Jerzy Synowiec: Żużel ma kłopoty, wszędzie

Liga angielska pozbawiona gwiazd, za to pełna przeciętnych zawodników ze wszystkich stron świata trwa w impasie. W jej ślady idzie reprezentacja Anglii, która jest słaba jak nigdy, co można było zobaczyć choćby w ostatni poniedziałek na torze w Peterborough.
Liga szwedzka ma się nieco, ale tylko nieco lepiej. Kibiców tam więcej, ale kluby zdominowane przez polskich żużlowców przestają sobie radzić finansowo. Przypadek Smederny Eskilstuna, który to właśnie wyciągnął kopyta, chyba będzie zaraźliwy, bo na skraju finansowej plajty są przynajmniej kolejne dwa kluby tamtejszej Elitserien. Również szwedzka reprezentacja ma się znacznie gorzej niż dawniej i dzisiaj mogą ją objechać nawet przeciętni Rosjanie, co zresztą miało miejsce w Vojens (pierwszy raz od kilkudziesięciu lat). Sytuacja w polskiej ekstralidze ma się o niebo lepiej. Mecze są niezwykle emocjonujące i stojące na niebywale wysokim poziomie. Walka Stali z Falubazem i ostatnio z Unibaksem Toruń to poziom nieosiągalny w innych ligach. Po emocjach na torze nawet wynik nie jest już taki ważny. Ale to tylko jedna strona polskiego żużla, którego reprezentacja zaczyna dominować w rozgrywkach drużynowych na świecie i w Lesznie z pewnością sięgnie po kolejny złoty medal. Jest jednak i druga strona, a są nią kłopoty finansowe większości naszych klubów. Zaczęło się lato - najtrudniejszy okres dla klubowych skarbników. Wpływy są małe, a cierpliwość czekających na wypłatę zawodników się kończy. W drugiej lidze poza Łodzią wszyscy już cienko piszczą. W pierwszej lidze na skraju bankructwa stoi niedawny potentat i wieczny kandydat do awansu - Ostrów. Coś mi się zdaje, że będziemy mieli sensację i zamiast awansu spadek do żużlowego piekła, gdzie brylują Rawicz, Krosno i zagraniczne wynalazki.

Co w ekstralidze? Wystarczy posłuchać wieści z Gdańska, aby włosy stanęły dęba na głowie. Zawodnicy są rozliczeni za kwiecień i to wszystko. Ile jeszcze wytrzymają? Chyba tyle, aby z hukiem zlecieć do pierwszej ligi. W Częstochowie zapowiadało się tragicznie, ale sytuacja tylko pozornie wróciła do normy i za chwilę możemy mieć drugi akt dramatu.

Są zresztą i inne objawy kryzysu, chyba gorsze niż finansowe. Otóż kiedy brak jest zapowiedzianych sukcesów, zaczyna się szukanie winnych. Tak jest w Gorzowie. Sukces jest nadal możliwy i piąte miejsce na początku play-off przy obecnym systemie rozgrywek, który wcale nie faworyzuje zespołów zajmujących wyższe miejsca w tabeli, nadal daje szansę na medale. Ale władze klubu zachowują się tak, jakby przestały w to wierzyć i miast na wyniku, koncentrują się na szukaniu wrogów. Przez ostatnie dwa lata głównym winowajcą braku sportowych sukcesów był niżej podpisany. Teraz w błyskawicznym tempie dołączają następni. Drugim winowajcą jest były zawodnik i trener Bogusław Nowak, który śmie krytykować klubową politykę wobec juniorów, a w kolejce czekają Cyran, Zmarzlikowie i Szewczykowski. Dlaczego ci ostatni będą kolejnymi ofiarami? Ano dlatego, że cicho upominają się o swoje prawa i o szanse na sportowy rozwój. To wystarczy, aby rzucić ich na kolana, wskazując przy okazji na przykład Thomasa Jonassona - on nie podskakuje (bo go tu nie ma). W obliczu końca sezonu już za miesiąc władze klubu zabezpieczają tyły. Będzie sportowa klapa to wskaże się winnych, a potem zabierze zabawki i zostawi się spalony słońcem pusty plac, na którym nie będzie nawet trafy. Tyle tylko, że na to zgody być nie może, bo klubowe pieniądze pochodzą w wielkiej części z miejskiej, czyli naszej kasy. Na polowanie z nagonką był czas zimą. Teraz trzeba zabrać się do roboty, przestać szukać ofiarnych kozłów i zrobić obiecany wynik. Czy jednak da się osiągnąć sukces przy obecnej, dusznej atmosferze jaka panuje w klubie?

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali