Nasi nawet lepsi od Lecha. Ale do pierwszej bramki

Oglądaliśmy w sobotę najpoważniejszą próbę piłkarzy GKP przed rundą wiosenną. Mimo porażki 0:2 z Lechem Poznań, forma na dwa tygodnie do startu ligi napawa optymizmem.
Z rozpoczynającym za tydzień ligowe zmagania "Kolejorzem" gorzowianie zagrali poprawnie. Wynik trochę zaciera pozytywny przekaz. Ale dopóki Lech bramki nie strzelił, to nasi piłkarze byli aktywniejsi, bardziej agresywni, ich akcje były groźniejsze.

Bramkarz Sławomir Janicki może sobie kaszlać, nos może mieć zakatarzony, może leżeć w łóżku przez tydzień... Ale gdy już wychodzi na boisku, jest ważnym graczem gorzowskiej drużyny. W sobotę spocił się tak naprawdę tylko raz, gdy świetnie wyciągnął spod poprzeczki mocny strzał Jana Zapotoki zza pola karnego. Przy golach dla Lecha szans nie miał.

Defensorzy, którzy zaczęli towarzyską grę z Lechem, najprawdopodobniej zaczną także pierwszy mecz ligowy ze Zniczem (6 marca w Gorzowie). Tu trener Adam Topolski nie powinien mieć wątpliwości. Na prawej obronie Krzysztof Ziemniak zagrał bardzo dobrze przede wszystkim w pierwszej połowie. Po przerwie jego stroną przedarł się Ivan Djurdjević, by dośrodkować do Mateusza Możdżenia (gol na 2:0).

Ofensywnych graczy Lecha często wyprzedzał Paweł Grocholski. Białoruski gwiazdor Sergiej Kriwiec sobie w sobotę nie pograł, a jego zmorą był właśnie nasz środkowy obrońca. Grającego na stoperze Macieja Truszczyńskiego (skutecznego) zapamiętamy z meczu we Wronkach za faul na Zapotoce. Za cios karate-futbolowy dostał karę nietypową: sędzia pokazał mu żółtą kartkę i kazał na dwie minuty... opuścić boisko. - Chyba jest fanem hokeja - żartowali kibice, którzy decyzję Adama Lyczmańskiego z Bydgoszczy przyjęli gromkim śmiechem.

Gorzowianie grali ostro, ale lechitów to nie zmartwiło. - Taki rywal był nam teraz potrzebny - przekonywał Tomasz Bandrowski, pomocnik Lecha.

Para środkowych obrońców może być spokojna. Paweł Wojciechowski, który zagrał po przerwie, ligowy mecz ze Zniczem obejrzy z trybun (pauza za czerwoną kartkę z Kluczborkiem). Testowany w sobotę Damian Ciach z Polonii Warszawa miał tylko pół godziny, aby pokazać, na co go stać. Nie zachwycił, a jego transfer jest w zawieszeniu, bo cudownie ozdrowiał Grzegorz Jakosz (ma wchodzić w trening już w tym tygodniu). Pewniakiem na lewej stronie jest Dawid Topolski.

Środek pola: od prawej strony Adrian Łuszkiewicz, Brain Obem i Artur Andruszczak. Ta trójka ma w tej chwili największe szanse na pierwszy skład. Łuszkiewicz konsekwentny w defensywie, na prawej stronie - co może zaskakiwać - radzi sobie nieźle. Obem nieco zakręcony, ale skuteczny kiedy trzeba. - "Andrut" w ofensywie bardzo dobrze, w defensywie pilnuj się. Peszko za często jest sam - krzyknął do Andruszczaka po kwadransie gry trener Topolski. I gdy już kapitan GKP "pilnował się", w jego zasięgu Lech większego zagrożenia nie stworzył.

Mateusz Machaj i Łukasz Białożyt - nasze zimowe posiłki z szerokiej kadry Lecha - zagrali wspólnie jedną dobrą akcję. W pierwszej minucie drugiej połowy, gdy po dograniu Machaja strzał Białożyta zblokował jeden z rywali. Później Machaja widać nie było wcale, zawiódł. Białożyt zerwał się kilka razy, z akcji szumu było sporo, pożytku jednak żadnego. Wprowadzony na pół godziny Paweł Kaczorowski wsławił się w sobotę tym, że tak pokiereszował Tomasza Mikołajczaka, że ten musiał opuścić boisko. Robert Sing zasługi miał podobne - kopnął Bandrowskiego, za co dostał żółtą kartkę i opatentowane przez sędziego Lyczmańskiego dwie minuty kary. Nie było we Wronkach Grzegorza Wana i Krzysztofa Kaczmarczyka, którzy narzekają na drobne urazy. Oni raczej do pierwszej jedenastki się nie załapią.

Żądła w sobotę nie użądliły. Może to zły znak, ale pierwszy raz zagraliśmy w tym roku na naturalnej trawie. Tak będzie w lidze. Ale widać, że gole strzelane we wcześniejszych sparingach, głównie przez napastników nie są dziełem przypadku. Topolski nie bał się Lecha, wystawił trzech napastników.

- Gorzów mocno zagrał pressingiem, już napastnicy atakowali. My tak mieliśmy zagrać. Ale liczyłem się z tym, że będzie nam ciężko. Wróciliśmy z Turcji, a ten mecz zagraliśmy po to, aby piłkarze przypomnieli sobie co to jest zima - tłumaczył Jacek Zieliński, trener Lecha.

Denerwował się jednak strasznie widząc, co wyprawiali w pierwszej połowie gorzowianie. Byli nieustępliwi. Tworzyli okazje, głównie z kontry. Gola powinni zdobyć już w 9. min. Emil Drozdowicz (miał dużą ochotę do gry, często zmieniał pozycje) zagrał na dobieg do Michała Ilków-Gołąba. Ten błysnął sprinterskimi umiejętnościami i na kilku metrach wyprzedził reprezentanta Polski Seweryna Gancarczyka. Był sam na sam z Jasminem Buriciem, ale strzelił wprost w niego. - Będzie walczył o miejsce z Sebastianem Janusińskim. Za często holuje piłkę podczas, gdy powinien ją z pierwszej piłki odegrać - narzekał trener GKP.

Z najlepszej strony pokazał się Mateusz Piątkowski. Nazbyt skuteczny nie jest, ale Topolski znalazł dla niego miejsce na boisku. Na zupełnie nowej dla siebie pozycji (gra za napastnikami, atakuje z głębi pola, ale często zmienia się nawet w defensywnego pomocnika i odbiera piłki pomocnikom rywali) sprawdza się bardzo dobrze. Szkoda tylko, że "pomógł" rywalom strzelić pierwszego gola. W zamieszaniu pod naszą bramką piłka odbiła się od jego pleców i spadła pod nogi stojącego na 5 m Djurdjevicia. Ten był sam i strzelił nam gola. Adama Czerkasa znów coś zabolało i do Wronek nie przyjechał.

LECH POZNAŃ - GKP GORZÓW 2:0 (1:0)

BRAMKI: Djurdjević (28.), Możdżeń (62.)

Lech: Burić (46. min Kotorowski) - Wojtkowiak, Bosacki (46. min Szałek), Djurdjević, Gancarczyk (46. min Ratajczak) - Peszko (46. min Bereszyński), Zapotoka (46. min Drygas), Bandrowski, Stilić, Kriwiec (60. min Możdżeń) - Mikołajczak (68. min Kriwiec).

GKP: Janicki (69. min Skrzyński) - Ziemniak, Truszczyński (60. min Ciach), Grocholski (46. min Wojciechowski),Topolski - Łuszkiewicz (46. min Białożyt), Obem (46. min Machaj), Andruszczak (60. min Kaczorowski) - Piątkowski, Ilków-Gołąb (46. min Janusiński), Drozdowicz (60. min Sing).