Opinia: Żeby miasto rosło w siłę, a żużlowcom żyło się dostatniej

Gorzów miastem sportu? Oczywiście. Z jedną małą poprawką: miastem oglądania sportu. Żużel jest najlepszym tego dowodem. Stawiając na żużel, nie rozwijamy sportu, a jedynie kibicowanie.
Gorzów miastem sportu! Przed rokiem Irek Klimczak rzucił w "Gazecie" takie hasło w dyskusji nad marką Gorzowa.

Specjaliści od brandingu krzywili się jednak, gdyż sport niekoniecznie daje gwarancję pozytywnego wizerunku. Wiadomo: raz na wozie, raz pod wozem, z tarczą albo na tarczy itp. Zbyt wiele tu zależy od zwykłego szczęścia. A co, jeśli się przegrywa?

Żużel, żużla, żużlowi, żużlem

Od tematu sportu w Gorzowie nie można jednak uciec. O sporcie mówi tu każdy, większość chodzi na mecze, przynajmniej na żużel. Mówią radni i urzędnicy, mówią biznesmeni, lekarze i adwokaci. Jakąkolwiek rozmowę by nie zacząć, a choćby i z dziedziny kultury wyższej, to i tak na koniec usłyszysz: a jak tam wczorajszy mecz Iksa z Igrekiem?... Całkiem niedawno w jednej z gorzowskich kawiarni siedziałem, przeglądając poranną gazetę i mimo woli dolatywały mnie strzępy rozmowy panów, skądinąd znanych: żużel, piłka otwarcie stadionu w Poznaniu, żużel, mała dygresja na lżejszy temat: a na grzybach byłeś ? I znów żużel. Wracam do siebie, włączam lokalne radio i słyszę: żużel, żużla, żużlowi, żużlem. I tak siedem dni w tygodniu. O sporcie czy też mówmy otwarcie: o żużlu rozmawiają produkty w przysłowiowych lodówkach. No właśnie o sporcie się gada. A wcześniej go ogląda, żeby było o czym gadać. Zaczynam wątpić, czy ktoś w tym mieście sport aktywnie uprawia, poza oczywiście klubowymi sportowcami. Jeśli sztandarową dyscypliną staje się sport, który prawdę mówiąc sportem nie jest, a jedynie widowiskiem, to takie wątpliwości nie są wcale bezpodstawne. Na żużlowe mecze przychodzą tysiące ludzie. Po co? Kibicować, posiedzieć, pooglądać. Nigdy nie uprawiali i nie będą uprawiać żużla. Moim zdaniem dotychczasowe działania miasta niebezpiecznie biorą kurs nie tyle na wspieranie rozwoju sportu, co wspieranie kibicowskich namiętności. Jak można inaczej nazwać ładowanie dziesiątek milionów złotych w dziedzinę, którą amatorsko uprawia tylko kilku fanatyków?

Na górze klub, na dole masy

Miasto sportu to miasto, w którym kluby i drużyny są wierzchołkiem piramidy. Gdzie przyglądanie się rywalizacji zawodowców jest oparte na solidnej podstawie sportowego wychowania i fizycznej aktywności. Miasto sportu to miasto, które dzięki odpowiedniemu wspieraniu edukacji i aktywności sportowej, bazy i zainteresowań swoich mieszkańców samo potrafi wygenerować licznych mistrzów w różnych dziedzinach i całe masy uprawiających sport dla przyjemności. Uprawiających, nie tylko oglądających. I w ten sposób powinniśmy patrzeć na finansowanie sportu. Nie przez pryzmat przydatności dla jakiejś hipotetycznej promocji miasta. Ale to oczywiście działania długofalowe, nie doraźne efektowne wydanie dziesiątek milionów na bombastyczny stadion czy organizację żużlowej fiesty. Żużel jest widowiskiem z kilkoma aktorami i wielotysięczną widownią. Od cyrku wyróżnia go jedynie element rywalizacji, smak zwycięstwa czy gorycz porażki. W porównaniu z innymi dyscyplinami jego wartość społeczna, poza może rozrywkową jest jednak przeceniana. Spójrzmy prawdzie w oczy. Jaką rolę popularyzującą sport aktywny może spełniać klub żużlowy? Raczej mizerną. Ilu adeptów może wykształcić? Kilku? A popatrzmy na inne dyscypliny, choćby gry zespołowe, które uprawiać mogą tysiące dzieci, młodzieży czy dorosłych.

Niech sobie jeżdżą

W Gorzowie często przytacza się argument tradycji. Bo żużel był tu od 1945 r., bo po sumie szło się na stadion, bo "zapach żużla" powoduje, że krew w gorzowianach krąży szybciej. Tyle że mówimy o tradycji biernego oglądania widowiska. I od 65 lat tak naprawdę nic się nie zmieniło. Tylko stadion. Inwestowanie w stadion żużlowy oczywiście służy również kibicom, którzy mogą w lepszych warunkach oglądać widowisko. Mój odbiór jest jednak taki, że oto buduje się okazałe obiekty służące temu, aby kilku sporo zarabiających zawodników mogło się ścigać w komfortowych okolicznościach.

Nie chodzi mi jednak o to, żeby w Gorzowie żużla nie było. Tradycja jest, są kibice mimo że od 27 lat klub nie zdobył mistrza Polski. Niech sobie jeżdżą. Chodzi tylko o proporcje i trzeźwe myślenie przy wydawaniu publicznych pieniędzy.

Żużel jest dziś preferowany - to widać i nie zamydlą tego żadne pokrętne statystyki. Może i procentowo udział dotacji miasta w budżecie jest mniejszy niż w innych klubach. Ale liczyć trzeba też kwoty bezwzględne i dodawać również inwestycję w stadion. Przecież nie dla kłusaków został zbudowany. Doliczyć trzeba też kolejne miliony na organizację Grand Prix.

Paradoksalnie miejska dotacja dla klubu nazywa się "na promocję miasta przez sport", a przecież trwa również promocja żużla przez miasto, choćby w postaci różnych festynów itp. itd.

Radni zakręceni w lewo

Wydatki na żużel osiągają tak poważne kwoty, że ot, tak radnym przepchnąć przez aklamację ich nie wypada. Krygują się więc na niby, wiją się, że prezydent ich zaszantażował, że postawił pod murem, że jak się powiedziało A, to trzeba B. Skoro wydano raz, to teraz szkoda nie dokończyć, skoro podpisano umowę, to trzeba teraz dotrzymać. Te popisy hipokryzji nie powinny jednak przesłonić jednego faktu: wszystkie żużlowe uchwały prezydenta przegłosował nie kto inny, tylko radni z PO, SLD i PiS. Nie powiedzą: non possumus, bo sami są "ukąszeni żużlem". Są więc przekonani, że opozycja wobec tych pomysłów byłaby w tym mieście politycznym samobójstwem.

Chociaż... radny Augustyn Wiernicki niedawno zadeklarował w jednej z radiowych audycji, że nie jest "zawirusowany sportowo". Jego zdaniem nie możemy sobie pozwolić na tak ogromne wydatki i nie powinno się opierać rozwoju miasta o sport. - Gorzów jest miastem biednym, tymczasem buduje się w nim stadiony, a nie myśli o ludziach i o rozwoju gospodarczym - stwierdził radny. Jest jednak w tym rozumowaniu pewien błąd. Budowanie "stadionów" to przecież również myślenie o ludziach, a wspieranie sportu i bazy sportowej służy również rozwojowi miasta. Cały problem w tym, żeby sensownie lokować uczucia i pieniądze. Dlatego kompleks sportowy tzw. "przy Mironickiej" wydaje się potrzebny i logiczny, może służyć wielu dyscyplinom podnosząc jednocześnie atrakcyjność miasta. I pozwoli rozwijać te dziedziny, które można uprawiać.

W ubiegłym roku przyglądałem się akcji Polska Biega w Gorzowie. W 125-tysięcznym mieście, gdzie na sporcie zna się każdy, znalazło się tylko może kilkadziesiąt osób, łącznie ze szkolną młodzieżą, które chciały pobiec w tej masowej imprezie. Inny przykład: w "mieście sportu" ja przyjeżdżając w ładny dzień na spotkanie czy konferencję na rowerze, wzbudzam komentarze, jakbym urwał się z choinki albo był jakimś szalonym wyczynowcem. Dopóki tak będzie, to Gorzów będzie miastem "gadania o sporcie".