Jerzy Synowiec: Piłkarskie Euro to zupełne szaleństwo!

Euro pokazuje nam dobitnie jaki sport jest w Europie najważniejszy i gdzie jest miejsce żużla. Podniecamy się, że na żużlową ligę chodzi po kilkanaście tysięcy ludzi, a Grand Prix oglądają pełne stadiony, choć to już dawno nieprawda, ale to co się dzieje przy okazji Euro to zupełne szaleństwo, nieporównywalne z niczym, nawet z igrzyskami olimpijskimi.
Potęga piłki nożnej jest tak oszałamiająca, że gdyby na niektóre mecze mogło wejść 200 tysięcy ludzi, to stadiony byłyby pełne. Fani żużla muszą więc się cieszyć, kiedy Grand Prix Danii chce oglądać 16 tysięcy widzów, bo na ligowych meczach robi się powoli bardzo smutno. Trzy ostatnie spotkania w drugiej lidze obejrzało łącznie 3 900 widzów, co daje średnią l 300 kibiców na meczu.

W takich niesprzyjających okolicznościach przyjedzie się i nam zmierzyć z frekwencją na stadionie w Gorzowie. W najbliższą niedzielę na "Jancarzu" Stal zmierzy się z outsiderem ekstraligi Wybrzeżem Gdańsk, który na wyjazdach nie podejmuje walki. Boję się, że chęć zobaczenia w akcji Nicki Pedersena i Thomasa Jonassona oraz Stanisława Chomskiego to trochę za mało, aby wypełnić choćby połowę obiektu. Już po sześciu kolejnych dniach na gorzowskim torze odbędzie się kolejna runda Grand Prix. Oby tylko nie okazało się, że w tym samym czasie odbędzie się któryś z emocjonujących meczów na Euro, bo to - przy fatalnej postawie Polaków - może oznaczać frekwencyjną klapę, którą zresztą zapowiadam już od roku.

Obie imprezy stanowią znakomita okazję dla odbudowania formy Tomasza Golloba. W pierwszej imprezie łatwy przeciwnik, w drugiej własny tor, na którym nasz lider do niedawna czuł się znakomicie. Na mecz z Gdańskiem raczej się nie wybiorę, bo oglądanie w akcji Pieszczka, Szymki, Brzozowskiego i Chrzanowskiego to w tej chwili obraza ligowego żużla, ale już na Grand Prix pójdę, choćby po to, aby ratować frekwencję. Emocji wielkich się nie spodziewam, bo tradycyjny finał: Crump, Pedersen, Hancock, Gollob (z niewielkimi zmianami), oglądałem już w życiu tyle razy, że trudno policzyć. Interesuje mnie nie tyle start Bartka Zmarzlika, bo nie sądzę, aby poza jednym, dwoma w miarę udanymi startami, mógł czymś więcej zaimponować, co występ wspomnianego wyżej Tomasza Golloba. Cała żużlowa Polska głowi się dzisiaj nad tym, co się z nim dzieje, bo Tomasz tak złego okresu w swojej karierze jeszcze nie miał. Trener kadry Marek Cieślak w swojej wypowiedzi dla "Przeglądu Sportowego" powiedział, że zmierza on donikąd, przyczyn wszelkiego zła upatrując w przygotowaniu gorzowskiego toru, który jego zdaniem, tak jak wcześniej mu pomagał, tak teraz generuje złe nawyki, które wyeliminują go ze światowej czołówki, a Stal z walki o medale - obecna średnia Golloba na gorzowskim torze wynosi ledwie 1,47 pkt.

Nie wiem jaka jest prawda, ale w głos Marka Cieślaka warto się wsłuchać z uwagą. Może dobrze by było, aby głos w tym temacie zabrał trener Stali Piotr Paluch. Po trzech kolejnych porażkach ligowych warto by było, aby kibice z ust szefostwa klubu usłyszeli coś więcej niż banały o kiepskim sprzęcie. Gollob bezlitośnie objeżdżany w Gorzowie przez Musielaka, a w Bydgoszczy, gdzie się wychował, przez przeciętnego juniora Woźniaka, to nie jest widok przyjemny i do zaakceptowania. Przyjmę każde logiczne tłumaczenie, życząc Gollobowi jak najlepiej, ale jeśli będziemy karmieni banialukami, zacznę zadawać coraz trudniejsze pytania. Pierwsze z nich zadaję już po raz trzeci: kto odpowiada za gorzowski klub - wiceprezes czy prezes honorowy i jak się mają do siebie obie te funkcje? Kto będzie ojcem spodziewanego sukcesu, a kto matką ewentualnej porażki? Czy ta dziwna dwuwładza jest zdrowa dla klubu?

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny