Jak dobry tatko Topolski krytykował, poluzował i o mały włos robotę stracił

- Popełniłem błędy. Chyba za wcześnie zdecydowałem się na luźniejszy trening - zdradza szkoleniowiec GKP w rozmowie z ?Gazetą?. Trener krytykował też amatorskie podejście do piłki w klubie. Nieomal za to wyleciał.
Piłkarze GKP mają miesiąc wolnego, ponownie spotkają się 4 stycznia. Przez ten czas mają się przede wszystkim nie zapuścić. Trener Topolski ma za to dużo czasu na przemyślenie jesiennych wyczynów swoich podopiecznych. I to jest moment idealny, aby zadać sobie trudne pytania.

Kamil Siałkowski: Gdy na dwa dni przed zebraniem zarządu rozmawiałem z prezesem Sylwestrem Komisarkiem, praktycznie był pan zwolniony z GKP.

Adam Topolski: - Artykuł mnie zaskoczył. O żalach i pretensjach prezesa dowiedziałem się z "Gazety", a nie bezpośrednio od szefa klubu. Wcześniej miałem oczywiście też pewne złe przeczucia, różne sygnały, że mogę zostać zwolniony. Ale bardzo liczyłem na rozmowę z zarządem [w piątek 20 listopada - red].

Zarząd się spotkał, wysłuchał pana. I dalej prowadzi pan piłkarzy GKP.

- Było dużo niedomówień. Z mojej strony, ze strony zarządu. Dobrze, że mamy to już za sobą. Zresztą ja nigdy nie mówiłem, że chcę skończyć już pracę w Gorzowie. Wypowiedziałem gorzkie słowa. Uważam jednak, że na drażliwe tematy rozmawiać trzeba. Robiłem to dla dobra gorzowskiej piłki. Wszystko sobie już wyjaśniliśmy i myślę, że zarząd podjął dobrą decyzję. Czy bardzo dobrą, dowiemy się po rundzie wiosennej [śmiech].

Prezes Komisarek powiedział, że przeprosił pan zarząd za swoje mocne słowa. To znaczy, że wszystko w klubie jest już w porządku?

- Uznaliśmy, że musimy częściej rozmawiać i trudne kwestie poruszać w pierwszej kolejności na zarządzie. Jeśli chodzi o klub: wszystkim ludziom związanym z GKP powinno zależeć nie tylko na wyniku, ale także na rozwoju organizacyjnym. Na poprawieniu wszystkiego, co jest dookoła meczów, goli i punktów. Jest wiele spraw do zrobienia.

Masażysta. To chyba najmodniejsze w listopadzie słowo w kontekście GKP?

- Na pewno nie chciałem urazić Tomka, naszego masażysty. Ten chłopak oddaje serce drużynie. Ale pomaga nam po pracy. My na tym szczeblu potrzebujemy człowieka, który jest w gotowości przez całą dobę. Fizjoterapeuta na pełnym etacie to konieczność. Dokładnie wytłumaczyłem to działaczom i ich przekonałem. Wzorem dla nas powinny być gorzowskie koszykarki. Tam odnowa jest na świetnym poziomie. Oj, gdyby piłkarze mieli tak dobrze, jak koszykarki.

To może przerzuci się pan na basket? Trener Maciejewski powinien się bać?

- Zajmuję się piłką, mogę więc tylko trenerowi koszykarek pozazdrościć. Dobrze, że to w AZS PWSZ mają. My musimy dążyć do tego, żeby mieć zbliżone warunki. Trzeba monitorować zdrowie piłkarzy przed meczem, ale też zostać z nimi po meczu. Trzeba zaleczyć mikrourazy, szczególnie gdy gra się co trzy dni. Profesjonalizmu nie można porcjować.

Podobnie jak nie można porcjować odżywek.

- Piłkarz jak się dobrze prowadzi, to nie ma problemów. W innych ośrodkach takie środki są zabezpieczone przez klub. I nie chodzi tu o jakieś wielkie wspomaganie. W sumie u nas najgorzej z tym nie było.

Przytoczę klubowy dialog z tej rundy. "Piłkarz X: Kiedy będą pieniądze na odżywki? Działacz Y: Przecież jest woda, wystarczy, dacie radę." Co pan na to?

- Tak mógł odpowiedzieć tylko ktoś, kto nigdy nie uprawiał sportu wyczynowo. Woda to jest dobra na pustyni, jak bardzo chce się pić. Dziś piłkarz musi po treningu co najmniej Isostar wypić. To są naprawdę ważne sprawy.

Te sprawy pokazują jednoznacznie, że pierwszej ligi musimy się jeszcze w Gorzowie uczyć.

- Nie chcę być źle zrozumiany. Ale uważam, że jest dużo do zrobienia. Trochę czasu potrzeba, aby klub dobrze funkcjonował. Oczywiście są w Polsce kluby, pewnie nawet w tej samej lidze, w których lepiej na pewno nie jest. Trzeba pamiętać, że pierwsza liga to nie jest tylko fajne hasło. To przede wszystkim wyzwanie. Gramy w najtrudniejszej lidze w kraju. Nawet w ekstraklasie wszystko jest łatwiejsze - są bardzo chętni sponsorzy, jest telewizja, większe zainteresowanie. A tu przechodzi się szybki kurs organizacyjnego dorastania.

Ale pierwsza liga to też wabik na piłkarzy. U nas nie ma wielkich pieniędzy, ale mamy w ręku duży atut - możemy być trampoliną do kariery, bo z zaplecza ekstraklasy jest już niedaleko do sukcesów w elicie.

- To pomaga przy negocjacjach. GKP to bardzo dobry klub do promowania. Przykładów mamy sporo. Szymon Sawala super się wprowadził do Bytomia, Mouhamadou Traore błyszczy w Lubinie, Emilowi Drozdowiczowi jeszcze się nie udało, ale gdyby grał niżej, to nie pojechałby na testy do Wisły Kraków. W tej rundzie też była dobra promocja. Sławek Janicki został zauważony, Paweł Wojciechowski również trafił do notesów, dobrą rundę miał też mój syn David. Wielu pewnie chciałoby mieć u siebie Wana czy Grocholskiego. Ci piłkarze przyszli się pokazać, ale też podnieśli poziom drużyny. Dla Gorzowa to same plusy. Warto grać w tej lidze, pod każdym względem. Może będziemy się smucić, gdy część zawodników postanowi spróbować sił w mocniejszym klubie. Ale do nas znów przyjdą piłkarze, którzy rokują nadzieję na przyszłość.

Wróćmy do ligowej jesieni. Mieliśmy dobry początek, ale na finiszu zespół grał bez błysku i nie wygrywał.

- Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mój zespół w ostatnich pięciu meczach rundy zdobył tylko 2 pkt. Czy nam coś przeszkadzało, czy nie, powinniśmy tak zagrać, aby zdobyć w tych spotkaniach 5 pkt więcej. I mielibyśmy tyle punktów, co Flota Świnoujście.

Po wygranej w Lublinie z Motorem (w 14. kolejce) byliśmy na trzecim miejscu! Mieliśmy 23 pkt i cichą nadzieję, że będziemy się liczyć w walce o czołowe lokaty.

- Wszyscy w to uwierzyli. I się na tym przejechali. I ja, i zawodnicy. Do tego naszym sprzymierzeńcem miał być jeszcze dobry terminarz, fajne mecze u siebie do wygrania i wyjazdy do Świnoujścia i Szczecina. To nas trochę uśpiło. Wtedy się wydawało, że to może być bardzo miła końcówka rundy.

Wiem, że to najłatwiejsze tłumaczenie. Ale trochę szczęścia nam zabrakło. Z Sandecją strzeliliśmy gola, ale sędzia go nie uznał. Frajersko straciliśmy bramkę z Kluczborkiem, do tego jeszcze czerwona kartka dla Wojciechowskiego. Szkoda też meczu w Szczecinie. Janicki miał bardzo dobrą rundę, ale na Pogoni puścił gola po błędzie.

Co się działo z GKP od października? Te problemy z odnową biologiczną, o których pan wspomniał, odbiły się na dyspozycji drużyny?

- Nie. Myślę, że są inne powody naszej słabszej końcówki rundy. Oczywiście w połowie rundy zaczęliśmy łapać kontuzje, musiałem kombinować, zmieniać ustawienia. Nie miałem masażysty na co dzień. Miało to znaczenie, ale nie było najważniejsze. Wciąż analizuję przyczyny tych gorszych wyników.

Zarząd zarzucał panu, że dał piłkarzom pofolgować. Były luźne treningi?

- Muszę się przyznać, że w końcowym okresie podchodziłem do zawodników po ojcowsku. Chyba nawet za mocno. To wzięło się jednak z tego, że za dużo zawodników mi wypadało przez kontuzje. Wyszliśmy z mocnego treningu przed Podbeskidziem [17 października - red.]. Wtedy przeszedłem tylko na gry oraz taktykę i ustawienie. To chyba był błąd. Za wcześnie to zrobiłem. Ale zmniejszałem obciążenia, żeby mieć jakichkolwiek piłkarzy do gry. Widziałem, że mi padają, że nie wytrzymują tempa rozgrywek.

Nie byli źle przygotowani?

- Zawsze jak nie idzie, to ktoś jakąś łatkę dołoży. W dwóch ostatnich meczach zadaliśmy kłam tej opinii. Z Kluczborkiem prowadziliśmy grę w dziesiątkę, w Szczecinie zagraliśmy bardzo dobrze, nieźle się poruszaliśmy, byliśmy wszędzie. Na to, że treningi były luźne pod koniec rundy się zgodzę. Na to, że odpuszczałem zawodnikom jeden, dwa treningi też się zgodzę. Ale nie uważam, że źle przygotowałem drużynę. Luz miał swoje podstawy. W ten sposób chciałem doprowadzić do gry piłkarzy, na których mi bardzo zależało.

Przede wszystkim chodzi o Pawła Kaczorowskiego. Złośliwi twierdzą, że nie trenował cały tydzień, by starczyło mu sił na pół godziny meczu.

- Paweł ma lepsze umiejętności, jak wielu grających w Gorzowie piłkarzy. Był w kadrze, grał w Lechu, Legii czy Polonii. Ale ma swój wiek [35 lat - red.] i na niego "polują" zawodnicy innych drużyn. Mecz w Łodzi z ŁKS, Hajto skacze na "Kaczora", wali go kolanem w biodro. Mecz z Podbeskidziem, Paweł długo leczył wcześniej kostkę, w końcu jest zdrowy. Wychodzi w drugiej połowie, Jarosz wjeżdża mu w kostkę i pozamiatane.

Zależało mi na Kaczorowskim. On był na celowniku i niestety łapał kontuzje. Żeby go doprowadzić, musiałem mu odpuścić trening. Dobrze przygotowany, nie sponiewierany Paweł, w pojedynkę mógłby nam wygrywać mecze. Nie był przygotowany, wchodził na własną prośbę. Też był sfrustrowany, że nie może bardziej pomóc zespołowi. Gdyby dostał od początku taką dawkę treningową, jak wszyscy, w połowie sezonu by go nie było.

Nie tylko o "Kaczora" jednak chodziło. Dozowałem też zajęcia Maćkowi Truszczyńskiemu. Oszczędzałem przez pewien czas Braina Obema, po kontuzji powoli wchodził Adrian Łuszkiewicz. To naprawdę nie sztuka zajechać piłkarza. A na trybunach nie miałbym z nich przecież żadnego pożytku.

Pożytku nie miał pan także z tych, co byli na boisku. Przede wszystkim z napastników.

- Gdy zaczynaliśmy ligę, atak był dobry. Traore miał być wiodącym zawodnikiem, wspierać miał go Piątkowski na zmianę z Ilków-Gołąbem. I to był fajny układ, który dawał nam bramki. Zdecydowałem, że nie będę nikogo blokował, gdy zgłosi się ekstraklasa. Zgodziłem się na odejście Senegalczyka. Wtedy pojawił się problem. Liczyłem, że boiskową rolę Traore w części przejmie Piątkowski. Ale za bardzo w niego uwierzyłem. Zdecydowaliśmy się na wzmocnienie. Przyszedł Adam Czerkas, który był kompletnie nieprzygotowany. Jeszcze złapał kontuzję grzbietu i grał na pół gazu. To, co grał, to było jego dno, gorzej już grać nie może. Łataliśmy ten atak przez całą jesień, słabo to wyglądało. Musimy się w tej formacji koniecznie wzmocnić.

Zostawi pan Czerkasa? Kibice częściej się z niego śmiali, niż mu dobrze życzyli.

- Dam mu szansę. Najłatwiej to z zawodnika zrezygnować. To piłkarz rozwojowy, on potrafi strzelać gole i będzie jeszcze dobrze grał. Uważam, że gdy solidnie przepracuje okres przygotowawczy, będzie naszym mocnym punktem. On chce tu zostać, chce się odbudować. Mam nadzieję, że na wiosnę spełni pokładane w nim nadzieje.

Po zakończeniu ligi zagraliście trzy sparingo-castingi. Ktoś godny uwagi się pojawił?

- Testowaliśmy graczy, których "podrzucili" nam menedżerowie. Większość z nich mnie nie przekonała. Część była nawet gorsza od naszych juniorów. Daliśmy też szansę chłopakom z Gorzowa, którzy mogliby wrócić z wypożyczeń. Z testowanych fajnie pokazał się Rafał Leśniewski z Nielby. Zdobył gola z Górnikiem Polkowice [1:1 - red.]. Chciałbym mieć go u siebie w drużynie. Ma mocną propozycję z Ruchu Radzionków [lider zachodniej grupy drugiej ligi proponuje mu miesięcznie 10 tys. zł - red.], ale mam nadzieję, że wybierze gorzowską szansę w pierwszej lidze. Ciekawy pomysł to Mateusz Machaj [strzelił w piątek dwa gole i GKP wygrał z Łucznikiem Strzelce Kraj. 2:0 - red.], on jest naprawdę blisko GKP. Bardzo mi zależy na Emilu Drozdowiczu, z którym ciągle rozmawiamy o kontrakcie. Na swojej liście mam jeszcze dwóch zawodników z Zagłębia Lubin, których nazwisk na razie nie zdradzę. Gdybym ich namówił, to nasza drużyna poważnie wzmocniłaby się przed rundą wiosenną.

Ilu piłkarzy szukamy?

- To zależy, ilu odejdzie w zimowej przerwie. Rozmawiamy, rozglądamy się. Może się okazać, że zawodnicy z podstawowego składu odejdą. Słyszałem już o kilku propozycjach. Łukasz Maliszewski trenował już nawet z ekstraklasową Koroną Kielce. Musimy być zabezpieczeni. Na ich miejsce trzeba będzie ściągnąć piłkarzy prezentujących podobny poziom. Nowych ludzi może być trzech, czterech. A jeśli udałoby się wszystkich zatrzymać, to niektóre ogniwa i tak trzeba podmienić.

Piłkarze mają przerwę. Ale w tym przypadku słowo "przerwa" nabrała dla nich innego znaczenia.

- Okres ochronny się skończył. Do mnie też trafiły plotki, że u mnie się nie trenuje. A jest wręcz przeciwnie, u "Topoli" naprawdę trzeba zasuwać. Kończymy wspólne treningi, ale każdy dostał zadania - w tygodniu trzy dni ciągłego biegu przez 45 minut, dwa dni na siłowni. Każdy musi o siebie zadbać i być przygotowanym do ciężkiego treningu od 4 stycznia, kiedy znów się spotkamy.

Co wtedy będziecie robić?

- Zaczniemy od biegu tlenowego o ósmej rano, o 12 sala, o 17 znów bieganie. Po tygodniu treningów - trzy razy dziennie - mamy zaplanowane dwa turnieje halowe. 14 stycznia jedziemy do Brennej na jedyny obóz przed sezonem, tam będziemy ćwiczyli cztery razy dziennie. Pierwszy mocny sparing zagramy 23 stycznia z Lechią Gdańsk. Podczas przygotowań zmierzymy się też z Lechem Poznań i Pogonią Szczecin. Będą też gry kontrolne ze słabszymi zespołami z Międzyrzecza i Chodzieży. Wszystko wskazuje na to, że nie będzie drugiego obozu, bo nie ma pieniędzy. Ale wtedy - na miesiąc przed ligą [startuje 6 marca - red.] - możliwie często będziemy jeździć do Międzyrzecza na pełnowymiarowe sztuczne boisko. Bardzo by się przydało takie w Gorzowie, na pewno ułatwiłoby to nam pracę. Są tutaj tylko małe boiska, takie w sam raz na wejście w trening z piłkami. Ale na późniejszym etapie potrzebny jest duży plac, tu jest problem.

Bilans trenera Adama Topolskiego (w GKP od 28 kwietnia)

30 meczów

12 zwycięstw

8 porażek

10 remisów

Gole - 37:28

Seria zwycięstw - siedem meczów (23 maja z Odrą Opole 2:1 - 22 sierpnia z Górnikiem Zabrze 1:0)

Seria porażek - dwa mecze (17 października z Podbeskidziem Bielsko-Biała 1:2 - 25 października Flotą Świnoujście 0:2)