Jerzy Synowiec: Drastyczne, konieczne cięcia w ekstralidze z degrengoladą cyklu Grand Prix w tle

Prezesi żużlowej ekstraligi są zdecydowani, aby od przyszłego sezonu obowiązywał nowy regulamin finansowy, który w sposób radykalny ograniczy zarobki zawodników, a budżety klubów, które i tak w 90 procentach są przeznaczone na płace żużlowców, mają wynosić maksymalnie 3 miliony złotych, co oznacza dwu, a nawet trzykrotną obniżkę.
Powodem tak dramatycznych decyzji jest wręcz katastrofalna sytuacja finansowa większości klubów, będąca pokłosiem drastycznego załamania zainteresowania sportem żużlowym, zarówno w Polsce jak i na świecie. W tej chwili sytuacja jest bowiem taka, że poza polską ligą, niezłą formę finansowa utrzymuje już tylko liga szwedzka, a o reszcie nie ma nawet co mówić. Z tym, że liga polska tak naprawdę utrzymuje również ligę szwedzką, gdyż żużlowcy dorabiają sobie w Elitserien bazując na sprzęcie zakupionym w ramach naszych ligowych kontraktów.

W tle jest oczywiście błyskawiczna degrengolada cyklu Grand Prix, który przynosi dochody wyłącznie organizatorowi, czyli BSI, wysysając budżet tych polskich miast, które w porę upadku Grand Prix nic przewidziały (chodzi głównie o Gorzów). Aby zrozumieć problem, należy porównać dwie kwoty: 3 miliony złotych ma wynosić przyszłoroczny budżet klubów ekstraligi i też 3 miliony będzie trzeba zapłacić rocznie jeszcze przez najbliższe trzy lata za prawo oglądania Ljunga, Bjerre, Harrisa, Bjarne Pedersena i innych podobnych "gwiazdorów". Brawo panowie Tadko i Władko!

Wracając zaś do ligi, to związek zawodowy żużlowców "Metanol" zapowiedział protesty przeciwko drastycznym obniżkom zarobków zawodników. Ja oczywiście już dostaję zajadów ze śmiechu na takie sygnały, bo siła strajku żużlowców będzie jeszcze bardziej komiczna niż ich protesty z powodu niebezpiecznych rzekomo tłumików. Pamiętamy jak to się zakończyło - na wieść, że bojkot tłumików oznacza zakaz startów również w innych ligach, wszyscy szybko uznali, że tłumiki są jednak dobre, a nawet może lepsze niż poprzednie. Żużlowcy mogą więc sobie psioczyć, a ograniczenia i tak będą, a ci, którym się to nie spodoba będą mieli do wyboru, albo jeździć za niższe stawki, albo zakończyć karierę.

Powiem szczerze, że wcale mi żużlowców nie jest żal, bo to oni swoim brakiem przywiązania do miast, z których pochodzą i bezczelnym żądaniem niewspółmiernych do możliwości klubów pieniędzy, zabijają ten sport. Dzisiejsza liga ma wszystkie możliwe mankamenty, które coraz skuteczniej odstraszają kibiców: zawody ciągną się niemiłosiernie długo, bardzo często są odwoływane z byle powodu, polskich zawodników jest w nich stanowczo za mało, a zagranicznych przeciętniaków zbyt wielu. Brak jest przywiązania do barw klubowych, a tory są przygotowywane nie pod widowisko, a pod gospodarza, zaś różnica klas pomiędzy ligową czołówką, a resztą jest zbyt duża. Do tego dochodzą zbyt wysokie ceny biletów oraz beznadziejna (w większości) spikerka w wykonaniu telewizyjnych komentatorów. Również stadiony w niektórych miastach absolutnie nie odpowiadają niezbędnym standardom (Gdańsk, Wrocław).

Wszyscy się pocieszaliśmy, że gwałtowny spadek frekwencji na zawodach wszelkiego typu, od Grand Prix poczynając, przez ekstraligę, a na zawodach indywidualnych kończąc jest chwilowy i związany z piłkarskim Euro, ale szybko okazało się, że jest to nieprawda. Półfinał Drużynowego Pucharu Świata w Bydgoszczy, który oglądało ledwie kilka tysięcy ludzi, musi już nie dziwić, ale szokować. Co będzie dalej ? Ano bez natychmiastowej rewolucji, która jest zapowiadana, żużel upadnie. Symbolem dzisiejszego żużlowca nie jest Edward Jancarz, czy Zenon Plech. Tym symbolem jest zawodnik trzymający w ręce zawsze i wszędzie, nowego energy drinka i z trudem orientujący się, gdzie odbywają się zawody i przeciwko komu startuje.

PS. Moje cotygodniowe pytanie jest niezmienne: kto jest prezesem Stali Gorzów?

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny