym dopingiem i zdawać się mogło, że wielka hala napędzana energią z boiska i trybun wprost odleci... Szczęściem ciągle stoi w miejscu i już nie możemy doczekać się, co jeszcze się w niej wydarzy. Bowiem przez kilka miesięcy funkcjonowania w 2010 r. była areną nie tylko koszykarskich widowisk. Bez takiej areny pewnie nigdy miasto nie dostałoby prawa do organizacji międzypaństwowego meczu liczącej się w świecie reprezentacji polskich piłkarzy ręcznych. Tymczasem w grudniu polska kadra Bogdana Wenty grała u nas towarzysko z Rumunią. W listopadzie na boisku stanęły wielkie stoły do gry w snookera, a ktokolwiek słyszał o tej grze w wydaniu najlepszych na świecie, musiał też poznać dwa nazwiska: Murphy i Selby. Angielscy gracze z topu zawodowców dzielących między siebie laury w najbardziej prestiżowych imprezach wpadli do nas z okazji pokazowej imprezy. Shaun Murphy i Mark Selby pokazali zielonogórskiej widowni na żywo to, co normalnie można obejrzeć tylko na antenie Eurosportu w transmisjach z rozmaitych miejsc świata, lecz nie z Polski.

Dzięki hali CRS otwierają się przed Zieloną Górą perspektywy pozyskania mistrzostw Europy w koszykówce juniorów czy nawet mistrzostw świata w piłce ręcznej seniorów. Zobaczymy, co z tego uda się zrealizować. Tymczasem wszystkiemu, co dzieje się w hali CRS, mówimy brawo!

Impreza, którą warto kontynuować: GRAND PRIX MTB

Sukces ma wielu ojców, porażka jest sierotą - życie co rusz przynosi dowody na trafność tego powiedzenia. Oto na przykład "Gazeta" poczuwa się do maluteńkiego udziału w sukcesie przedsięwzięcia, które sprawia, że woj. lubuskie oferuje amatorem ścigania się na rowerach górskich i szosowych tak szeroki, urozmaicony i atrakcyjny wachlarz imprez. Dodajmy, że chodzi o imprezy, do których dostęp jest bliski jak stąd na wyciągnięcie ręki, tani jak barszcz, a przy tym organizatorzy naprawdę się starają. Wyszukują interesujące trasy, nagrody, godziwą obsługę. Każdy z rowerem i taką porcją zawzięcia, by wystarczyło na dojechanie do mety, może się tu poczuć niczym wyczynowy kolarz. I pewnie dlatego na starcie każdego z wyścigów gromadzi się peleton złożony ze stu czy stu kilkudziesięciu pasjonatów. Za taką ofertę musimy w tym miejscu pokłonić się prawdziwym ojcom przedsięwzięcia. A zatem symboliczne wyróżnienie "Gazety" kierujemy w pierwszej kolejności do Lubuskiego TKKF oraz w drugiej kolejności do MOSiR Zielona Góra i WOSiR Drzonków, a także do sponsorów. Najwięcej pieniędzy na kolarskie zmagania płynie zaś z Urzędu Miasta w Zielonej Górze i Urzędu Marszałkowskiego.

Lubuskie TKKF, MOSiR i WOSiR - współpracują przy imprezach wchodzących w skład Zielonogórskiego Grand Prix MTB Amatorów. Istnieje jednak szerszy krąg gospodarzy i organizatorów amatorskich wyścigów rowerowych przynależących do Lubuskiego Grand Prix MTB Amatorów. Gubin, Sulechów, Kargowa, Krosno Odrz. Łagów, Żary - oto ośrodki, które przyłączyły się do zabawy. Cykle: lubuski i zielonogórski oraz szosowy klasyk - Piekło Przytoku sprawiają, że w sezonie startowym nie trzeba ruszać się poza granice naszego województwa, by znaleźć konkurencję odpowiednią dla siebie.

Jeszcze jednej osobie z grona prawdziwych ojców sukcesu kolarskiego przedsięwzięcia należy się w tym miejscu nasz głęboki ukłon. Zanim o tej osobie, cofnijmy się jeszcze o kilka lat. Kiedyś już nagrodziliśmy zielonogórski zestaw wyścigów dla amatorów MTB mianem imprezy roku. Pomysł i praktyczna sfera imprezy należały wtedy do grupki zapaleńców, głównie byłych kolarzy Trasy Zielona Góra. Gdy zapał w nich wygasł, gdy zawiedli się na sprzymierzeńcach, istnienie cyklu zawisło na włosku lub wręcz na czas jakiś przeszło w stan niebytu. Szybko, głównie dzięki zarządcom Lubskiego TKKF, projekt został uratowany. Jednak teraz w 2010 r. nabrał nowego rozpędu, zaś uczestnicy zawodów stali się konsultantami i pomocnikami formalnych organizatorów. I tu właśnie bijemy brawo Andrzejowi Jagiełowiczowi, który nie dość, że bodaj w każdej z imprez walczył o zwycięstwo, w klasyfikacji końcowej zajął drugie miejsce, to jeszcze w Zielonogórskim Grand Prix wyznaczał trasy wszystkich wyścigów, zabierał chętnych na próbne objazdy, fundował upominki i pośredniczył w zdobywaniu nagród, które nie dadzą się nazwać upominkami. Wiemy skądinąd, że na sezon 2011 ma jeszcze bardziej ambitne plany. Ale o szczegółach napiszemy wkrótce.

Kaszanka roku: PIOTR ŻYTO, CZYLI DOBRY ESBEK i SMS-Y

"Kaszanka" roku jest jedna, należy się byłem już trenerowi Falubazu. Niemniej laureat Piotr Żyto może oddać część swojemu niedawnemu pracodawcy - prezesowi Falubazu Robertowi Dowhanowi. Razem odstawiali sceny marnego spektaklu. Kiedyś było tak, że obaj panowie tworzyli zgraną kompanię, rok temu wspólnie wypinali pierś po ekstraligowe złoto. Później też niby nie było źle, ale jak w każdym związku tak i tu nadciągnął kryzys. Na początku związany był przede wszystkim z wynikami sportowymi, które do połowy minionego sezonu nie mogły zadowalać nikogo, a już na pewno nie Dowhana. Prezes w pewnym momencie ostro się wkurzył, wypoczywając na tureckiej riwierze posłał SMS-em pewne wytyczne do swoich podwładnych, a ci akurat byli w trakcie jednego z przegranych spotkań. Nie na żarty rozzłościło to Piotra Żytę, który zupełnie stracił poczucie lojalności wobec pracodawcy i wykrzyczał światu do kamer i mikrofonów coś w stylu: "Nikt, kto jest tysiące kilometrów stąd, nie będzie mi mówił, co mam robić!". Wypoczywający prezes nieomal spadł z leżaka. Taki cios od Brutusa... Rewanż z pozoru nie zapowiadał się srogi. Żyto publicznie kajał się przed prezesem, ale ten, gdy tylko zorientował się, że kibice murem stanęli za trenerem, wyciągnął tęgie działa: - Zawieszamy Żytę - oznajmił. Szkoleniowiec karę przyjął z pokorą, znów mocno bił się w piersi. Chyba dlatego szybko wrócił do drużyny.

Falubaz wygrywał mecz za meczem, w klubie znów ponoć wszyscy się kochali, a gdy żużlowcy wjechali do ekstraligowego finału, Dowhan jakby kolejny raz oświadczył się trenerowi: - Piotrze, nie patrząc na rzeczy, które były do tej pory, chciałbym zaproponować ci przedłużenie kontraktu na najbliższe lata.

Szczęśliwy koniec? Pewnie by nastąpił, ale Żyto zapragnął bardziej spektakularnego happy endu. I tu niestety przedobrzył. Na fali sukcesu sportowego, niby namówiony - no ale w końcu decydował sam - wystartował w wyborach samorządowych do zielonogórskiej rady miasta. I wtedy wybuchał bomba. Wyszło bowiem na jaw, że w latach 80. pracował w SB. Środowisko kibiców szybko się podzieliło. Pierwszy odruch Dowhana, jakby tonował emocje. Prezes dał wyraźny sygnał, że ceni trenera za fachowość i sukcesy, a to, co robił kiedyś, nie za bardzo go obchodzi. Kilka dni później, po głębszej analizie, jednak oświadczył, że wstrzymuje rozmowy o nowym kontrakcie. Na poważnie zapachniało rozwodem. Trener radnym nie został, choć jego wynik wyborczy pokazał, że w Zielonej Górze wciąż ma duże poparcie. Miłość z prezesem jednak nie przetrwała ciężkiej próby, Dowhan wypędził z klubu szkoleniowca, który próbował się tłumaczyć, że esbekiem był ludzkim, lecz mieszkania potrzebował i to tylko dlatego...

Kopniak od Falubazu nie powalił Żyty na kolana. Uparł się, że zostanie w Zielonej Górze. I kto wie, czy niebawem z pozycji urzędnika w pewnym sensie będzie patrzył na ręce prezesowi Falubazu. W tej parze jeszcze może być ciekawie.

Największa porażka roku, zwana też grand kaszanką: PREZYDENT GORZOWA TADEUSZ JĘDRZEJCZAK

Koniec kwietnia 2010 r. Koszykarki KSSSE AZS PWSZ zaczynają walkę o mistrzostwo Polski. Tadeusz Jędrzejczak odwiedza gorzowianki w szatni: - Całe miasto jest z wami, wszyscy wam kibicują. Gratuluję finału, ale jak cały Gorzów czekam na pierwsze złoto w historii - mówił do koszykarek. A w TVP Sport obiecuje: - W tym roku projektujemy halę na 5 tys. widzów i do 2012 r. budujemy. Bez dwóch zdań chcemy, aby nasze wspaniałe koszykarki dalej szły w górę!

Żartownisie spekulują, że zaraz po tych finałach ktoś nam prezydenta podmienił. Inny czarny humor: Jędrzejczak zbyt wysoki nie jest, a więc w koszykówce kariery już nie zrobi. Za to w żużlu jak najbardziej.

Dość jednak żartów. Ważniejsze są fakty, dzięki którym prezydent Gorzowa zostawi wszystkich innych kandydatów do grand kaszanki roku daleko z tyłu. Jędrzejczak, o którym jeszcze chwilę temu pisaliśmy, że za naprawdę małe pieniądze stworzył podwaliny pod sportowe, zdrowe miasto. Załatwił Gorzowowi reklamę w praktycznie wszystkich mediach w Polsce. Sprawił, że sport stał się naszą najmocniejszą, rozpoznawalną marką.

Brakowało tylko systemu, który określałby reguły finansowania sportu na kilka lat do przodu. Zamiast jasnego, sprawiedliwego planu na przyszłość, nagle prezydent rzucił siekierą (czytaj projektem budżetu), który w krótkim czasie wytnie w pień prawie cały nasz sport na najwyższym poziomie.

Ale po kolei. Zaraz po wakacjach słyszymy, że kilkakrotnie obiecane koszykarkom 800 tys. zł - dlatego są zatrudniane zawodniczki z najwyższej i najdroższej półki - na występy w wywalczonej na boisku Eurolidze, Jędrzejczak zamienia w zero złotych, aby mniej więcej w tym samym czasie z dumą ogłaszać kupienie za kilka milionów złotych rocznie pięciu turniejów Grand Prix - szalejemy, dwukrotnie przepłacamy Bydgoszcz (według danych naszych rywali w tym wyścigu: 440 tys. funtów do 220 tys. funtów), choć wiemy, że za chwilę budżet miasta będzie wyłącznie tym na przetrwanie. W końcu, po wielkich bojach, decyzją radnych, zespół KSSSE AZS PWSZ z dużym opóźnieniem otrzymuje 500 tys. zł. Prezydent kilkadziesiąt godzin przed wyborami ogłasza, że to jego zasługa...

