Sport.pl

Ustępujący prezes Stali zgodnie z przewidywaniami namaścił Zmorę

W rozmowie z portalem Sportowefakty.pl prezes Stali Gorzów Władysław Komarnicki potwierdził, że chciałby, aby jego następcą był wiceprezes Ireneusz Maciej Zmora. Do zmiany dojdzie 9 kwietnia, podczas pierwszego meczu ligowego z Unibaksem Toruń. Przeczytaj, co mówił Zmora, gdy przychodził do Stali.
Swoje zakończenie prezesury w Stali Władysław Komarnicki ogłosił 7 grudnia ubiegłego roku. Przy żużlu jednak zostanie, zapewne obejmie zupełnie nowe w gorzowskim żużlu stanowisko - prezesa honorowego. Wtedy przedstawiliśmy trafiony typ "Gazety" na jego następcę. O przygotowywaniu do tej roli Ireneusza Macieja Zmory mówiło się w klubie od dawna. Teraz Komarnicki to potwierdził. - Nowym prezesem będzie człowiek, który przez osiem lat jest dyrektorem klubu i moim zastępcą. Przez ten czas chyba nieźle się przy mnie wyedukował. Powinien sobie poradzić. Zresztą tak się umówiliśmy, że nie odwracam się bezpowrotnie od żużla. Cały czas będę wspierał nasz klub, ale już z innej pozycji, jako honorowy prezes. Nie będę już czekał do końca wygranego meczu żeby zapalić cygaro, tylko będę już palił je sobie od początku - stwierdził Władysław Komarnicki na łamach portalu Sportowefakty.pl.

Sam Zmora nie przyjmuje jeszcze gratulacji. Mówi, że są odrobinę przedwczesne, a kropka nad "i" w tej sprawie jeszcze nie została postawiona. Zapewne jednak, jeśli nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, to właśnie on zostanie następcą Komarnickiego w Stali.

41-letni Zmora jest z gorzowską ekipą od 2004 r., pamięta czasy, gdy w klubie brakowało wszystkiego. Odszedł ze Stali pod koniec 2008 r., w zgodzie z szefostwem klubu. Chciał spróbować w zawodowym życiu czegoś innego, w branży ubezpieczeniowej. - Ludzie bliżej związani z klubem wiedzą najlepiej jak trudna, czasochłonna i odpowiedzialna to jest praca - opowiadał Zmora. - To nie tylko same zawody żużlowe, ale ogrom zajęć pomiędzy meczami, sezonami. Gdy znaleźliśmy się w elicie i przekształcaliśmy spółkę, do przygotowania była taka góra dokumentów, że dziś nawet trudno mi je zliczyć. Odchodzę, bo dojrzałem do tego, chcę dać szansę innym. Praca z prezesem Władysławem Komarnickim to była twarda szkoła życia. Zdobyte tutaj doświadczenie na pewno wykorzystam w następnych latach, już na innym polu zawodowym.

Szybko się jednak okazało, że Stal bez Zmory to już nie to samo i jego obecność w strukturach klubu jest cały czas bardzo pożądana. Na jego powrót do gorzowskiego żużla nie czekaliśmy nawet rok. Na początku 2010 roku Zmora awansuje w hierarchii, obejmuje funkcję wiceprezesa klubu.

Poniżej przypominamy rozmowę, którą przeprowadziliśmy z Ireneuszem Zmorą w grudniu 2004, gdy wtedy 33-letni gorzowianin zaczynał pracę w Stali jako dyrektor...

Zamienił piłkę na żużel

Gorzowianin nigdy nie jeździł na motocyklu żużlowym, ale od zawsze bardzo kibicował tej dyscyplinie. Teraz będąc jedną z najbardziej odpowiedzialnych osób w klubie chce spełnić jedno ze swoich największych marzeń - doprowadzić Stal do sukcesów w ekstralidze.

Podczas oficjalnego podsumowania sezonu 2004 w leśniczówce Przyłęsko został pożegnany dotychczasowy dyrektor Stali Witold Głowania, który przez kilkadziesiąt lat pełnił w gorzowskim żużlu różne funkcje. Ostatnio nie potrafił odmówić nowemu zarządowi i pomagał klubowi w trudnym momencie, po spadku z ekstraligi. Teraz jednak postanowił definitywnie oddać stery w ręce kogoś młodszego. Prezes Mariusz Guzenda i wiceprezes Władysław Komarnicki postawili na Ireneusza Macieja Zmorę.

Jak to się stało, że trafił Pan do gorzowskiego żużla?

Ireneusz Maciej Zmora: Zarząd klubu dał zlecenie jednej z firm doradztwa personalnego, aby znaleźli kogoś na stanowisko dyrektora Stali. W konkursie została wyłoniona grupa czterech czy pięciu osób. Zostałem poproszony na spotkanie z zarządem i ludzie zawiadujący gorzowskim klubem zdecydowali, że postawią właśnie na mnie.

A co robił Pan wcześniej?

- Jestem absolwentem gorzowskiej Akademii Wychowania Fizycznego. Po skończeniu studiów pracowałem w szkole podstawowej. Tam spędziłem pięć lat. Później była krótka przygoda z ubezpieczeniami i wreszcie, przez prawie pięć lat pracowałem w firmie z sektora finansowego.

Czyli z żużlem nie miał Pan wcześniej nic wspólnego? Jest Pan gorzowianinem?

- W Gorzowie mieszkam od dziesięciu lat i właściwie od tego czasu miałem kontakt ze sportem żużlowym jako kibic.

Skąd więc pomysł, aby starać się o fotel dyrektora? Wszyscy mówią, że nie jest to łatwy kawałek chleba.

- To prawda, ale pewnie gdyby było łatwo, to nikt nie szukałby kogoś nowego, nie byłoby konkursu. A każdy ma jakieś ambicje, stawia sobie takie czy inne cele. Ja zdecydowałem się na żużel. Wiedziałem, jakie zadania, wcale niełatwe, na mnie tutaj czekają i spróbuję im podołać.

Czego oczekuje od Pana zarząd klubu?

- Działalność klubu można podzielić na trzy strefy - sportową, organizacyjną i finansową.

I dyrektor odpowiada tylko za finanse?

- Wcale nie. Musi dbać o wszystkie trzy strefy. Rozmowy ze sponsorami tytularnymi prowadzi i odpowiada za nie zarząd. Za wynik sportowy odpowiadają trener wraz z zawodnikami. Ale ani finanse, ani strona sportowa nie będą funkcjonowały jak trzeba, jeśli kuleje organizacja. Przy złym przepływie informacji w jednym czy drugim momencie zabraknie pieniążków na sprzęt, albo dojdzie do zgrzytów w innych bieżących sprawach klubu. Dlatego sztuką jest jak najlepiej tę całą łamigłówkę poukładać. Oczywiście w żużlu, sporcie bardzo drogim, najważniejsze są finanse i tutaj wszyscy wkładają najwięcej energii. Gdy uda się zapiąć budżet, wszystko inne jest łatwiejsze.

Na żużlu pewnie nigdy Pan nie jeździł, ale sport nowemu dyrektorowi Stali nie jest obcy.

- Faktycznie, na motocykl żużlowy dotąd nie wsiadłem. Za to jeszcze niedawno wyczynowo uprawiałem piłkę nożną. Pochodzę z Lipek Wielkich i w Polonii spędziłem większość mojej kariery. Z piłką całkowicie nie zerwałem, cały czas ruszam się w wolnych chwilach.

W gorzowskim sporcie znane jest nazwisko Zmora. Roman Zmora - karateka - w konkurencji kyokushin zdobywał nawet medale mistrzostw Europy? To Pana rodzina?

- Tak, to jest mój brat. Pewne jest, że jeśli chodzi o sukcesy sportowe, to nigdy mu nie dorównam.

Może jednak Pana brat będzie mógł w nowej pracy jakoś pomóc? Przecież sztuki walki to nie tylko sprawność fizyczna, ale przede wszystkim także rozwinięte ćwiczenia psychiczne, mentalne. A Pan teraz będzie potrzebował dużej odporności, aby podołać nowym obowiązkom.

- A to ciekawe. Różne osoby ostrzegały mnie, że w tej pracy przede wszystkim muszę uodpornić się na stres, który podobno jest nieodłącznym towarzyszem dyrektora. Może faktycznie brat zna jakieś metody, jak radzić sobie w kryzysowych sytuacjach. Na pewno zapytam go o to.

Ma Pan swojego ulubionego żużlowca?

- Był nim Szwed Tony Rickardsson, ale w czasach, kiedy zdobywał punkty dla Gorzowa. W tej chwili nie mam jednego faworyta.

Nie ma takiego zawodnika, którego jako dyrektor chętnie widziałby Pan w barwach Stali?

- Mam nadzieję, że nie będę musiał szukać po Polsce. Mamy w klubie świetnego trenera Stanisława Chomskiego. Grupę młodych zawodników, którzy mają papiery na żużlowców dużego formatu. Wszyscy w Stali stawiamy sobie jasny cel - zrobimy wszystko, aby już wkrótce nasi zawodnicy mogli zaistnieć w ekstralidze. Na taki wynik pracujemy już teraz i będziemy wspólnie pracować przez cały 2005 rok. Liczę, że tutaj, w naszym klubie wyrośnie idol, nie tylko mój, ale wszystkich kibiców. I będzie zdobywał punkty i laury dla Stali.

Więcej o: