Sport.pl

Jeliński i KSSSE AZS PWSZ najlepsi! Wszystko, co naj, naj, naj w lubuskim sporcie 2008

?Gazetowa" akademia sportowa przyznaje dziś swoje Oskary! Wyczyny lubuskich zawodników, trenerów, organizatorów z minionego roku zasługują, byśmy wszyscy ?przeżyli to jeszcze raz". Zdarzyło się też trochę wpisanych w codzienność sportowca porażek, nasza dziennikarska kapituła z bólem serca wyłoniła te najbardziej bolesne i też ujęła w zestawie naj, naj, naj roku 2008.
Co nas cieszy najbardziej, sukcesy lubuskiego sportu nie zamykają się w lokalnym wymiarze. Nasi laureaci wygrywają w Polsce, Europie i w świecie. Dziękujemy i gratulujemy! Dzięki wam na łamach sportowych "Gazety" docierają do czytelników same ciekawe informacje.

Oto bohaterowie roku, których dziennikarze "Gazety" wybierali na drodze negocjacji, choć w kilku wypadkach byliśmy absolutnie zgodni:

Najlepszy sportowiec roku: MICHAŁ JELIŃSKI

"Świętość została zdeptana" - tak skomentował wyniki ogólnopolskiego plebiscytu Marek Kolbowicz, gdzie olimpijscy medaliści przegrali z Robertem Kubicą. W naszej "Gazecie" nie było żadnych wątpliwości. Przedstawiciele sportów motorowych nie mieli szans z Michałem Jelińskim, partnerem Kolbowicza z wioślarskiej czwórki podwójnej - osady Wielkiego Szlema. Wszystko zaczęło się parę lat temu, po igrzyskach w Atenach. Tam czwórka zajęła najgorsze dla każdego sportowca czwarte miejsce. Potrzebne były zmiany. Do łódki wsiedli gorzowianin Jeliński oraz Konrad Wasielewski. I Polacy zaczęli pływać jak z nut. Trzy tytuły mistrzów świata, nieoficjalny rekord świata i nagroda dla najpiękniej pływającej osady wioślarskiej naszego globu. - Wszystkie medale z mistrzostw świata nie będą nic warte bez tego z igrzysk - twierdził 29-latek Jeliński. - Tym bardziej, że światowych krążków kupili chyba na sto lat, tylko zmieniają napis. Złoto olimpijskie jest przepiękne, musimy je mieć.

To była piękna sierpniowa niedziela w Pekinie. Cały sportowy Gorzów płakał z Jelińskim na podium i to wcale nie jest tani tekst z brazylijskiej telenoweli. Nasz wioślarz wygrał nie tylko z rywalami, ale i z ciężką chorobą. Gdy wykryto u niego cukrzycę, codziennie musiał sobie robić siedem zastrzyków z insuliny. To ponad 2 tys. regularnych ukłuć w roku. Michała można stawiać za wzór nie tylko sportowy. W życiu prywatnym wioślarz odnosi sukcesy na rynkach finansowych, giełdach, stara się wspierać innych chorujących na cukrzycę. - Na pekińskim podium puściło całe napięcie, wygrałem przecież kilka życiowych, bardzo trudnych pojedynków. Ryczałem strasznie, ale co tam. Dla takich chwil, dla takich dni, warto żyć. Olimpijski medal naprawdę jest o wiele ładniejszy. Większy, oryginalny. Wzór medalu od 29 igrzysk jest taki sam, ale po raz pierwszy została wygrawerowana nazwa każdej wioślarskiej konkurencji, a więc czwórki podwójne zabrały swoje unikalne krążki. Tasiemka może trochę odbiega jakością, jeszcze w wiosce żartowali, że to chińska tandeta - wspominał Jeliński.

W tej chwili najlepszy gorzowski wioślarz - przejął pałeczkę od Tomasza Kucharskiego, który wygrywał na dwóch poprzednich igrzyskach - złożył dwie bardzo ważne deklaracje: nigdy nie ma zamiaru opuszczać AZS AWF, bo ludziom pracującym w tym klubie bardzo wiele zawdzięcza. Po drugie: chce nadal zwyciężać. Uwielbia to. Aż do igrzysk w Londynie.

Z laureatem konkurowali

Justyna Żurowska (koszykówka, KSSSE AZS PWSZ Gorzów). Serce gorzowskiej drużyny w drodze po brązowy medal. Gorzów nie jest dla niej tylko miejscem zarobku. Ostatnio namawiała zarząd klubu, aby mocniej wykorzystywać ją w marketingu, promocji zespołu, przez to można szybciej dogonić Kraków oraz Gdynię. Justyna mówi, że chce być dla KSSSE AZS PWSZ jak Michael Jordan, który przyszedł do Chicago Bulls, gdy klub podupadał, został tam na lata i poprowadził zespół do sześciu mistrzostw NBA.

Olimpijczycy: Roman Rynkiewicz (kajakarstwo, AZS AWF Gorzów), Marcin Horbacz (pięciobój ZKS Drzonków), Monika Rogien (zapasy, Orlęta Trzciel).

Emil Drozdowicz (piłka nożna, GKP Gorzów). Gra w gorzowskim GKP pół roku, a już nikt nie wyobraża sobie ataku naszego pierwszoligowca bez tego napastnika. "Drozda" jesienią strzelił osiem goli, połowę całego dorobku GKP. Wcześniej był królem strzelców w barwach Lechii Zielona Góra.

Najlepsza drużyna* roku: KOSZYKARKI GORZOWA oraz ŻUŻLOWCY ZIELONEJ GÓRY

*Tu mieliśmy duży spór. Stanęło na ugodzie i wyjątku. W tej kategorii przyznajemy dwie równorzędne nagrody.

Najpierw o koszykarkach. Medal w grach zespołowych, szczególnie w tych najpopularniejszych dyscyplinach (na świecie koszykówkę wyprzedza tylko piłka nożna) to niezwykle prestiżowa sprawa. W Polsce o podium z roku na rok jest trudniej. Poziom naszej żeńskiej ligi coraz bardziej doceniają w Europie, tutaj przyjeżdżają coraz głośniejsze koszykarskie nazwiska. Może dół ligi za bardzo do rozgrywek nie pasuje, ale góra jest naprawdę mocna.

W tym gronie swoją renomę od kilku lat buduje AZS PWSZ Gorzów. Przede wszystkim dzięki uczelni, miastu i Kostrzyńsko-Słubickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej oraz grupie sponsorów zespół bardzo szybko z roli beniaminka zmienił się w medalistę mistrzostw Polski. Gdzie tkwi tajemnica sukcesu? W systemie. W Gorzowie drużyny nie kupili. Zaczęli od bazy, nowoczesnej odnowy biologicznej, zajęli się konsekwentnym szkoleniem. Długo szczyciliśmy się tym, że w górę idziemy właściwie wyłącznie krajowym składem.

W końcu w sezonie 2007/08 dotarliśmy tam, gdzie nas nigdy nie było, zadebiutowaliśmy też na Starym Kontynencie w Pucharze Europy FIBA. Już w międzynarodowym składzie, bo tych najważniejszych celów nie da się doścignąć samymi Polkami. Wciąż jednak Gorzów to nie jest finansowy krezus. Kilka razy przygląda się każdej złotówce, nie może sobie pozwolić na testowanie koszykarek zagranicznych. Do sukcesów dąży dzięki wielkiej pracy wykonywanej na treningach (nie wszystkim zawodniczkom to odpowiada, dlatego już dla nas nie grają) oraz ambitnej postawie na boisku, gdzie gorzowski system święci naprawdę ważne triumfy. Ktoś ma wątpliwości? Niech przeanalizuje co stało się z brązowym składem KSSSE AZS PWSZ. Ile koszykarek, które wyrwały się z tego systemu, dalej odnosi sukcesy. Gorzów udowadnia wszystkim, że w grach drużynowych właśnie zespołowością można czasami zdziałać cuda. Za to należy się temu klubowi i zespołowi największy szacunek.