Wcześniej wyraża swoje zdanie o koszykówce kobiet. Według Jędrzejczaka to dyscyplina niszowa, a Euroliga nikogo nie interesuje. Gdy te słowa zostają przetłumaczone Jelenie Leuczance - pierwsza piątka mistrzostw świata seniorek - Białorusinka baranieje. Potrafi tylko wyksztusić z siebie, że zupełnie nie doceniamy jak prestiżowe rozgrywki, w których możemy oglądać całą plejadę największych gwiazd, nam się trafiły i jak trudno do nich się przebić. No i nie da się ich kupić. Trzeba, tak jak medale mistrzostw Polski, wywalczyć na boisku.

Jest żużlowe Grand Prix to i prezydent widzi konieczność wydania kolejnych milionów na dalszą rozbudowę stadionu im. Edwarda Jancarza. O innych sportowcach mówi, że ci wyłącznie "rozpasają budżet miasta" i "żerują na miejskim budżecie". Za to, gdzie tylko się da, jak mantrę powtarza, że jedyny żużel prawie nic od miasta nie bierze. Są tacy, którzy zaczynają w to wierzyć. Na szczęście nie wszyscy.

Nie dziwi zero nowości w sprawie projektu kompleksu sportowego przy Mironickiej, czy jakichkolwiek ruchów dla rozpoczęcia budowy nowej hali. Zresztą po co te obiekty, jak nie będzie miał kto w nich grać - w projekcie budżetu na 2011 r. Jędrzejczak zabezpieczył wyłącznie wszystkie potrzeby jednej dyscypliny, której hala do niczego nie jest potrzebna. Jeśli w styczniu te założenia zostaną ostatecznie przyjęte, prezydent Gorzowa kolejną grand kaszankę roku ma jak w banku.

Złote usta roku WŁADYSŁAW KOMARNICKI

Prezes Stali Gorzów to jest już nasze lubuskie dobro narodowe. Nikt nie ma tak złotoustego prezesa. Pamiętamy wypowiedzi szefa Stali Gorzów, gdy ściągał do drużyny beniaminka ekstraligi Tomasza Golloba i Rune Holtę. To właśnie "Gazeta" nazwała go wtedy królem polowania, a prezes odwdzięczył się hasłem żyjącym do dziś: "dwa razy wpieprz przyjaciołom z południa i oczko wyżej od Zielonej Góry w tabeli".

W minionym roku Komarnicki znów nie zawiódł. Jeszcze raz wpieprz nie było. Falubaz wyeliminował Stal już w ćwierćfinale play-off, ale prezes gorzowskiego klubu wypalił: "Moralnie czuję się wicemistrzem Polski, bo po rundzie zasadniczej zajmowaliśmy drugie miejsce. Chcę powiedzieć, że dla mnie ten słaby dzień trenera, o ile taki w ogóle był, ma dużo mniejsze znaczenie od regulaminowych niedoskonałości. To chory system play-off. Na ostatnim zebraniu prezesów wszyscy zgodnie przyznali, że obecny układ rozgrywek pozwala kombinować. To trzeba zmienić".

Jakie zasady będą obowiązywały w play-off w 2011 r.? Oczywiście te same, co wcześniej. Czy Stal będzie znów wyłącznie moralnym zwycięzcą, tego jeszcze nie wiemy. Życzymy prezesowi Komarnickiego lepszego miejsca i następnych kilku barwnych wypowiedzi!