Justyna Żurowska: W głowie już byłam spakowana

- Gdy szłam na rozmowy do klubu w głowię kłębiły się same przykre myśli. Czułam, że coś fajnego się kończy, nadchodzi czas na poszukanie innego wyzwania. Zostaję i jest fantastycznie. Na kolejną walkę o złoto będę gotowa na 120 proc. - powiedziała kapitan AZS PWSZ.
Zaraz po przegranym finale z Lotosem Gdynia gorzowscy kibice zastanawiali się, czy kapitan AZS PWSZ zostanie dalej w naszej drużynie, bo do wszystkich docierały sygnały, że być może zmieni klimat. Wyjedzie na zagraniczny kontrakt. Czy tak było naprawdę?

Ireneusz Klimczak: Poważnie myślałaś o tym, aby opuścić Gorzów?

Justyna Żurowska: Bardzo w finale liczyłam na złoto. Na takie wyprowadzenie klubu od pierwszej ligi do mistrzostwa. Na wymarzoną karierę w jednym mieście, w jednej drużynie. I miejsce na poszukanie, odświeżenie, spróbowanie czegoś innego. Mistrzostwa jednak nie zdobyłyśmy, a ja miałam głowę pełną myśli. Już szukać nowego wyzwania? A może jednak jeszcze raz powalczyć o złoto? Ważne były również kwestie finansowe.

Rozumiem, że chciałaś zarabiać więcej.

- Liczyłam na podwyżkę i ją dostałam. Klub zachował się wobec mnie fantastycznie. Z rozmów, na których pojawiłam się z duszą na ramieniu i raczej z myślą, że z Gorzowem będę się zaraz żegnać, wychodziłam pod wielkim wrażeniem. Plany pakowania, zabierania swoich rzeczy, bolesnych rozstań zamieniły się w zupełnie coś innego.

Odmówiłaś innym?

- Nie miałam klubu. Najpierw Gorzów. Decyzja na tak lub nie. Oczywiście były telefony od różnych menadżerów, ale one przede wszystkim dawały mi spokój, że jak coś ważnego w życiu zmienię to nie będzie mój koniec w koszykówce na wysokim poziomie. Prawdziwe poszukiwania miałam rozpocząć dopiero teraz. Na szczęście nie muszę tego robić.

I znajdziesz porządną motywację na kolejny sezon w AZS PWSZ?

- Mam ciągle coś ważnego tutaj do zrobienia. Pewnie to głupio zabrzmi, ale w tej chwili dobrze, że tego złota nie mamy. Nie wiem, czy je tym razem zdobędziemy. Moja motywacja będzie na 120 proc. Po porażce trzeba dać z siebie jeszcze więcej.

Jesteś nie tylko kapitanem, ale i twarzą drużyny. Często spotykasz się z kibicami, sponsorami.

- Akurat to jest sama przyjemność. Niesamowite, że ci ludzie nie tylko za wszelką cenę gonią i wymagają wyniku, ale związali się z nami, koszykówka jest dla nich fajną odskocznią od trudów codziennego dnia. Warto poświęcić im trochę czasu, w trudnych momentach naładować się ich energią. Tego w przypadku odejścia z Gorzowa najbardziej by mi brakowało. Chciałabym, abyśmy wszystkich fanów mogli przyjmować w fajnej hali, grać przez kilkoma tysiącami widzów. Może jeszcze tego w AZS PWSZ doczekam.

Finał wciąż w myślach wraca do ciebie?

- Już sobie to wszystko poukładałam i trzeba iść do przodu, podołać następnemu wyzwaniu. Bardzo ciężko w styczniu trenowałyśmy. Przetrwałyśmy jakby drugie przygotowania. Naprawdę byłyśmy w znakomitej dyspozycji i nagle, w najmniej oczekiwanym momencie, przestałyśmy grać. Przerwa świąteczna, żałoba narodowa. Nikt nie był tego w stanie przewidzieć. Znów pojawił się czas, aby coś poprawić, a my nie zniosłyśmy już tego mentalnie. Byłyśmy nastawione na walkę, na szybkie zabranie tego, co nasze. Lotos Gdynia walczył w ciężkiej serii z Toruniem, a my kwitłyśmy. Dwa mecze, przerwa. Jeden mecz, przerwa. Niestety w głowach sezon skończył się dla nas wcześniej. Szkoda. Trzeba wyciągnąć wnioski i koniecznie spróbować jeszcze raz.

Jakąś odskocznią był pewnie wyjazd z kadrą do USA?

- Jak pierwszy raz wyszłam na halę Connecticut nie mogłam opanować wzruszenia. Stałam z piłką i wpatrywałam się w nią. Wydawało mi się, że tylko chwilę, a dziewczyny z reprezentacji twierdziły co innego. Bardzo pozytywne emocje. Tego po przegranym finale było mi trzeba. Zobaczyłyśmy wiele miejsc, które wcześniej znałyśmy tylko z filmów. Najlepsze z możliwych ładowanie baterii przed ciężkim sezonem w klubie i kadrze. Dziękuję trenerowi, że nas tam zabrał, bo pewnie nieźle musiał się za tym nachodzić.

Stałaś, ściskałaś piłkę i marzyłaś, aby kiedyś zagrać w WNBA?

- Najpierw marzysz o kadrze, potem o dobrym wyniku z reprezentacją, także o występie w najlepszej lidze świata. To nie jest takie łatwe, bo Amerykanie strasznie chronią swój rynek i robią wiele, aby nie dopuścić nikogo z zewnątrz. Dlatego wielki szacunek dla Agnieszki Bibrzyckiej i Małgorzaty Dydek. Im udało się tam zaistnieć.

Bardziej realne są najbliższe wyzwania z kadrą.

- Chciałabym być w niej ważną postacią, decydować o wyniku, a nie tylko dopingować z ławki. Ciekawe jak to wszystko zniosę. Przecież po lidze trzeba będzie utrzymać formę aż do czerwca. Nasze organizmy przejdą wyjątkową próbę.

Jest pomysł, aby znaleźć i naturalizować do polskiego składu zagraniczną rozgrywającą.

- I w żadnym wypadku nikt nie powinien się tego obawiać. Jeśli chcemy poważnie liczyć się za rok w Europie, na mistrzostwach w naszych halach, a potem na igrzyskach to musimy prezentować jak najwyższy poziom. Inaczej zaliczymy kolejne biało-czerwone rozczarowania. Osobiście zawsze cieszę się z jak najlepszej konkurentki na mojej pozycji. To tylko służy rozwojowi i lepszym wynikom. Popatrzmy na Rosję. Pytałam o to Ludę Sapową, dlaczego naturalizowano tam Amerykankę Becky Hammon. Okazało się, że nawet w tak wielkim, silnym koszykarsko kraju uznali, że nie ma w tej chwili dziewczyny, która piłkę poda do centra, czy na obwód. Nie będziemy więc pierwsze i nie ostatnie.

Najbliższe dni jeszcze spożytkujesz na wypoczynek?

- Mam za sobą fantastyczny wyjazd z rodzicami i koleżanką do Egiptu, a teraz uciekam do domku w górach. 17 lipca zaczynamy przygotowania z kadrą. I od kilkudziesięciu godzin cały czas się uśmiecham, bo nie muszę niczego pakować, zmieniać, szukać. Najważniejszą decyzję właśnie podjęłam. Nie mam żadnych wątpliwości - to był dobry wybór. Dalej chcę wygrywać ważne mecze z moim Gorzowem.

*Justyna Żurowska - 25-letnia reprezentantka Polski i kapitan AZS PWSZ Gorzów, właśnie zdecydowała, że zostaje u nas na dziewiąty sezon