Jerzy Synowiec: Emil ratuje Grand Prix

Ostatnie Grand Prix w szwedzkim Goeteborgu, na owianym legendą stadionie Ullevi, obnażyło wszystkie wady cyklu rozgrywek o indywidualne mistrzostwo świata.
Ullevi obecnie służy żużlowi jedynie sporadycznie. Tor jest przygotowywany tylko na jedyne zawody w roku, a organizatorzy na tyle odwykli od żużla, że kolejny raz nie dali sobie rady. Żużel w Szwecji cieszy się umiarkowaną popularnością (drugie miejsce po Polsce jeśli chodzi o liczbę widzów na zawodach ligowych), ale tylko na prowincji. W stolicy kraju Goeteborgu czy Malmoe kibiców tego sportu jest bardzo mało i na zawody Grand Prix ciężko zebrać tylu widzów, aby w całości wypełnić stadion. W małych miejscowościach, takich jak Linkoeping, czy Malilla na stadionach są komplety, ale trybuny tam niezbyt wielkie, obiekty położone poza miastami, w szczerym polu, gdzie wejdzie góra 8-10 tys. fanów. Ullevi daje szansę na dużą widownię, ale organizatorzy psując kolejne imprezy już teraz spowodowali, że na stadionie było pusto, bardzo pusto, a sama impreza okazała się miernym widowiskiem, zniechęcającym wszystkich do żużla.

Ostatnim kibicom, którzy zdecydowali się jednak kupić bilety, włosy stawały dęba na głowie, ale nie z emocji, tylko ze strachu o życie i zdrowie zawodników. Nic dziwnego, że w finale znaleźli się dwaj absolutni profesjonaliści, dzielący i rządzący w światowym żużlu od wielu lat - Nicki Pedersen oraz Jason Crump. Dotarli do czołowej czwórki także dwaj żużlowcy z dzikimi kartami - Emil Sajfutdinow ze stałą przepustką do Grand Prix i Antonio Lindback z jednorazową. Dwaj ostatni stanowią dzisiaj o atrakcyjności zawodów, bo im się chce i to bardzo. Reszta, poza małymi wyjątkami (Andreas Jonsson, Fredrik Lindgren, Kenneth Bjerre) stara się tylko odjechać zawody. Już dzisiaj, ledwie po trzech turniejach mistrzowskiego cyklu, można powiedzieć, że jeśli nie zdarzą się sytuacje wyjątkowe (bojkot zawodów, poważna kontuzja) to medale są już rozdane. Na podium staną (kolejność do dowolnego ustalenia): Crump, Sajfutdinow i Pedersen. Jeśli organizatorzy chcą dodać turniejom energii, od teraz dziką kartę powinni przydzielać wyłącznie Szwedowi Lindbackowi, bo tylko on obok Emila może jeszcze zamieszać w czołówce. O Chrisie Holderze nawet nie wspominam, bo to, że nie ma go w cyklu, a jest na przykład Scott Nicholls to największy błąd Ole Olsena. Jeśli - nie daj Boże - Emilowi coś się niedobrego przytrafi, nie będzie mógł wystartować, a w stawce nie zobaczymy też Lindbacka to widzowie kolejnych rund GP umrą z nudów. Występy Grzegorza Walaska, Rune Holty, czy Sebastiana Ułamka mogą elektryzować w lidze, niestety w cyklu o mistrzostwo świata takich emocji już od nich nie dostaniemy. Elektryzuje Emil i to dzięki niemu mamy super wrażenia i nadzieję, że tacy jak on będą w przyszłości stanowić o sile światowego żużla. Taki on był kiedyś Zenon Plech.

Co do plamy organizatorów z hymnem to jest to wpadka zdumiewająca. Są dwa, trzy hymny narodowe na świecie, które zna każdy. To hymn amerykański, rosyjski no i może jeszcze Marsylianka. Rosyjskiego hymnu sportowi kibice mieli okazję wysłuchać setki, jeśli nie tysiące razy, na igrzyskach olimpijskich i wszelkiego rodzaju zawodach, bo Rosja (wcześniej ZSRR) to potęga w wielu dyscyplinach. Jak można było puścić jakiś wynalazek udający rosyjski hymn? Tego nikt nie jest w stanie wytłumaczyć. Jakie zawody takie również ich zakończenie.

Raz w roku staram się obejrzeć zawody z cyklu GP na żywo, resztę śledzę w Canal Plus. Komentarz w tej stacji nigdy mi się nie podobał już choćby dlatego, że miast tłumaczyć decyzje sędziów, nieustannie je kontestują i są do niektórych z nich uprzedzeni, podobnie jak do części zawodników. Poza tym nieustannie ględzą o tym, który tor jest lepszy, a który gorszy. Tak jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Na tym tle Krzysztof Cegielski wyróżnia się spokojem i kompetencją. Może więc mniej komentarzy, a więcej powtórek oraz mniej wymądrzania się na rzecz szacunku dla sędziów.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali Gorzów