Sport.pl

Ekstraliga nawet dla czworga

Żużlowy wąż właśnie zaczął pożerać własny ogon. Prezes Polskiego Związku Motorowego Andrzej Witkowski ogłosił wszem i wobec, że PZMOT podjął uchwałę, mocą której jeśli jakikolwiek klub będzie po 31 października miał długi wobec zawodników to nie otrzyma licencji na starty w 2010 r.
Swoje słowa prezes podkreślił stwierdzeniem, że sprawa jest oczywista i nie przewiduje się odwołań oraz warunkowego uzyskania licencji, bo przez dwa lata PZMOT był pobłażliwy dla dłużników i teraz cierpliwość się skończyła, a prezesi powinni sobie wreszcie uświadomić jakie kontrakty podpisują z zawodnikami. Stało się więc tak jak w przypowieści o partyzantach i Niemcach, co to nawzajem przepędzali się z lasu, aż do czasu, kiedy stracił cierpliwość leśniczy, który pogonił ich wszystkich na zbity pysk. Mieli prezesi ekstraligi ucywilizować finanse, a że sobie z tym radzili coraz słabiej, tupnął nogą szef PZMOT i postawił całe towarzystwo na baczność.

Stanowisko PZMOT zbiegło się z doniesieniami ze wszystkich stron żużlowego świata - nie tylko z Gdańska, Częstochowy, czy Ostrowa, ale też z Bydgoszczy, Leszna i innych ośrodków. Kłopoty finansowe ma większość zespołów. Trzeba to rozumieć wprost: kluby zalegają zawodnikom ogromne kwoty, co wywołuje z jednej strony ich wściekłość, a z drugiej kompromituje pracodawcę. Problem na najbliższy czas jest jasny. Czy uda się na najbliższy sezon skompletować osiem wypłacalnych klubów?

Jeśli nie, liga winna liczyć sześć, a nawet cztery zespoły, ale wiarygodne wobec siebie i innych. Doszliśmy więc do ściany, o czym zresztą mówiło się od dawna, ale niemal nikt nie brał tego do siebie. Kto jest winien? Z pewnością jakieś znaczenie ma zachłanność zawodników (kto by nie chciał więcej jeśli to można wyszarpnąć), ale 80 proc. winy leży po stronie prezesów klubów, którzy nie mając zabezpieczenia finansowego podpisywali księżycowe kontrakty tylko po to, aby osiągnąć wynik lepszy niż możliwości i dla choćby chwilowego poklasku kibiców. Dzisiaj przyjdzie zjadać własny ogon, bo jakoś nie wierzę we wspólny front bogatych z biednymi, a raczej roztropnych z finansowymi szaleńcami. Może przyszedł wreszcie czas ujawnienia (tak jak to się dzieje w piłce nożnej, koszykówce i w kilku innych dyscyplinach) jak wyglądają kontrakty żużlowców od strony finansowej?

Wiemy ile zarabia prezydent Polski i prezydent miasta, wiemy ile otrzymują posłowie i radni oraz jakie są wszystkie źródła ich dochodów. Wiemy ile zarabiają Robert Kubica, czy Marcin Gortat, dlaczego zatem nie możemy dowiedzieć się ile biorą Gollob, Holta i Okoniewski?

Do tej pory prezesi zasłaniali się tajemnicą kontraktów, ale taka argumentacja jest nie do przyjęcia, gdy kluby głęboko sięgają do kieszeni (kasy) miasta. Tu nie może być tajemnicy, bo każdy podatnik ma prawo wiedzieć jak klub gospodaruje otrzymanymi w ten sposób pieniędzmi. Jeśli wszyscy uczciwie powiedzą kto komu i ile płaci (nie tylko chodzi tu o zawodników) to wreszcie będzie można zacząć rozsądnie ustalać kontrakty, budżety klubów itp.

Jasność i przejrzystość pomoże wszystkim. Obecna sytuacja jest co do zasady nieuczciwa, bowiem ci, którzy mierzą siły nie na zamiary lecz na możliwości przegrywają z prezesami, którzy wyskakują przed szereg jak Filip z konopi (dzisiaj wiemy już dlaczego z konopi indyjskich wyskakuje się w głupawym stanie), czyli z Maciejem Polnym z Wybrzeża, Marianem Maślanką z Częstochowy, czy innym prezesem z Ostrowa. Przejrzystość kontraktów uporządkuje też wiedzę kibiców, opartą do tej pory na plotkach. Wreszcie stanie się zadość przysłowiu: "Kto nie ma miedzi ten w domu siedzi". Zupełnie innego wymiaru nabiorą słowa Piotra Śwista, że mistrzostwo Polski można zdobyć i z budżetem 2 mln zł, bo szóste miejsce za 7 mln, a w zasadzie taniej, może zdobyć każdy kibic z ulicy.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali Gorzów