Sport.pl

Europejska Superliga Żużlowa? To zupełnie nierealne

Grzegorz Ślak, znany przedsiębiorca, były prezes Unii Tarnów w czasach, kiedy ten klub dwa razy zdobył tytuł mistrza Polski, a więc człowiek w sprawach żużlowych kompetentny, rzucił ostatnio pomysł na ratowanie światowego, a raczej europejskiego żużla, przez utworzenie Europejskiej Superligi Żużlowej.
Taką ligę miałyby utworzyć mistrzowskie zespoły z tych krajów, gdzie rozgrywki drużynowe prezentują odpowiedni poziom. Zdaniem Grzegorza Ślaka taka liga mogłaby rozruszać zainteresowanie żużlem, tak jak to się dzieje z europejską piłką nożną, rozruszaną przez puchary.

Niestety boję się, że to pomysł równie rozpaczliwy jak nierealny, choć cenię sobie każdą, nawet najbardziej straceńczą inicjatywę dla ratowania mojego ukochanego sportu. Pomysłodawca dostrzega dwa podstawowe problemy - skąd wziąć pieniądze na takie przedsięwzięcie i jak miałyby wyglądać składy mistrzowskich drużyn, skoro startują w nich ci sami zawodnicy i zdarza się, że są mistrzami dwóch lub trzech krajów jednocześnie. Odpowiedź daje tylko na drugie pytanie. Sugeruje, że żużlowcy w przyszłości mieliby startować tylko w barwach jednego europejskiego klubu.

Dlaczego pomysł uważam za nierealny? Ano dlatego, że widzę jak żużel na świecie zamiera. Nie ma już go w USA, gdzie na torze Costa Mesa i w okolicach ściga się kilkunastu 40- i 50-latków (Mike Faria, Bobby Schwartz), a w Europie pozostał tylko mający piąty krzyżyk na karku Greg Hancock. Nie ma już żużla w Nowej Zelandii, dla której takie nazwiska jak Ronnie Moore, Barry Briggs, czy Ivan Mauger to tylko piękne wspomnienie. Zapada się w nicość Australia, która nie organizuje nawet żużlowej ligi i w tej chwili ma zaledwie trzech liczących się żużlowców (Crump, Sullivan, Holder), a w innych krajach poza Europą żużel jest raczej jarmarczną atrakcją, o której nie pisze nawet regionalna prasa (Argentyna, Południowa Afryka). A i w samej Europie nie jest lepiej. Wydawało mi się przez chwilę, że Rosja może stać się potężnym pogotowiem ratunkowym, ale tak się nie stało. Zostały tam trzy lub cztery zespoły, a najlepsi zawodnicy emigrują regularnie do Polski. Na Wschodzie są ogromne pieniądze, żużel ominęły jednak szerokim łukiem. O speedway'u zapomniano już w Bułgarii, Rumunii, Holandii, Francji, Słowacji. Dogorywa on w Czechach (byłem tam na meczu ligowym, który oglądało dokładnie 62 widzów), na Węgrzech i o dziwo w Danii (tam na pojedynkach ligowych z reguły bywa w porywach kilkaset osób). W Słowenii, Chorwacji i na Łotwie są tylko pojedyncze zespoły. Co więc zostaje? Ano Polska, Szwecja i Anglia. To stanowczo zbyt mało, aby europejskie rozgrywki stały się atrakcją dla kibiców. Wizyta w naszym kraju Swindon lub Dackarny Malilla nie zelektryzuje widzów (tak jak przyjazd Piratów z Poole w 1969 r. do Gorzowa), bo to zespoły na poziomie naszej pierwszej ligi. Zresztą, gdyby z drużyn szwedzkich wycofać wszystkich Polaków - tamtejsza liga natychmiast musiałaby splajtować.

Czy jest więc nadzieja na poszerzenie zainteresowanie żużlem w Europie? Obawiam się niestety, że nie i ten sport pozostanie prowincjonalną rozrywką, która owszem, będzie cieszyć nasze serca jeszcze przez kilka lat, aby potem stać się jedynie wspomnieniem czegoś wielkiego i pięknego, tak jak Wyścig Pokoju.

Kogo winić za taki stan rzeczy? Z jednej strony jest to firma BSI, która wysysa z żużla (czytaj: z Polski) resztki soków, nie dając nic w zamian - opowieści o Grand Prix Australii, Malezji, Francji, czy Japonii należy włożyć psu do budy. Z drugiej strony są działania prezesów ekstraligi, którzy pędzą z żużlem ligowym na zatracenie, zupełnie nie widząc, co się dzieje wokół. To z kolei musi się skończyć tak jak w finale Greka Zorby, czyli wielką katastrofą, albo jeszcze gorzej - skokiem w przepaść, właściwym szaleńczej gonitwie lemingów.

Cieszmy się więc tym, co jeszcze jest - przyszłorocznymi rozgrywkami ekstraligi (o prognozach napiszę następnym razem), no i Grand Prix w Gorzowie, choć ja osobiście sto razy bardziej wolałbym oglądać Memoriał Edwarda Jancarza, skutecznie zamordowany przez obecne władze gorzowskiego klubu, co zdaje się będzie klamrą spinającą historię wielkości gorzowskiej Stali.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny