Sport.pl

To jest dopiero połowa drogi

Władysławowi Komarnickiemu nie wypada teraz zostawić Stali. Z tyloma niezałatwionymi sprawami. To najlepszy czas na wyciągnięcie wniosków z dotychczasowych porażek, a nie opuszczenie żużla w połowie drogi do sukcesu. Takim wcale nie musi być mistrzostwo Polski, a turniej Grand Prix w Gorzowie, czy walczący zespół, pełen wychowanków - pisze Ireneusz Klimczak ?Gazeta Wyborcza?.
"Mam już 64 lata i powiedziałem kiedyś, że zostawię to wszystko dzisiejszym 30-latkom, gdy klub będzie chodził jak w zegarku. Z całą pewnością nadchodzi ten moment. Mojego odejścia nie uzależniam od najbliższych meczów z Falubazem, bo to bez sensu" - to słowa prezesa Władysława Komarnickiego z wywiadu dla "Gazety" przed rozpoczęciem fazy play-off w ekstralidze. Przegraliśmy czwórkę zaledwie jednym punktem. Szkoda. I tyle. Nie ma co rozdzierać szat, szastać dymisjami, płakać do grudnia, tylko dalej tak zmieniać nasz zespół, aby w końcu miał mocy i szczęścia na miarę jazdy w ekstralidze aż do października.

Kibice wieszają transparenty, w czasie finału młodzieżowej drużynówki zbierają podpisy w obronie prezesa, gorzowskie media dramatycznie pytają: co dalej ze Stalą? Czy grozi jej bezkrólewie?

Czy jest naprawdę aż tak dramatycznie? Nie! Skąd ta pewność? Komarnicki nie jest w gorzowskim żużlu od wczoraj i już wielokrotnie pokazał, gdzie sięgają jego ambicje. Prezes nie ukrywa też, że walczy o wielką Stal od 2002 r., ale też wciąż uczy się żużlowych realiów, które ciągle potrafią go zaskoczyć, przerazić, zdziwić. Chce ciągle coś poprawiać, o czym świadczą ostanie zmiany w klubie (m.in. powrót Ireneusza Macieja Zmory).

Komarnicki - biznesmen, już dawno zdał na żużlu wszystkie egzaminy. Świetna współpraca z miastem, wysoki budżet, piękny stadion, który wkrótce może być jeszcze bardziej okazały (doczekamy się nie tylko drugiej wysokiej trybuny, ale może również odpowiedniej ilości wejść dla kibiców) i wreszcie Biznes Speedway Club, gwarantujący zadowalającą stabilność finansową nawet w sezonie, gdy wielu innych boryka się z kryzysem. Bezcenne są również zaufanie i poparcie kibiców, którzy chętnie zasiadają na trybunach, bo u nas ogląda się żużel w komfortowych warunkach i nie strach zabrać ze sobą rodzinę. Fani w ostatnią niedzielę przeszli samych siebie. Gdy jeździła Polska, oni manifestowali: przełknęliśmy derbową porażkę i czekamy na kolejne emocje! Nie tylko na krajowym podwórku, choć to właśnie polska liga jest najlepsza na świecie. A wakacji od sportu, aż do kwietnia wcale nie mamy, bo sport to najlepsza marka Gorzowa.

Komarnicki - szef klubu sportowego, wciąż ma przy Śląskiej, na stadionie imieniem legendarnego Edwarda Jancarza, wiele do zrobienia. Stal to nie firma. Tego nasz surowy boss - tak nazwali go gorzowscy zawodnicy - już kilka razy boleśnie doświadczył. Ekstraligowego medalu nie dało się kupić nawet za 15 mln zł. Przy okazji Stal zyskała coś jednak równie cennego - jesteśmy wypłacalni, po chudych latach nie balansujemy między elitą, a pierwszą ligą i w minionym sezonie, choć przegraliśmy to już stawiano nas w roli z jednego faworytów, a nie kopciuszków ekstraligi.

W końcu i w gorzowskim parkingu musi zrobić się przyjemniej. Presja będzie zawsze, bez dwóch zdań. Nikt z nas za tak grubą kasę nie chce oglądać miernej roboty, bo kasa nie rośnie na drzewach. Nabijają się z tych słów Komarnickiego, ale czy nie ma racji? To jest jednak ten czas, aby na bazie wszystkich doświadczeń, oddzielić biznes od drużyny. Nie musimy odkrywać Ameryki. Kilka istotnych obrazków z tego sezonu daje nadzieję na fajną przyszłość - szczęśliwy finał zatargów z młodzieżowcami, zaangażowanie Stanisława Chomskiego, Piotra Palucha i Jarka Łukaszewskiego (super powroty do domu, w innej roli) w kolejne zwycięstwa naszych gorzowskich chłopaków, czy uścisk Komarnickiego z Pawłem Zmarzlikiem na podium memoriału Jancarza. Tego zaczynu na piękny żużlowy chleb ze Stali nie wolno zmarnować, bo to dzięki tym chłopakom, sąsiadom z ulicy, za chwilę będziemy mieli zespół z prawdziwego zdarzenia. Oczywiście najlepiej z gwiazdami światowego żużla, ale i z talentami z Gorzowa. Dającymi z siebie wszystko, gdy gra na torze idzie o honor żółto-niebieskich. I tego wypieku Komarnicki - szef klubu bezwzględnie musi do końca przypilnować. Na razie jest kojarzony z tym, że stawia na "armię zaciężną", a swoich pozbywa się.

W końcu przyjdzie dzień, w którym wspólnie będziemy fetować zdobycie medalu przez Stal. Jestem pewien, że przyjadą do nas również najlepsze reprezentacje świata, a później gwiazdy walczące w Grand Prix. Komarnicki - biznesmen z tym zadaniem świetnie sobie poradzi. Choć wielu czasami sobie żartuje z jego wypowiedzi, apeli, czy publicznych dialogów z zawodnikami, to właśnie na szyi Komarnickiego - prezesa powinien zawisnąć pierwszy po latach ligowy krążek dla Stali. Także do niego powinno należeć krótkie i rzeczowe słowo na otwarcie wielkiej światowej imprezy, które wkrótce na pewno wjadą na gorzowski stadion.

Na koniec. Ostatnio Tomasz Gollob i Rune Holta przyznali, że zostaną w gorzowskim klubie tak długo, jak długo za jego sterami będzie stał Komarnicki. Na torze obaj mieli w tym sezonie lepsze i gorsze chwile. Jednak pierwszy to wciąż najlepszy polski żużlowiec, a drugi ma zamiar nawet odpuścić Grand Prix, aby znów wrócić do najwyższego poziomu w ekstralidze. Liderów zespołu prezes nie musi więc daleko szukać. To ta dwójka może stać na czele planu: powrót Stali do gorzowskości. Pokazać naszej młodzieży drogę do mistrzostwa. Nie podoba się panie Władysławie taka przyszłość i taka drużyna? Nasi kibice zasługują i poczekają na sukces oraz światowy żużel na Śląskiej. I pan też powinien na to poczekać. Nie warto odchodzić po takiej robicie. W połowie drogi do prawdziwych celów. Do sukcesu, którego nie kupi się, a stworzy od podstaw, wypracuje i wychowa.