Synowiec: Rozum poszedł w odstawkę

Kiedyś kluby chcąc się wzmocnić - płaciły sobie nawzajem i kasa się zgadzała, wędrując jedynie z kieszeni bogatszego do kieszeni biedniejszego. Dzisiaj kabzę nabijają wyłącznie zawodnicy, zwłaszcza zagraniczni i to przestaje być śmieszne, a staje się tragiczne.
Twarde stanowisko szefów ligi w sprawie licencji na sezon 2010 przyniosło zdumiewające efekty. Kluby ekstraligi, nawet te najbardziej zadłużone, nadludzkim wysiłkiem spłaciły swoich zawodników i to do końca października, czyli niemalże natychmiast po zakończeniu sezonu. Nawet twarda pani prezes Atlasa Wrocław Krystyna Kloc uległa i zapłaciła wrocławskiemu nieszczęściu - Scottowi Nichollsowi. To, że dwa zespoły zrobiły to z minimalnym opóźnieniem, z pewnością nie będzie miało żadnych ujemnych skutków, bo czasu tak naprawdę było zbyt mało.

Ale co dalej? Teoretycznie powinno to zdyscyplinować prezesów klubów przy podpisywaniu nowych kontraktów. Ale tak naprawdę nasz żużel od dawna już liczy siły nie na możliwości, lecz na zamiary. W najbliższym sezonie będzie podobnie. Teoretycznie prezesi powinni przestrzegać dżentelmeńskich, ale i spisanych umów o zakazie kontraktowania zawodników w trakcie trwającego jeszcze sezonu i niepłaceniu ryczałtów. Ale i tak każdy robi, co chce, nie bojąc się ani regulaminów, ani też środowiskowego ostracyzmu. Coraz bardziej panuje przekonanie, że medale trzeba sobie kupić za wszelką cenę, to znaczy kupić sobie zawodników teoretycznie gwarantujących sukces na zasadzie "po nas choćby potop".

Dominuje następujące myślenie: co tam szkolenie młodzieży, niech się młodzież szkoli sama, jak ją na to stać. Co tam wychowankowie - patrzmy na piłkę nożną - tam się wychowanków nie szanuje, a przecież piłka się rozwija, itp.

Okazuje się, że znakomicie wczuli się w te klimaty czołowi zawodnicy, zarówno zagraniczni, jak i polscy. Żądają tak ogromnych pieniędzy, których wcześniej w żużlu nie było, ani też później takich nie będzie. Przekroczone zostały wszelkie granice rozsądku i granice ekonomii, zaś większość prezesów stoi pod ścianą i ma bardzo ograniczone pole działania. Przyjdzie im na kolanach prosić nawet przeciętnych zawodników, aby łaskawie chcieli przyjąć skromny milion złotych za sezon.

Cóż więc z tego, że prezes Maślanka z Częstochowy wypruł sobie żyły, aby spełnić warunki licencyjne, kiedy większość zawodników rozbiegło mu się po Polsce, podpisując nowe kontrakty. A ci, którzy zechcą u niego jeździć, będą żądali zdwojonych (ryzyko!) pieniędzy. Przykro i głupio mi się robi, kiedy pomyślę sobie, co czuje prezes Dowhan z Zielonej Góry, kiedy jego kapitan Grzegorz Walasek jak niedopieszczone dziecko opowiada na lewo i prawo, że nie wie, czy będzie jeździł w Falubazie, a nawet w Polsce! Robiąc przy tym miny jak tajemniczy Don Pedro.

Oznacza to bowiem jedno - strony (prezesi i zawodnicy) nie są sobie równe. Prezesi bowiem muszą płacić więcej i więcej, a zawodnicy z uwagi na specyfikę rynku żużlowego mogą łaskawie się na to zgodzić lub nie. I to niewiele gwarantując w zamian (vide Holta i Gollob w Gorzowie w minionym sezonie), bo ktoś inny zaraz wyciągnie rękę z mamoną.

Zmieniono przepisy o kwotach odstępnego w kontraktach i wpadliśmy z deszczu... do szamba! Ciśnienie na wynik jest tak ogromne, że rozum poszedł w odstawkę. Powstanie Ekstraligi uporządkowało wiele spraw, ale nie uporządkowało najważniejszej - finansów. Pięknieją stadiony, telewizja w sposób kompetentny pokazuje mecze ligowe, a same spotkania bywają tak zacięte jak nigdy dotąd i mają niebywały poziom. Kiedyś kluby chcąc się wzmocnić - płaciły sobie nawzajem i kasa się zgadzała, wędrując jedynie z kieszeni bogatszego do kieszeni biedniejszego. Dzisiaj kabzę nabijają wyłącznie zawodnicy, zwłaszcza zagraniczni i to przestaje być śmieszne, a staje się tragiczne (w końcowym efekcie).

W tym roku pierwszą ofiarą takiego postępowania padł Ostrów. Stadion można tam zaorać już teraz. Za rok może to czekać kolejne, dzisiaj mocne kluby, bo po rocznym kontrakcie i braku własnych wychowanków będzie można na kolejnych stadionach sadzić kapustę. Jak wczytamy się w żądania Nicki Pedersena, Grega Hancocka i innych, to należy zapytać: quo vadis?

*Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali