Samantha choruje na grypę, a nie na Lotos

W telewizji mówią, że choroba naszej Australijki to wyłącznie kurtuazja, na forach internetowych fani typują nowy klub dla gorzowskiej rozgrywającej. - Samantha zostaje z nami - ucina wszelkie plotki wiceprezes AZS PWSZ Ireneusz Madej.
Na Australijkę Samanthę Richards po przerwie świątecznej czekaliśmy wyjątkowo długo. Były małe problemy z uzyskaniem dla niej wizy, ale również koszykarka zasłużyła na dłuższy urlop. Po wyczerpujących przygotowaniach do mistrzostw świata seniorek, zaraz po imprezie przyjechała grać do Gorzowa. I był to dla niej najtrudniejszy czas w karierze. Zmęczenie zaczęło odbijać się na jej psychice, do tego doszły kłopoty z kolanami. - Niech Sam jedzie do domu, nacieszy się rodziną, odpocznie - mówił trener KSSSE AZS PWSZ Dariusz Maciejewski. - W decydujących momentach sezonu będzie nam bardzo potrzebna w najlepszej formie. W końcu jest naszym kluczowym graczem.

Richards wznowiła treningi w ubiegłym tygodniu. Sobotnie spotkanie z Artego Bydgoszcz (wygraliśmy 68:54) pokazał, że do optymalnej dyspozycji potrzebuje jeszcze kilku zajęć. Z gry trafiła tylko jeden na dziesięć oddanych rzutów. Lepiej było w innych elementach. Pomogła drużynie bezbłędnymi trafieniami z linii rzutów wolnych (łącznie siedem), trzema zbiórkami i pięcioma asystami. Zwyciężyliśmy, ale Samantha... No właśnie. W środę w Lesznie (przegraliśmy po słabym meczu 52:56) znów nie zagrała. Nawet komentator tego pojedynku w TVP Sport pozwolił sobie na dygresję, że tłumaczenie nieobecności gorzowskiej rozgrywającej chorobą to wyłącznie kurtuazja ze strony AZS PWSZ. Poszedł tą samą drogą myślenia, co internauci, którzy twierdzą, że Australijka, tak jak Jelena Leuczanka, Kalana Greene i Jo Leedham, już dla Gorzowa więcej nie zagra.

Sprawdziliśmy w klubie jeszcze raz i ponownie możemy uspokoić kibiców, że inne niż zdrowotne problemy Samanthy to wyłącznie plotki. - Też słyszałem na początku tygodnia, że nasza Australijka wcale nie choruje na grypę, a na transfer do Lotosu Gdynia - przyznał wiceprezes AZS PWSZ Ireneusz Madej. - To oczywiście nieprawda. Sam przyleciała do nas walczyć o wysokie cele, a nie rozwiązywać kontrakt. Przed meczem z Lesznem rzeczywiście się rozchorowała. Nie trenowała, miała spotkać się z zespołem w dniu meczu. Rano w środę trzeba było wyganiać ją z autobusu. Wyglądała nadal nieciekawie i nie było najmniejszego sensu zabierać jej na to spotkanie. Niech się lepiej spokojnie wyleczy, bo za chwilę potrzebujemy jej w kolejnych pojedynkach. Choćby w niedzielę w Brzegu. Liczymy, że Samantha bardzo nam pomoże w walce o jeden z medali. Mimo zawirowań wciąż nasze ambicje sięgają wysoko. Chcemy, aby drużyna z Gorzowa ponownie znalazła się na podium - dodał Madej.

Po przykrej, trochę na własne życzenie, porażce w Lesznie "umocniliśmy" się na trzeciej pozycji w tabeli. Wyżej i na szczęście niżej już nie powinniśmy do końca sezonu zasadniczego się znaleźć. W wyłącznie polskim składzie nie poradziliśmy sobie, przyzwoicie broniąc, ale także robiąc masę złych akcji w ataku. I tutaj tłumaczenie chorobami oraz zawirowaniami w składzie nie wystarcza, bo w pierwszej piątce posłaliśmy do boju same reprezentantki Polski, a Tęcza - ci, co oglądali, dokładnie to widzieli - ambitnie walczyła, ale wielkich zawodów nie grała.

Pozostaje nam czekać na szybki powrót Sam i nowe koszykarki, bo ma być wyłącznie lepiej, a nie gorzej. Oficjalnego komunikatu, co do wzmocnień jeszcze się nie doczekaliśmy. Trwa wyścig z czasem, aby zdążyć do końca okna transferowego (31 stycznia) z załatwieniem wszystkich formalności. Wiemy tyle, że do składu KSSSE AZS PWSZ mogą na dniach dołączyć nawet dwie nowe zawodniczki, gracze obwodowi, z euroligowym doświadczeniem, znów znacznie poszerzający pole manewru trenera. Jedna z nich to Szwedka nigeryjskiego pochodzenia Chioma Nnamaka, która już przyjechała do Gorzowa. Niech to będą strzały co najmniej w ósemkę, bo kolejnej szansy na wymianę kadry już nie dostaniemy.