Sport.pl

Teraz mecenas: Dobrze, że się pobili

Bokserski pojedynek Scotta Nichollsa i Emila Sajfutdinowa jest powszechnie komentowany ze świętym oburzeniem. Jestem przeciwnego zdania. Może ono mieć tylko pozytywne skutki. I dla Emila, i dla Nichollsa, i dla żużla w ogólności.
Ostatnie Grand Prix w Cardiff oglądałem w telewizji. W trakcie słynnego już piątego wyścigu z udziałem Nichollsa i Sajfutdinowa komentator Canal+ z wyraźną satysfakcją komentował wywożenie w płot młodego Rosjanina jako wskazywanie młodzieńcowi jego miejsca w szyku. Za chwilę jednak okazało się, że to Emil pokazał miejsce w szyku Nichollsowi. Chłopak to nieduży, ale dwoma ciosami powalił byczkowatego i wytatuowanego Brytyjczyka na kolana. Wydarzenie to jest powszechnie komentowane ze świętym oburzeniem.

Jestem przeciwnego zdania. Może ono mieć tylko pozytywne skutki. I dla Emila, i dla Nichollsa, i dla żużla w ogólności. Emil pokazał, że nie jest w kance mleka przyniesiony i jest ostry, nie tylko w walce na torze. Myślę, że nikt mu już drogi zajeżdżał nie będzie. Dla Nichollsa może to być tak mu potrzebny wstrząs. Bo jako żużlowiec od lat otrzymujący dziką kartę tylko dlatego, że jest Anglikiem, może wreszcie zacznie jeździć jak na uczestnika GP przystało. I nie będzie się kompromitował na wszystkich możliwych torach z polskimi włącznie. W Atlasie muszą go z rezerwy taktycznej zastępować Janowski, Jeleniewski i Madsen, a trener Cieślak jest na jego widok bliski obłędu. Natomiast żużel może zyskać to, że sędziowie zaczną poważnie podchodzić do zawodników jeżdżących niezgodnie z duchem fair play, a nie stosować jakąś dziwną zasadę, że kto jedzie pierwszy - ten może wszystko.

Emil po zawodach przeprosił wszystkich za zbytnie emocje. Jego postawę w Cardiff winniśmy raczej ocenić przez fakt, iż na bieg finałowy podstawił swoje motocykle Hansowi Andersenowi. Ten swoje uszkodził w wypadkach, a nikt inny nie spieszył z pomocą. Andersen to konkurent Sajfutdinowa w walce o medale, a mimo to nie zawahał się z pomocą. To jest prawdziwe fair play. Widzę w tym zawodniku przyszłego mistrza świata i oby organizatorzy GP, którzy wolą raczej leśnych dziadków niż superzdolną młodzież (brak w cyklu Holdera, Miedzińskiego, Łaguty i innych), nie zaczęli mu utrudniać życia. Na zasadzie pokazywania mu miejsca w szyku. A to już zapowiedział Andrzej Grodzki.

W prasie lubuskiej przeczytałem, że w Stali odbyło się walne zebranie członków klubu. Frekwencja sięgnęła około 25 procent i wszystko miało być sielankowo. W Tygodniku Żużlowym Mirosław Wieczorkiewicz odsłonił rąbka tajemnicy. Otóż sielanki nie było, a wszyscy wyszli obrażeni, bo okazało się, że młody zawodnik i były mechanik śmieli zapytać władze klubu, co jest ze sprzętem dla młodzieży. To wystarczyło, aby pytających postawić do kąta i wskazać na nich jako na wrogie siły oraz zapytać, kto za tym stoi.

Jak stoi Stal, okaże się być może już w najbliższą niedzielę. Albo będzie zwycięstwo nad Atlasem we Wrocławiu i powrót do gry o medale, albo porażka z utratą bonusa, co przy niekorzystnym dla gorzowian układzie w pozostałych spotkaniach, może zakończyć się spadkiem nawet na ostatnie miejsce w tabeli. Wiem jedno: Marek Cieślak ma nóż na gardle, a porażka Atlasu oznacza dla niego niemal pewny baraż o utrzymanie się w lidze. Zrobi więc wszystko, aby zaskoczyć stalowców torem (jak w ubiegłym roku) i zgarnąć nawet trzy punkty. Czy jest to możliwe? Znając Cieślaka - tak. Z drugiej strony, znając możliwości gorzowian - nie. Zadecyduje jak zwykle wola walki i chęć zwycięstwa dla Gorzowa.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali