Jacek Dreczka: Bo kelner się dłubał

Sporo powiedziano już i napisano o warszawskiej Gali Żużlowej, podczas której podsumowano miniony sezon, uhonorowano medalistów, a specjalna kapituła przyznała swoje wyróżnienia. Jako uczestnik muszę powiedzieć, że organizacja i przebieg imprezy były przeciętne.
Twierdzę, że lepszym pomysłem byłoby zorganizowanie Gali w jakimś żużlowym mieście, gdzie jednocześnie stałaby się wydarzeniem lokalnym. Do stolicy zjechała się garstka dziennikarzy, a taksówkarze stojący pod hotelem, w którym trwała impreza, nawet o niej nie wiedzieli. Wiadomo przecież, że zagłębiem speedwaya jest Polska zachodnia, czyli wielkopolska, lubuskie, śląskie i kujawsko-pomorskie. Może Poznań, albo Toruń? A dlaczego nie Gorzów? Zestawiając tę Galę z tańczącym jeszcze balem w AWF-ie, możemy być naprawdę dumni. Więcej się nie czepiam, w końcu najważniejsze były wyróżnienia i wynik idzie w świat.

Teoretycznie najmocniej cieszy deszcz nagród dla naszego kapitana Tomka Golloba, ale o tym przecież wszyscy wiedzieliśmy. Największe brawa i uznanie dla Tomasza nie tylko za sukcesy, ale również za to, że pofatygował się w ogóle do "Warszawki". Frekwencja pośród zawodników była mniej więcej taka, jak na ubiegłorocznym finale złotego kasku. Szkoda, bo zaproszenia podobno dotarły. W połowie oficjalnej części trochę się ożywiło, kiedy na śliską scenę weszli Władysław Komarnicki i prezydent Gorzowa Tadeusz Jędrzejczak. Konsternację wzbudził prezes idący na estradę. trzymając już w dłoni statuetkę. Najsampierw nasz prezydent odebrał wyróżnienie dla miasta Gorzowa za zmodernizowanie stadionu, który urósł do miana najbardziej reprezentacyjnych obiektów żużlowych na świecie. Następnie mikrofon przejął prezes Komarnicki i sam poprowadził fragment imprezy, prosząc na scenę dyrektora gorzowskiej Askany Bartka Pustuła, gdzie przy brawach podziękował za ogromne wsparcie. W końcu to Caelum Development.

Było też (chociaż przez chwilę) komicznie. Wyróżniony za poprowadzenie reprezentacji Polski do wyjątkowych triumfów, został Marek Cieślak. Prowadzący na jedną nutę redaktor, wyczytał Cieślaka, orkiestra zagrała dżingiel powitalny, a trenera nie ma. Zaginął. Goście rozglądają się po niedużej sali i nagle wpada zziajany "polewaczkowy" biegnąc na scenę. "Przepraszam za zamieszanie, ale kelner strasznie się dłubał". Wiara ryknęła śmiechem. Zapytany następnie o receptę na sukcesy, pan Mareczek oparł: "Sławek (Drabik) dobrze gada, że dwa litry na głowę", czym znów położył towarzystwo. Część nieoficjalna, gdzie scenariusza już nie było, dla odmiany się udała.

Cały wieczór niemal gorzowskiej reprezentacji towarzyszył wspomniany Cieślak, który co chwilę przytulał Golloba, prezesa Komarnickiego i był po prostu wesoły. Prezesi innych klubów z zaciekawieniem przyglądali się też, jak trener naszej reprezentacji żartował z prezydentem Tadeuszem Jędrzejczakiem. Obaj doskonale się znają. "Macie to szczęście, że wsparcie władz miasta jest duże i takie. prawdziwe"- usłyszałem od przedstawiciela jednego z klubów ekstraligi.

Szkoda, że tego wieczoru nie pojawił się nikt z zielonogórzan. Byłaby to okazja do rozmowy, bo osobiście odnoszę wrażenie, że nasi sąsiedzi jakby się odblokowali. Pozytywnie odebrałem sygnał w postaci gratulacyjnego listu prezesa Dowhana adresowanego do Władysława Komarnickiego. Pomimo tego, że na błędach, ale cieszę się, że prezes ZKŻ-u uczy się zwracać na siebie uwagę rzeczami pozytywnymi. Oby tak dalej! Zauważam też, że publiczna debata w naszym regionie na temat modernizacji stadionu w Zielonej, służy całej sprawie. Nie ma też niczego złego w tym, by wzorować się na wyróżnionych. Trochę żartem na koniec: uczcie się póki żyją mistrzowie!

*Jacek Dreczka - jest rzecznikiem Stali Gorzów