Sport.pl

Kandydaci mecenasa do złota żużlowych mistrzostw świata: Holder, Pedersen, Hampel...

W sobotę 23 marca nad ranem polskiego czasu rusza na nowozelandzkim torze w Auckland 19. edycja rozgrywek o mistrzostwo świata na żużlu, czyli popularne Grand Prix. Czego należy oczekiwać po tej rywalizacji w tym roku?
Po pierwsze to brak zdecydowanego faworyta, a po drugie - z uwagi na wyjątkowo wyrównaną stawkę trudno wskazać kandydatów, którzy z cyklu wylecą. Pierwszy turniej nie da odpowiedzi na żadne pytania, ale ja spróbuję już teraz przymierzyć się do oceny szans poszczególnych zawodników.

Moim zdaniem o medale na pewno będą walczyć aktualny mistrz świata Australijczyk Chris Holder, który dojrzał sportowo i ustabilizował formę na bardzo wysokim poziomie, i Duńczyk Nicki Pedersen, który po kryzysie w 2011 roku powrócił w wielkim stylu i o mało co nie został mistrzem - wielu twierdzi, że jego dyskwalifikacja w ostatnim turnieju 2012 r. była pomyłką sędziego. Dalej mamy Rosjanina Emila Sajfutdinowa, który zdobył swój pierwszy medal nieco za szybko, ale okrzepł i jest gotów walczyć nawet o złoto. Szwed Andreas Jonsson od kilku już lat jest blisko czołówki, ale jeśli nie zdobędzie czegoś prestiżowego teraz, to jego czas chyba minie, Darcy Ward - człowiek nieobliczalny, ale niezwykle waleczny i zdolny do zwycięstw turniejowych, oraz Jarosław Hampel, który z całej tej grupy jest jeźdźcem najlepszym technicznie i najlepiej poukładanym oraz zmotywowanym. Kiedy osłabł zapał Golloba, kiedy zabraknie Crumpa, a Hancock musi obniżyć loty, przyszedł czas właśnie na Hampela. To jego widzę na złotym tronie, choć z pewnością nie będzie mu łatwo.

Do pojedynczych zwycięstw turniejowych i utrzymania się w cyklu na następny sezon (pierwsza ósemka) zdolni są następujący jeźdźcy: Greg Hancock, który już jednak medalu nie odzyska, bo jednak wiek zrobi swoje, Tomasz Gollob, w którego zapowiedzi, że będzie walczył o medale, nie wierzę, bo jego czas już minął, tyle tylko, że on sam nie chce tego przyjąć do wiadomości, Antonio Lindback, który jest prawdziwym walczakiem, ale też i "jeźdźcem bez głowy", Martin Vaculik - słowacki fenomen, świadczący o tym, że i w kraju bez żużlowców można nim zostać i wygrywać w Grand Prix, nasz gorzowski Niels Iversen, za którym przemawia siła spokoju i osiągnięcie wysokiego i równego poziomu w ubiegłym roku, oraz Matej Zagar, który wprawdzie w przeszłości w cyklu się nie sprawdził, to jednak jest teraz nieco większym wojownikiem niż dawniej.

Od tych dwóch grup wydają się odstawać: Tai Woffinden, który ma jeszcze zbyt pstro w głowie, aby zadomowić się w światowej elicie, a jest w niej na takiej samej zasadzie, jak przez kilka lat woził się z cyklem GP Chris Harris (wystarczy być Anglikiem, choć dzisiaj żużel coraz mniej kojarzy się ze ściganiem na Wyspach), Fredrik Lindgren, który jest zawodnikiem nudnym jak flaki z olejem oraz kolejny "gorzowianin", czyli Krzysztof Kasprzak. Ten ostatni jest w zapowiedziach dość buńczuczny, co znaczy, że zapomniał, jak okropnie jeździł w sezonie 2011 oraz przez pierwsze pół roku 2012. Musiałby się stać cud (polscy kibice i sam zawodnik na to liczą), aby Kasprzak pogodził starty w lidze z regularnością w Grand Prix. Jeszcze nie teraz, a może nigdy.

Jeśli chodzi o tory, to rewelacji nie będzie. Oprócz Kopenhagi i Cardiff zobaczymy wiejskie obiekty w Terenzano, Krsko (powrót), Daugavpils (powrót) i Pradze. Niewiele dobrego można też powiedzieć o Bydgoszczy i Sztokholmie, bo na tych dwóch torach sukcesu frekwencyjnego nie wróżę. Zresztą podobnie będzie na wszystkich polskich torach, bo po prostu cykl Grand Prix w Polsce się zużył i ten sezon będzie tego dobitnym potwierdzeniem. Czas powrotu do finału jednodniowego powoli się zbliża.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny

Więcej o: