Jerzy Synowiec: Do Polski "Havvy" przyjeżdżał po sławę

Początek sezonu 2013 to koniec pewnej żużlowej ery. I nie chodzi tutaj o możliwość używania tytanu do budowy silników czy pierwszą historyczną zmianę nazwy zespołu z Leszna. Przed kilkoma dniami oficjalnie zakończył swoją sportową karierę ostatni wielki angielski mistrz - Gary Havelock.


Pamiętacie? "Havvy" to facet, który niespodziewanie i bezapelacyjnie zwyciężył w finale indywidualnych mistrzostw świata na Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu w 1992 roku. Sportowiec niepokorny, szokujący swoim zachowaniem (w młodości problemy z narkotykami) i fryzurami, ale przede wszystkim ceniony za swoje nieprzeciętne umiejętności jeździeckie.

Dziś już wielu kibiców - szczególnie tych młodszych - nie pamięta, że Havelock miał w swej bardzo bogatej karierze kilka lubuskich wątków. Pierwszy raz był na naszej ziemi, gdy w 1987 roku w Zielonej Górze stanął na najwyższym stopniu podium ówczesnych indywidualnych mistrzostw Europy (tak wtedy nazywały się mistrzostwa świata juniorów), pozostawiając w tyle m.in. Piotra Śwista i Seana Wilsona. Pięć lat później, jako kapitan reprezentacji Anglii, podpisał kontrakt ze Stalą Gorzów i był bardzo silnym punktem naszej drużyny. Osiągnął wtedy życiową formę, czego potwierdzeniem był tytuł IMŚ. Doskonale pamiętam wspaniałe przyjęcie gorzowskich kibiców, gdy "Havvy" pierwszy raz po światowym finale we Wrocławiu przyjechał nad Wartę ścigać się dla Stali. Gdy udekorowany królewskimi szatami, koroną oraz ułańską szabelką usiadł na specjalnie przygotowanym tronie i przywitał się z publicznością podczas rundy honorowej, wiwatów i okrzyków radości nie było końca. Tak jak podczas samego, pewnie wygranego meczu derbowego z Zieloną Górą, w którym Havelock znów nie zawiódł. Choć Gary nigdy więcej nie nawiązał do swego mistrzowskiego sezonu, kilka razy jako "strażak" wracał do Gorzowa i w zastępstwie kontuzjowanych kolegów walczył dla Stali. Zaliczył m.in. wspaniały mecz ze Spartą Wrocław w 1996 roku, ale i kompletną klapę w Grudziądzu w tym samym sezonie.

Anglik podczas swojej barwnej kariery z niejednego pieca chleb jadł, ukształtował się jako zawodnik na krótkich torach w swoim kraju, sławę zdobył w Polsce (tytuł IMEJ w Zielonej Górze, złoto IMŚ we Wrocławiu, zwycięstwo w Memoriale im. Edwarda Jancarza w Gorzowie w 1993 roku), a jeździł też w Rosji (Mega Łada Togliatti) czy we Włoszech (MC Lonigo).

Jestem przekonany, że "Havvy", który w listopadzie skończył 44 lata, zawiesił kevlar na kołku tylko i wyłącznie z powodu koszmarnej kontuzji ręki (złamania aż 14 kości oraz niedowład), jaką odniósł jesienią w meczu angielskiej Premier League. Gdyby nie ten poważny uraz, nadal bawiłby się w speedway jako kapitan Redcar Bears, bo to facet, który nie umie żyć bez żużla. Dziś trudno znaleźć tak wyrazistych zawodników w parku maszyn. Garego szkoda, tym bardziej że był ostatnim obok Screena, Wilsona, Lorama czy Richardsona wielkim Anglikiem na żużlowym torze...

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny