Jerzy Synowiec: Forbes wieszczy rychły upadek żużla

Okres transferowany oficjalnie się jeszcze nie rozpoczął, ale i tak wszyscy wiedzą już wszystko, bo zakaz zawierania umów to jedno, a życie to drugie. To tak jak w reklamie piwa ?Bosman? sprzed lat, które miało być bezalkoholowe, ale nikt i nigdzie takiego kupić nie mógł i zresztą wcale nie próbował, bo i tak wszyscy wiedzieli, że to pic na wodę i fotomontaż.
Nie ma więc co udawać, że nie jest pewne, że Jason Crump jest już klepnięty w Rzeszowie (bardzo dobry ruch ), a Hans Andersen w Gorzowie (pomyłka, bo to człek operacyjnie pozbawiony ambicji), czy Andreas Jonsson w Zielonej Górze (dobre rozwiązanie, bo stać go na wygrywanie z każdym w przeciwieństwie do Lindgrena). Ciekawostką może jedynie pozostać odpowiedź na pytanie - czy Przemysław Pawlicki trafi do Gorzowa, czy też nie. Gdyby trafił - będzie to dużo lepszy pomysł niż z Andersenem, zresztą już dzisiaj Przemek jest od niego lepszy.

Ale transfery w okresie zimowym choć podgrzewają atmosferę, to jednak nie przysłaniają prawdziwych problemów polskiego, a i światowego żużla. Jeden z najpoważniejszych biznesowych miesięczników na polskim rynku - Forbes - poświęcił żużlowi kilka stron w ostatnim, grudniowym numerze, w artykule "Śliska jazda". Warto przeczytać, bo to zupełna rzadkość, aby tak poważne czasopismo zajęło się analizą stanu niszowego w końcu sportu. Muszę przyznać, że analiza zjawiska pod tytułem "polski żużel" jest bardzo fachowa i wyjątkowo trafna. Otóż Forbes wieszczy rychły upadek żużla w takim wydaniu, jaki mamy w Polsce obecnie.

Autor analizy redaktor Tomasz Jóźwik, wskazuje na następujące choroby żużla. Pierwsza z nich to wyciąganie pieniędzy od spółek skarbu państwa i samorządów, co na świecie jest nie do pomyślenia, podobnie jak i w dużych polskich miastach, gdzie lokalni politycy nie są w stanie realizować swojego hobby za publiczne pieniądze. Z jednej strony można tu wskazać Toruń i Gorzów, z drugiej zaś Łódź, gdzie autorowi awansu do I ligi Witoldowi Skrzydlewskiemu lokalna władza podpowiada, że jak chce liczyć na pieniądze, to powinien liczyć na siebie i kibiców. Potem autor wskazuje na największe zagrożenie dla tego sportu, czyli ośmiu prezesów ekstraligi, a raczej ich nieokiełznane ambicje i wzajemne ostrzeliwanie się zza węgła. Wreszcie autor mówi wprost, że na żużlowej hossie zarabiają zawodnicy, trenerzy i menażerowie, a same kluby ledwie wiążą koniec z końcem, przy gigantycznym spadku liczby kibiców na stadionach (tylko w ostatnim roku to 2 tysiące widzów mniej na ligowych meczach, choć w takim na przykład Toruniu to aż 5 tysięcy). Wreszcie ostrzeżenie globalne: speedway w skali świata praktycznie nie istnieje. Nie tylko nie zdobywa nowych rynków, ale też traci te, na których jeszcze w latach 80. i 90. był obecny.

Od siebie mogę dodać jeszcze jedno ostrzeżenie - globalnym mordercą żużla będzie BSI i jej kamraci, którzy sprowadzą światowy żużel do kąta, z którego nie wyjdzie już nigdy. Organizacja ta zarabia na cyklu Grand Prix ogromne pieniądze, które nie służą jednak ani promocji żużla, ani nie pozwalają na godziwe zarobki nawet światowej czołówce. Tak naprawdę Grand Prix i cały światowy żużel napędza polska liga - czytaj polskie kluby. Takiego kursu polski żużel długo już nie wytrzyma. Tak już się stało z żużlem w innych krajach, gdzie zawodowo uprawia go co najwyżej kilkudziesięciu zawodników. Reszta ta praktycznie amatorzy, dorabiający sobie w sezonie do tego, co zarobią zimą w tartaku czy warsztacie samochodowym. Miejsce w szeregu polskiemu żużlowi pokazała ostatnio telewizja, która wprawdzie nie płaci klubom za transmisje prawie nic, ale jedno jej tupnięcie spowodowało, że radykalnie zmieniono uzgodniony wcześniej regulamin rozgrywek, co przecież jawnie ośmiesza autorów reformy, czyli wszystkich ośmiu ligowych bonzów.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali