Sport.pl

Sąd nad przegraną kobiecą koszykarską kadrą [OPINIA]

Cudu nie ma. Tak jak dwa lata temu na Łotwie Polki znów w finałach mistrzostw Europy lądują na 11. miejscu. Właśnie trwa sąd kapturowy nad kadrą. Najgłośniej krzyczą i biadolą ci, których ta drużyna jeszcze chwilę temu zupełnie nie obchodziła.
Tylko człowiek wyzuty z ambicji nie czuje się przegrany. Koszykarki, bo w czasie przygotowań zostawiły kawał zdrowia, sztab trenerski, który mimo samych trudności liczył, że pobije - tak jak z klubową drużyną - kolejny rekord świata. Także my, fani z Gorzowa, bo przecież kobieca reprezentacja jeszcze nigdy nie była nam tak bliska. Tylko kibice, którzy tak dzielnie wspierali nasz zespół w Katowicach, powinni sobie pogratulować. To oni sprawiali, że dla wielu będąca wrzodem na d. impreza nie zakończyła się kompletną klapą.

Tuż przed pierwszym meczem mocno poszła w ruch nasza narodowa szabelka. Nic nie kosztowało rzucić kosmiczne hasło o medalu, powtórce z pięknego snu z 1999 r., kiedy to nasze panie w katowickim Spodku doszły aż do złota. Tylko trenerzy z drużyn przeciwnych, szczególnie ci, którzy ostatnio pracowali w Polsce i znają nasze realia, słuchali tego wszystkiego z politowaniem. Po cichu wierzyliśmy, że papierowe przewidywania pójdą do kosza. Zdarzy się cud i kopciuszek ogra faworyta. Biało-czerwone były blisko. Miały okazję pojechać na decydujące mecze do Łodzi, czyli tak naprawdę ugrać coś ponad stan. Ci, którzy teraz tak głośno krzyczą, że na własne życzenie zmarnowaliśmy szansę na podium, powinni się najpierw zastanowić, w jakim poważaniu mieli zostawione same sobie panie jeszcze parę tygodni temu.

Polski Związek Koszykówki nie chciał tej imprezy w naszym kraju! Całkiem niedawno sondował, czy nie uda się jej przenieść np. do Francji. Może dlatego, że ME trafiły do nas jeszcze za rządów poprzedniego prezesa? Dokładnie pamiętam pomysł trenera Dariusza Maciejewskiego na tą drużynę. To, co najlepsze, przeniesione z zespołu klubowego - agresywna obrona, plus szybki atak, poszukiwanie łatwych punktów. Kręgosłup drużyny tworzony z indywidualności. Rażąca rzutem Agnieszka Bibrzycka, rządząca pod koszami Ewelina Kobryn no i ta, która dwie pozostałe dobrze obsłuży podaniem lub sama zdobędzie punkty. Do decydującej imprezy ostała mu się tylko Kobryn. Przy naturalizowaniu Kristi Toliver - gotowy kontrakt czekał już w PZKosz! - nikt nie kiwnął palcem. Po turnieju już wiemy, że dla jakiegokolwiek sukcesu koszykarka tej klasy była nam po prostu niezbędna. W czasie ME Amerykanka grała świetnie, ale w WNBA, a jak na złość w decydujących spotkaniach szansę na awans odbierali nam gracze ściągnięci z USA do innych reprezentacji.

Dwa lata temu na Łotwie wygraliśmy dwa mecze, teraz jeden. Wtedy jeszcze gorzej graliśmy w ataku, traciliśmy więcej punktów, mając najgorszą obronę ze wszystkich uczestników ME. A kto w 2009 r. rządził i dzielił w polskiej kadrze? Kobryn, Bibrzycka, Magda Leciejewska oraz Daria Mieloszyńska. Teraz, z różnych powodów, mogliśmy liczyć tylko na Kobryn. A następczynie nie rodzą się na kamieniu. O Polki nie biją się najlepsze kluby w Europie. Najmłodsze nie zawiodły, ale seniorskiej kadrze mogą liderować dopiero w przyszłości. A potencjalne liderki na teraz zostały w domach, albo wyżywały się na koleżankach z mikrofonem. Dziesiątki razy słuchaliśmy pytania: czemu nasze rozgrywające nie stają twarzą w twarz do rywalek, skrzydłowe nie potrafią uwolnić się od krycia, nie ma kto dokładnie podać piłki do Kobryń? Bo biało-czerwone zagrały na tyle, na ile umiały. Nikt nie ma prawa odmówić im ambicji. Jeśli przeciwnik inteligentnie je odczytał, po paru minutach meczu zabierał wszelkie, szczególnie ofensywne atuty. I było już wyłącznie pod górkę.

Fala krytyki, która wylała się szczególnie z grupy krakowskiej, za chwilę ucichnie. Maciejewskiego, mającego do wszystkich głosów wielki dystans, też już w kadrze nie będzie. A następcy wypada wyłącznie współczuć. W kobiecej drużynie nie ma jedności. Podgrupom trudno w 120 proc. zjednoczyć się wokół tego samego celu, jednocześnie nie nakręcając się własnymi racjami, co w Katowicach, mniej na boisku, bardziej poza nim, było widać jak na dłoni. I tylko w PZKosz poczują ulgę. Kolejnej, wielkiej kobiecej imprezy w naszym kraju prędko nie zobaczymy, a więc tą ewidentnie niechcianą kadrę dalej będzie można spokojnie traktować jak piąte koło u wozu.