Sport.pl

Synowiec: Byłem zdumiony widząc jak mistrzowie świata robią sobie kpiny

Oglądając pierwszą ligową, żużlową kolejkę byłem tak samo zszokowany jak wynikiem pierwszego tegorocznego Grand Prix. W nowozelandzkim Auckland wygrał outsider Martin Smolinski, przechodząc do historii jako pierwszy i pewno ostatni zwycięzca z Niemiec, a w Polsce przegrywali murowani faworyci.
Za takie przejście do historii należą się Smolinskiemu huraganowe brawa i pokłony do samej ziemi. Nikt i nigdy nie był autorem podobnej sensacji i nie da się tego porównać nawet ze zwycięstwem innego Niemca - Egona Mullera w finale mistrzostw świata w 1983 roku, bo tytuł zdobył on jednak na własnym torze w Norden, a i w półfinale jeździł znakomicie i nie był jeźdźcem znikąd.

Podobnie zdumionym byłem oglądając mecz w Gdańsku. Jestem pewien, że nikt, łącznie z trenerem Stanisławem Chomskim, nie pomyślał nawet, że ekipa najlepszych zawodników świata zebrana w Toruniu, przegra z naprędce skleconą zbieraniną żużlowców z trzeciej światowej ligi. A jednak!

Rozumiem, że brak było Darcy Warda, że Emil Sajfutdinow - gdyby nie kontuzja - mógł pojechać jeszcze raz, ale to, co wyprawiali Adrian Miedziński, a zwłaszcza mistrzowie świata Chris Holder i Tomasz Gollob to czyste kpiny i ze sportu i z ich dobrodzieja Romana Karkosika. Śmiem twierdzić, że już pierwszy mecz pokazał, że o play-off Unibax może zapomnieć.

Gollob niedawno wsparł tenisistę Jerzego Janowicza w twierdzeniach, że w Polsce sportowiec musi trenować w szopie i nie ma szans na wybicie się. W Gdańsku pokazał swoją obecną prawdziwą wartość, a raczej jej brak. Teraz pozostanie mu jedynie narzekanie na żużlowe władze, złych sędziów i niskie zarobki. Jestem pewien, że cztery punkty, które uciułał w meczu z Wybrzeżem, to nie jest jego ostatnie słowo, zwłaszcza w spotkaniach wyjazdowych, bo stać go na jeszcze gorszy wynik. Niedawno chwaliłem go za klasę, z jaką zakończył swoją przygodę z Grand Prix, ale jeśli teraz będzie się wypowiadał w stylu Janowicza i brał regularne baty od ligowych juniorów, będzie miał we mnie bezlitosnego krytyka.

Zmartwiła mnie frekwencja na meczach. Ogromne łysiny na widowni w Zielonej Górze, pustawy stadion w Lesznie, ledwie kilka tysięcy na szlagierowym meczu w Gdańsku to zły znak dla ligi i nie mam zielonej pojęcia, skąd taki gwałtowny spadek zainteresowania.

Mam nadzieję, że w świąteczną niedzielę w Gorzowie będzie pełen stadion, bo inauguracyjne zwycięstwo Stali we Wrocławiu i to w naprawdę budującym stylu, bardzo zwiększyło apetyt na sukces. Falubaz zaczął fatalnie, Unibax jeszcze gorzej. Unia Leszno mam nadzieję polegnie na naszym torze, no i może być pięknie już od początku. Choć oczywiście nie sądzę, aby mecz z Lesznem był łatwy. Wręcz przeciwnie - kwartet Pedersen, Bjerre oraz Piotr i Przemysław Pawliccy jest w stanie zdobyć nawet 40 punktów, a są jeszcze przecież młody Duńczyk Michelsen i nierówny, ale ambitny Zengota, o Musielaku nie wspominając. Będzie się więc działo i ten mecz nie może przegrać ze świątecznym obżarstwem. Spotkanie tak mocnych i nastawionych na sukces ekip jak Stal i Unia to prawdziwa sól żużla i będzie grzechem i to trudnym do odpuszczenia, nie zobaczyć go na żywo. Oby tylko nasz Bartek Zmarzlik nie wdał się w kopaninę z Nicki Pedersenem, bo "Dzik" to nie potulny Jędrzejak i żywemu nie przepuści.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny

Więcej o: