Jerzy Synowiec: Młode wilczki rozruszały w Grand Prix towarzystwo starszych panów

Z minionego żużlowego weekendu trzeba zapamiętać dwie rzeczy. Nie chodzi oczywiście o ulewy torpedujące całą ligową kolejkę ani o bardzo zdecydowane zwycięstwo Częstochowy nad Gdańskiem, ale o wydarzenia, które warto odnotować z Grand Prix Chorwacji.
Warto zapamiętać, że kolejna runda mistrzowskiego cyklu rozegrana na domowym torze Juricy Pavlica była niespotykanie wyrównana. Po raz pierwszy w tym roku niemal wszyscy zawodnicy (oprócz Petera Ljunga, którego potraktować należy jako wyjątek potwierdzający regułę) otarli się o start w półfinałach. Na torze w Gorican każdy wygrywał z każdym i wreszcie do końca nie było wiadomo, kto pojedzie w biegach decydujących o miejscach na podium. Dość powiedzieć, że po rozegraniu wyścigów z serii zasadniczej okazało się, że dwunasty w końcowej klasyfikacji zawodów Kenneth Bjerre drugim miejscem w ostatnim wyścigu pogrzebał swe szanse na odniesieniu sukcesu w całej rundzie! Godny podkreślenia jest też fakt, że po raz kolejny świetnie zaprezentowały się "młode wilczki" jadące z "dzikimi kartami", a więc Martin Vaculik i Jurica Pavlić, które znowu rozruszały towarzystwo starszych panów (Gollob, Crump, Hancock, Pedersen) i przez to zmusiły ich do pokazania na stadionie położonym niedaleko węgiersko-chorwackiej granicy całej swojej palety umiejętności.

Chciałbym tutaj podkreślić postawę przede wszystkim Tomasza Golloba i Jasona Crumpa, ponieważ tych dwóch zawodników wielu kibiców już w tym roku przekreśliło. O kapitanie Stali Gorzów i jego postawie w ostatnim okresie napisano już chyba wszystko. Na łamach prasy regionalnej i branżowej szczegółowo analizowano przyczyny jego słabszej formy. Spierano się, czy to sprawa mentalności, czy mimo wszystko sprzętu. Definitywnej odpowiedzi na pytanie, czy Gollob wrócił do swojej normalnej dyspozycji, niestety nie uzyskaliśmy, ponieważ odwołano mecz ekstraklasy w Zielonej Górze, gdzie, śmiem twierdzić, byłoby mu znacznie trudniej niż na przyczepnym przy bandzie torze rodziny Pavliców. Trzeba mieć jednak nadzieję i wierzyć, że nasz lider tymi kilkoma jakże udanymi wyścigami na południu Europy na dobre się przełamał i już do końca sezonu będzie prezentował się tak, jak przystało na byłego indywidualnego mistrza świata.

Osobną sprawą jest dla mnie fenomenalna dyspozycja w sobotę i niedzielę kapitana reprezentacji Australii, a przede wszystkim naszego byłego zawodnika - Jasona Crumpa. Na trudnym i wymagającym wiele wysiłku torze wnuk Neila Streeta jeździł bardzo skutecznie, pomimo koszmarnej kontuzji, jakiej doznał kilkanaście dni temu. Zdrutowany obojczyk i popękana łopatka nie przeszkodziły mu w zdobyciu ważnych punktów, które mogą zaowocować niespodziewanym medalem mistrzostw świata na koniec sezonu. Niespodziewanym, gdyż w tym roku "Crumpy" nie jeździł od początku sezonu dobrze. Wielu kibiców postawiło na nim krzyżyk i domagało się jego sportowej emerytury. Po raz kolejny Jason jednak zaskoczył wszystkich i pomimo niesprzyjających okoliczności zdrowotnych i koszmarnego upału gryzł tor jak za najlepszych lat. Dzień później swoje ogromne serce do walki potwierdził w arcyważnym meczu Marmy Rzeszów, która dzięki jego kompletowi punktów odprawiła z kwitkiem Spartę Wrocław i zapewniła już sobie spokojne utrzymanie w lidze, a być może szansę na rundę finałową Speedway Ekstraligi.

Nie ukrywam, że mam do Crumpa wielki sentyment, gdyż sam doprowadziłem do tego, że ten rudowłosy kangur zameldował się jako nastolatek w naszym klubie i z miejsca zaskarbił sobie sympatię gorzowskich kibiców. Doskonale pamiętam jego pierwszy występ w Toruniu, gdzie wygrał pierwsze swoje dwa wyścigi, a później wstał wpakowany w bandę przez bezpardonowo jeżdżącego Tomasza Bajerskiego. Pomimo pechowego debiutu na polskich torach Jason rozwijał się z zawodów na zawody, co zaowocowało tytułem IMŚJ w fińskim Tampere w 1995 roku. Crump był zawsze bardzo związany z drużyną i zżyty z klubem, w którym jeździ. Po odejściu z Gorzowa (został zastąpiony Tonym Rickardssonem) nie mógł nigdzie zagrzać miejsca. Po nieudanym mariażu z Wrocławiem i Zieloną Górą wrócił nad Wartę, gdzie zawsze czuł się jak w domu. Kryzys i spadek do pierwszej ligi uniemożliwiły mu kolejne sezony startów dla żółto-niebieskich kibiców, lecz zawsze z wielką ochotą przyjeżdżał do nas na memoriały Edwarda Jancarza i podczas tych zawodów brylował na torze przy Śląskiej. Choć dziś "Crumpy" to trzykrotny mistrz świata i wielka postać czarnego sportu, która już nikomu na torze nie musi niczego udowadniać, to nadal można odnaleźć w nim młokosa, który nawet poturbowany staje do walki dla swojej drużyny i na oczach tysięcy fanów wygrywa arcyważne wyścigi. Tak jak w ostatni weekend...

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny