Jerzy Synowiec: Gdzie podział się prestiż mistrzostw Polski

Zupełnie niebywała plaga kontuzji, jaka dziesiątkuje ostatnio większość zespołów ekstraligi powoduje, że niedawny lider Unia Tarnów za chwilę może mieć problem z awansem do play-off. Poznaliśmy też finalistów indywidualnych mistrzostw Polski. Studiując listę startową, ręce opadły mi z wrażenia.
Tarnowianie ostatni pojedynek ligowy jechali praktycznie w trzech zawodników (brakowało Hancocka i Kołodzieja, którzy razem zdobywają około 25 punktów w meczu) i siłą rzeczy nie był w stanie wygrać nawet z outsiderem ligi - gdańskim Wybrzeżem. Jeśli dodamy do tego fakt, iż na pojedynek z liderem kupiło w Gdańsku bilety półtora tysiąca kibiców to wiemy już, że z naszą ekstraligą dzieje się coś bardzo, ale to bardzo niedobrego.

Ale to temat rzeka, więc dzisiaj napiszę o upadku innych rozgrywek. Przeczytałem mianowicie, że do finału indywidualnych mistrzostw Polski, który zostanie rozegrany w Zielonej Górze, awansowali między innymi: przeciętny pierwszoligowiec Dawid Stachyra z KMŻ Lublin, także Tomasz Chrzanowski, który właśnie stracił miejsce w składzie Wybrzeża Gdańsk na rzecz byłego zawodnika gorzowskiej Stali Zbigniewa Sucheckiego, cieniujący od lat we wszystkich możliwych ligach Mirosław Jabłoński z Częstochowy oraz jego brat Krzysztof, równie nieudany egzemplarz ligowca z Zielonej Góry, Damian Adamczak - junior z Orła Łódź, a nadto Sławomir Musielak (nie mylić z bratem Tobiaszem z Leszna), który czasem, ale to sporadycznie, przywozi jakieś punkty w drugoligowym Rawiczu. Widząc tą listę, ręce opadły mi z wrażenia. Kto w finale nie pojedzie? Ano Tomasz Gollob, który imprezę notorycznie w ostatnich latach ignoruje, ale też Hampel i Kołodziej (kontuzje), Walasek, bracia Pawliccy, Baliński i wielu innych. Co to oznacza? Żałosną frekwencję na finale, dewaluację tytułu, zero zainteresowania mediów, a w konsekwencji całkowity upadek prestiżu imprezy, która jeszcze kilkanaście lat temu budziła ogromne emocje, zainteresowanie kibiców i walkę do upadłego o "Czapkę Kadyrowa" - rosyjski żużlowiec podarował ją kiedyś polskim żużlowcom podczas ich pobytu w ZSRR, a oni założyli ją mistrzowi Polski i tak czapka stała się przechodnim pucharem, na którym kolejni zwycięzcy wyszywali swoje nazwisko. Tak więc ostatnia ważna, poza ligą, impreza właśnie wyciąga kopyta, idąc śladem za Złotym Kaskiem, który dzisiaj ma tyle w sobie złota, ile stalówka w chińskim piórze, Mistrzostwami Polski Par (padły kilka lat temu) oraz Memoriałem Edwarda Jancarza.(uśmiercony przez obecną, miłościwie panującą ekipę władców Stali).

Dzisiaj mało już kto pamięta, że pierwsze IMP odbyły się jeszcze przed wojną w Mysłowicach na Śląsku w 1932 roku, a mistrzem w dwóch kategoriach (pojemność silnika) został Rudolf Breslauer. Drugie i ostatnie mistrzostwa przed wojną rozegrano w 1935 roku w Bydgoszczy, a wygrał je Jan Witkowski. Pierwsze powojenne mistrzostwa rozegrano w 1947 roku w formule ośmiu turniejów, a pierwszy klasyczny, jednodniowy finał, bez podziału na kategorie, wygrał w 1949 r. w Lesznie legendarny Alfred Smoczyk. Potem walka o tytuł najlepszego Polaka była rozgrywana w różnej formule. Tytuły kolekcjonowali seryjnie Florian Kapała i Andrzej Wyglenda, aż nadszedł rok 1970 i w Gorzowie wygrał zawodnik Stali Edmund Migoś - aby usiąść na trybunie trzeba było przyjść kilka godzin przed rozpoczęciem zawodów. Potem nadeszła era Zenona Plecha, Edwarda Jancarza, Romana Jankowskiego, aż nadszedł czas Tomasza Golloba, którego zdobywanie kolejnych tytułów aż tak znudziło, że dwa z nich przegrał na rzecz brata Jacka. Dzisiaj jest tak, że po tytuł może sięgnąć ten, kto ma taki kaprys. Smutne to, ale prawdziwe.

Co zrobić, aby przywrócić wartość mistrzowskiego tytułu? Po pierwsze władze polskiego żużla muszą znaleźć godziwe pieniądze dla zawodników, aby nie musieli jeździć za darmo. Po drugie finał musi transmitować telewizja, po trzecie - musi ulec likwidacji dzisiejszy system eliminacji. W finale z urzędu winni jechać najskuteczniejsi jeźdźcy minionego sezonu (ośmiu) oraz czterej wybijający się zawodnicy bieżącego sezonu. Wreszcie można zorganizować jeden finał dla wyłonienia czterech ostatnich zawodników z wszystkich pozostałych, którzy czują siłę i potrzebę startu (być może tylko dla juniorów). Mistrzostwa Polski to jedyna impreza, którą można i potrzeba uratować przed kompletnym upadkiem. To już ostatni moment na działania naprawcze, a finał w Zielonej Górze dobitnie nam to pokaże.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny