Jerzy Synowiec: Przykro patrzeć jak żużlowy Titanic nabiera wody

Zawody Grand Prix we włoskim Terenzano skupiły w sobie wszystkie wady obecnego sposobu wyłaniania indywidualnego mistrza świata. Prowincjonalny do bólu stadion na włoskim zadupiu, fatalnie przygotowany tor, gdzie w tumanach kurzu z trudem można było zobaczyć zawodników, no i frekwencja - najgorsza w całej historii Grand Prix.
Wprawdzie prasa podawała, że turniej oglądało 2-3 tysiące widzów, ale tak naprawdę było ich nie więcej niż tysiąc, wliczając w to tych wszystkich, którzy przyjechali na rowerach z okolicznych wiosek.

Cała otoczka zawodów uwłaczała randze imprezy, choć i poprzednie tegoroczne zawody z cyklu GP oglądała ledwie garść widzów. Formuła tych zawodów w sposób oczywisty się przeżywa i aby ratować rangę tytułu mistrza świata, czas chyba pomyśleć o powrocie do jednodniowego finału, skupiając na nim środki finansowe i organizacyjne oraz starając się o odpowiedni stadion. Organizatorzy cyklu, czyli BSI, widzą to wszystko, ale miast reagować, przedłużają umowę z Terenzano o kolejny rok, myśląc jednocześnie o powrocie do łotewskiego Daugavpils, gdzie frekwencja nigdy nie przekraczała kilku tysięcy widzów.

Tak oto turnieje Grand Prix, pomyślane jako promocja żużla na świecie, na wielkich stadionach i z wielką widownią, zjadają swój własny ogon, ośmieszając tę dyscyplinę w oczach gwałtownie topniejącej garstki kibiców.

Jeszcze gorzej ma się rzecz z polskim żużlem. Oto z przerażeniem czytam, że frekwencja na zawodach ligowych spada już nie z miesiąca na miesiąc, ale z tygodnia na tydzień, sięgając absolutnego dna w wielu ośrodkach. Derby Pomorza w Bydgoszczy oglądało raptem 5 tysięcy widzów, mecz w Rzeszowie z najsilniejszym zespołem ligi Stalą Gorzów - 3 tysiące, a na pozostałe mecze we Wrocławiu, Gdańsku czy Bydgoszczy sprzedaje się w porywach po 2 tysiące biletów. Bronią się jeszcze Gorzów, Zielona Góra oraz Tarnów, tam wciąż gromadzi się 10-tysięczna żużlowa widownia, ale i tu mogą być kłopoty, gdy dzień po dniu gościsz drużyny z Częstochowy i Wrocławia. Dramatycznie też wyglądały trybuny w Zielonej Górze w trakcie finału indywidualnych mistrzostw Polski. Upadek tej imprezy opisywałem już wcześniej, ale widok pustawego stadionu był mimo wszystko przygnębiający, bo nie tak powinien wyglądać najważniejszy żużlowy turniej indywidualny w naszym kraju. Przy czym nie winię tu organizatora, bo Zielona Góra jest raczej ofiarą, a nie winnym.

Dodatkowo jeszcze słychać, że połowa klubów ekstraligi nie ma pieniędzy na wypłaty dla zawodników, a Gdańskowi grozi wręcz upadek już w najbliższych tygodniach. Jeśli do tego dodamy pogłoski płynące od zawodników, że rozważają strajk przed następnym sezonem (wynik ograniczeń płacowych planowanych na sezon 2013), to trudno o inne wnioski niż te, że żużel zmierza w bardzo złym kierunku, a wydarzenia zaczynają przypominać lawinę. To prawdziwy dramat, a koniec żużla może być i szybszy, i bardziej żałosny, niż przewidywali najwięksi pesymiści. Co na to prezesi ekstraligowych klubów, którzy na swoich barkach tak naprawdę dźwigają cały światowy żużel? Ano nie potrafią się nawet zebrać w komplecie, aby porozmawiać poważnie o przyszłości. Wolą chować głowy w piasek i udawać, że dookoła jeszcze jest spokojnie. Nie jest. Titanic nabiera wody, a ostatnie szalupy są właśnie spuszczane na wodę...

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny