Komarnicki: Medalista musi wygrywać z mocnymi

- Nareszcie widzę w oczach zawodników, którym nie zalegamy ani złotówki, chęć sięgnięcia po coś bardzo prestiżowego. W niedzielę czekam na wielkie widowisko z udziałem fantastycznych lubuskich kibiców, na bezpiecznym stadionie dla całych rodzin, bez burd - mówi prezes Caelum Stali.
Po fatalnym początku sezonu szef gorzowskiego klubu zyskał wśród zawodników Stali przydomek "Surowy boss". Po porażkach prosił i groził, przypominał im, że pieniądze nie rosną na drzewach jak liście. Czy przed ćwierćfinałowym starciem z Falubazem Zielona Góra (mecz w Gorzowie w niedzielę o godz. 20) Władysław Komarnicki gorzej śpi? Co zrobi jeśli jego drużyna znów skończy sezon już w sierpniu?

Ireneusz Klimczak: Jak tam nastrój na kilkadziesiąt godzin przed pierwszym meczem z sąsiadami z południa?

Władysław Komarnicki: Może niektórzy nie uwierzą, ale zdecydowanie bardziej stresuję się rozmowami biznesowymi, gdy próbuję zamknąć żużlowy budżet, bo od nich zawsze zależy gorzowskie być, albo nie być. Na torze robota należy do zawodników. Na pewno trochę drżę o ich karkołomny wyścig z czasem po sobotniej Grand Prix. Z daleka ma też wracać Matej Zagar. Najważniejsze, aby wszyscy dojechali cali i zdrowi, a wtedy na pewno czeka nas niecodzienna dawka adrenaliny.

Na pierwsze miejsce i mecze z Bydgoszczą szybko straciliśmy szansę. Z pozostałych rywali walka z Falubazem to chyba najlepszy traf, patrząc na kwestie finansowe, emocjonalne i sportowe.

- To jest najlepszy przeciwnik na pierwszą rundę play-off pod każdym względem. Jeśli mamy być w czwórce to musimy ograć właśnie tak mocnego rywala jak Zielona Góra. I nasza jazda w ostatnich tygodniach pozwala mi być optymistą. Ważne jest jeszcze coś. Widział pan ostatni memoriał? Wszyscy stalowcy byli w parkingu, a żużlowcy, gdy nie startują, potrafią znaleźć wymówkę, aby nie brać udziału w takiej imprezie. Tym razem nie było żadnych dyskusji. Mieliśmy kompletną frekwencję, spotkanie integracyjne, wiele rozmów w parkingu na temat toru i przygotowania. No i słowa od Rune Holta, Zagara, Petera Karlssona, czy kapitana Tomasza Golloba: boss będziemy walczyć, bo sukces w Polsce daje ten prawdziwy prestiż dla żużlowca, nie w Anglii, czy Szwecji.

Najpierw kilka razy odpukujemy, ale to pytanie musi paść. Co jeśli Stali drugi rok z rzędu skończy sezon w sierpniu?

- Po pierwsze umówiliśmy się w klubie na jedno: wszyscy zrozumieli już, że nie ma przyzwolenia na bylejakość. Ten zespół stać na bardzo wiele, a więc nie chcę teraz gdybać i snuć czarnych wizji, bo nie muszę. Nie widzę asekuracji, a wielką wiarę w sukces. Będę bardzo zadowolony po pewnym zwycięstwie z Falubazem w Gorzowie i higienicznej porażce, a najlepiej remisie na wyjeździe. Wielu wciąż przypomina nam, co zdarzyło się w Zielonej Górze w sezonie. Tak, był pogrom, ale teraz wiem, że takie wpadki nam się przydały. Rozmawiałem o nich z każdym z zawodników. Wyciągnęli wnioski i w Toruniu, Częstochowie, Wrocławiu oraz Bydgoszczy pokazali, że stać ich na ambitną jazdę na najwyższym poziomie na każdym torze.

Przypadkiem nie daliśmy zawodnikom alibi? Po rewanżu 30 sierpnia nie będą się, po ewentualnej porażce tłumaczyć, że w klubie kryzys, były zaległości i stąd słabszy wynik?

- Nie, bo nie jesteśmy winni zawodnikom ani złotówki. Sam jestem przyjemnie zaskoczony, że mimo faktycznie najtrudniejszych od dawna czasów, w gronie przyjaciół żużla jakoś dajemy radę. Cieszę się, że gdzieś w tych ludziach, za których tak trzymamy kciuki i wypełniamy trybuny, nastąpiła fajna przemiana. Oni wiedzą, że w Gorzowie mogą szukać pomocy i wsparcia w każdej sprawie. Widzę, że zaczęli to naprawdę doceniać, wpadki mniej lub bardziej ich poruszyły. Zaskakują mnie doskonałą orientacją w tym, co ich jeszcze w Polsce czeka, pytają o kolegów z zespołu. Tak, z zespołu. Nareszcie mogę ich tak nazywać. A na samej górze tej układanki jest ikona polskiego żużla. Jeśli Tomasz Gollob mówił o medalu to trzeba mu wierzyć i dopingować. To był sezon pełen różnych emocji, ale to co najważniejsze zaczyna się dopiero teraz. Warto było poczekać na takie żużlowe niedziele jak te 16 i 30 sierpnia.

Dla Władysława Komarnickiego to mogą być ostatnie mecze w Stali w roli prezesa klubu?

- Najpierw chciałbym powiedzieć słowo o mojej rodzinie. Dziękuję za wsparcie i obecność. Najpierw trochę się denerwowali, albo żartowali, ale dziś sami po prostu wsiąkli w żużel, który jest specyficzną dyscypliną, bardziej cyrkiem niż sportem, jednak ze swoją wyjątkową magią i odważnymi ludźmi. Gdy jechaliśmy na wakacje do Toskanii, zatrzymaliśmy się w katedrze we Florencji. Kilkuletni wnuczek zapytał, dlaczego pali się świeczki. Sam też pomyślał swoją intencję. Za babcię, dziadzia? Nie, za zdrowie Rune Holty. Śmiechu było co niemiara, kochany dzieciak. Tak to jednak właśnie jest z tym żużlem, gdy do niego wejdziesz, poznajesz, zaczynasz pomagać, dla niego pracować. Mam już 64 lata i powiedziałem kiedyś, że zostawię to wszystko dzisiejszym 30-latkom, gdy klub będzie chodził jak w zegarku. Z całą pewnością nadchodzi ten moment. Może już tej zimy, może za rok. Przejdzie w ręce naprawdę godnych następców. A Stal dalej będzie wielka, walcząca na pięknym stadionie, gdzie prędzej czy później na pewno ugościmy też uczestników cyklu Grand Prix. Mojego odejścia nie uzależniam od najbliższych meczów, bo to bez sensu. Jestem pewien, że w starciach z Falubazem minimalizmu i bylejakości nie będzie, bo Gorzów doczekał się naprawdę mocnej drużyny, świadomie mierzącej w najwyższe miejsca.



*Władysław Komarnicki - 64-letni biznesmen, w zarządzie Stali od 2002 r., marzy, aby podczas jego prezesury gorzowski klub żużlowy wrócił na podium mistrzostw Polski