Mieliśmy wątpliwości, a jednak KSSSE AZS PWSZ zrobił mentalny krok naprzód, przekroczył budżetowy i transferowy Rubikon. Okazało się, że tort finansowy można podzielić trochę inaczej, dzięki temu sięgnąć po gwiazdy. Mierzyć jeszcze wyżej, w wielki finał ekstraklasy. Czy tam się znajdziemy to już zupełnie inne sprawa. Najważniejsze, że możemy sobie postawić najważniejsze cele, które budzą największe zainteresowanie i emocje. W ten sposób gorzowianki już świetnie pracują na tytuł drużyny roku także w następnym sezonie.

ZKŻ Kronopol Zielona Góra. Czy istnieje w naszym regionie dyscyplina sportu bardziej popularna niż żużel? Odpowiedź jest oczywista: takiej dyscypliny nie ma. Dlatego każdy sukces lubuskich żużlowców musi być świętem. A gdy po ten sukces sięga drużyna ligowa, to święto nabiera szczególnego wymiaru. W minionym roku słońce wreszcie zaświeciło na zespołem z Zielonej Góry. Wprawdzie do mistrzowskiego tytułu naszym żużlowcom sporo zabrakło, ale brązowy medal po sezonie, który upłynął pod znakiem wzlotów i upadków należy uznać za sukces. Sukces, na który kibice "Falubazu" czekali aż 17 lat. Tyle czasu minęło od ostatniego w lidze medalu zdobytego przez naszych żużlowców.

Czy medal ZKŻ Kronopol to zaskoczenie? Niektórzy uważają, że to największa niespodzianka sezonu 2008. Inni z kolei twierdzą, że osiągnięcie to nie powinno dziwić, wszak przez kilka ostatnich lat w Zielonej Górze krok po kroku budowany był zespół na miarę ekstraligowych sukcesów. Rację należy chyba przyznać tym drugim. Zresztą zielonogórscy żużlowcy od początku rozgrywek wierzyli w swoją moc. Nie tak, jak przed poprzednim sezonem, kiedy zgodnie twierdzili, że ich celem jest utrzymanie miejsca w ekstralidze. Teraz było inaczej. - Naszą siłą będzie wyrównany skład, dlatego jeśli zachowamy spokój, a wokół drużyny nie będzie negatywnych emocji, to dojedziemy do medalu - mówił nowy zawodnik ZKŻ Kronopol Rafał Dobrucki. Zatrudnienie "Rafiego" było strzałem w dziesiątkę. I choć zawodnika nękały kontuzje, to nie można umniejszać jego roli w walce o medal. Pamiętacie, jak w derbowych pojedynkach Rafał "rozstawiał" po torze asów drużyny przeciwnej?

Sukces zielonogórskich żużlowców nabiera wartości, jeśli weźmiemy pod uwagę wspomniane przez Rafała Dobruckiego negatywne emocje, które jednak nie ominęły zespołu. Było tak za sprawa przede wszystkim zawodników zagranicznych, którzy na początku sezonu "kaleczyli" jak nigdy dotąd, a drużyna przegrywała. Udało im się jednak przezwyciężyć kryzys i w końcówce rozgrywek byli już silnymi punktami "brązowego" teamu. Czy oni i pozostali nasi żużlowcy znów będą w stanie wspiąć się na ekstraligowe podium? Taki stawiają sobie cel przed sezonem 2009. Wierzymy, że się uda.

Z laureatami konkurowali

Piłkarze nożni GKP Gorzów. Powrót po kilkunastu latach naszej drużyny piłkarskiej na zaplecze ekstraklasy był w Gorzowie wielkim wydarzeniem. Także kibice, co mecz zapełniając całe trybuny - już w trzeciej lidze na Olimpijską przychodziło po kilka tysięcy widzów - pokazali, że na futbol na wysokim poziomie jest u nas duże zapotrzebowanie. Teraz trzeba spełnić zadanie postawione piłkarzom i nowemu trenerowi Mieczysławowi Broniszewskiego przez sponsora i prezesa Sylwestra Komisarka - zadomowić się w nowej pierwszej lidze na dłużej.

Piłkarze ręczni AZS AWF Gorzów. To była jedna z najmilszych niespodzianek ubiegłego roku. Cieszyła podwójnie, bo po latach odzyskaliśmy ekstraklasę piłkarzy ręcznych przede wszystkim swoimi wychowankami. Szczypiorniści mają teraz tą samą misję co piłkarze nożni - obronić miejsce w elicie. Ten zespół już wielokrotnie w najtrudniejszych momentach pokazywał gorzowski charakter. Wierzymy, że tak samo będzie i tym razem.

Najlepszy trener roku: DARIUSZ MACIEJEWSKI

Gdy tylko było okazja na odbudowę koszykówki w jego rodzinnym mieście, natychmiast w 2000 r. wrócił do Gorzowa. - Możecie mi nie wierzyć, ale dla mnie zwycięstwo w pierwszej lidze w domu smakuje trzy razy lepiej niż medal gdzie indziej - zarzekał się dziś niespełna 45-letni Dariusz Maciejewski. - Może i odrzuciłem parę intratnych ofert, nie tylko w Polsce. Nikt mi jednak nie odbierze tych lat, gdy było mi dane uczestniczyć w rozwoju basketu w miejscu najbliższym mojemu sercu.

Z zaplecza ekstraklasy do brązowego medalu w ostatnim sezonie - taką drogę Maciejewski przebył w Gorzowie. Jaki to jest trener? Najwięcej dała mu szkoła rosyjska i studia w Moskwie. Próbując dostać się do jego zespołu musisz mieć charakter i podporządkować się filozofii gry, opartej na twardej obronie, błyskawicznych kontrach wyprowadzanych nawet po straconym koszu oraz żelaznej taktyce w ataku pozycyjnym (gorzowianki mają w arsenale kilkadziesiąt gier do wykorzystania w różnych sytuacjach boiskowych).

Maciejewski to nie tylko koszykówka i sam zespół. Strasznie przejmuje się losami klubu, stara się brać udział we wszystkich innych przedsięwzięciach związanych z rozwojem gorzowskiego AZS PWSZ. Cały czas uczy się nowoczesnego basketu i zarządzania klubem. Rozbudował swój sztab trenerski, próbuje namówić innych nakręconych na koszykówkę na tworzenie profesjonalnej firmy, w ramach której łatwiej będzie gonić samą czołówkę.

Maciejewski trenerem spełnionym? Według nas na pewno jeszcze nie. Przed nim wielki finał polskiej ligi z udziałem Gorzowa, poprowadzenie kiedyś w barwach AZS PWSZ największych gwiazd koszykówki oraz awans i gra z reprezentacją Polski seniorek na mistrzostwach Europy, świata oraz igrzyskach olimpijskich. Zbyt ambitnie? We współczesnym sporcie wygrywają tylko ci, którzy sięgają nawet po misje niewykonalne.

Z laureatem konkurowali

Jacek Nowak (pływanie, MKP Słowianka)

Jacek Miciul (pływanie, Korner Zielona Góra)

Największa nadzieja na wielkie sukcesy: RADOSŁAW KAWĘCKI

Cztery lata temu w drzwiach zielonogórskiego klubu pływackiego pierwszy raz pojawił się senior Kawęcki i przywiózł z Głogowa swojego syna - 13-letniego pływaka, o którym tak na dobrą sprawę nikt w pływackiej Polsce nie słyszał. Radek klasyfikowany był bowiem na 45. pozycji w swoim roczniku.

Bardzo wiele się zmieniło przez te cztery lata, a o Radosławie Kawęckim usłyszeli już wszyscy. Gazetowe tytuły na wiele sposobów wychwalały rekordowo-medalowe starty pływaka Kornera (wcześniej Novity) Zielona Góra. Sęk w tym, że Kawęcki dopiero się rozkręca. Miniony rok utwierdził nas w przekonaniu, że sprawą i osobą tego zawodnika ziszczą się marzenia o wielkich międzynarodowych sukcesach zielonogórskiego pływania.

Już jako 16-latek zielonogórski pływak bił rekordy swoich starszych kolegów, a w tym roku stanął na podium mistrzostw świata juniorów i pewnie sam nie potrafi zliczyć, ile razy rozprawił się z najlepszymi w kraju czasami na różnych dystansach stylem grzbietowym. Nagła choroba z 39-stopniową gorączką stanęła na przeszkodzie, by Kawęcki zwieńczył udany rok sukcesem na mistrzostwach Europy w Rijece.

Jacek Miciul, klubowy trener naszego laureata, nie ma wątpliwości: - Dla Radka nie ma rzeczy niemożliwych. Chłopak jeszcze rośnie, dlatego nie ma jakiejś mocnej postury, ale na to i cięższą pracę na siłowni przyjdzie czas. Podpatrujemy wielkiego Michaela Phelpsa, jego pływanie w wodzie, naśladujemy i już mamy tego efekty. Uważam, że dla mojego zawodnika nie ma żadnych czasowych granic. On ma celować w złoto olimpijskie w Londynie i ciężko pracować. Jestem pewien, że tam lubuskie pływanie będzie z nim święcić wielkie chwile - ocenił. I na pewno nie jest w tej krzepiącej opinii stronniczy. Zdarzyło się bowiem w tym roku, że na zimowe mistrzostwa Polski seniorów do Gorzowa nie przyjechały największe seniorskie gwiazdy polskiego pływania. - Czas się jednak nie zatrzymał, tak to już jest w sporcie, że lukę po najlepszych natychmiast próbują wypełnić młodzi gniewni - mówił trener kadry Paweł Słomiński. - W Gorzowie robią ważny początek, przecież właśnie zaczynamy nowe czterolecie do kolejnych igrzysk w Londynie. Na pewno rekordowo szybko będą pływać tutaj ci, którzy chcą reprezentować nasz kraj właśnie na tej wielkiej imprezie.

Na samej górze swojej listy Słomiński zapisał 17-letniego grzbiecistę z Kornera Zielona Góra. Bo na swoim koronnym dystansie 200 m Kawęcki pierwszy rekord kraju na 25-metrowym basenie trzasnął w eliminacjach, w finale urwał kolejne części sekundy. Wygrał z wynikiem 1.54,10. - Pewnie gdybym wszedł trzeci raz do wody, to padłaby kolejna granica - nieśmiało stwierdził nasz pływak.

Jesteśmy pełni uznania. Przyszłość należy do Radosława Kawęckiego!

Z laureatem konkurowali

Mirela Olczak (pływanie, MKP Słowianka Gorzów). Może czasy jeszcze nie te, ale gdy 15-latka zdobywa cztery medale mistrzostw Polski seniorów, a wcześniej na mistrzostwach Europy też jest dwukrotnie złota oraz bije dziewięcioletni młodzieżowy rekord już legendarnej Otylii Jędrzejczak to musi być naszą nadzieją na najbliższe igrzyska olimpijskie w Londynie.

Agnieszka Kaczmarczyk (koszykówka, KSSSE AZS PWSZ). Rok temu głównie mecze młodzieżowe. W ekstraklasie 18 spotkań, a w nich 211 minut. Minął rok, a 19-latka ma już zaliczone wszystkie pojedynki w Pucharze Europy FIBA, a w połowie sezonu 16 meczów w lidze (pięć w pierwszej piątce) i 366 min spędzonych na boiskach. Agnieszka właśnie pojechała na pierwsze w życiu zgrupowanie kadry narodowej seniorek i znając jej mentalność zwycięzcy jesteśmy pewni, że nie daje się w Zakopanem starszym koleżankom. Byłoby wspaniale, gdyby tak jak Justyna Żurowska, czy Katarzyna Czubak stała się na lata ikoną gorzowskiej koszykówki.

Wicemistrzynie Polski juniorek starszych w koszykówce. Szkolenie w AZS PWSZ przynosi znakomite efekty. Podopieczne trenera Roberta Pieczyraka od lat nie schodzą z podium w kategoriach 18- i 20-latek. Tam spokojnie możemy szukać perełek, które mocno zaistnieją w dorosłej koszykówce.

Najmłodsi wychowankowie AZS AWF Gorzów, którzy wraz ze starszymi szczypiornistami gorzowskimi poprowadzili zespół do elity. Nikt w ekstraklasie nie ma tylu zawodników z roczników 1986, 1987, 1988, 1989. Większość z nich to chłopacy z Gorzowa. Oni są przyszłością AZS AWF.

Grzegorz Zengota (żużel, ZKŻ Kronopol Zielona Góra), Joanna Łochowska (podnoszenie ciężarów, UKS Zielona Góra), Michał Kojder i Adrian Jeremicz (piłkarze Lechii UKP Zielona Góra), Paweł Fertikowski (tenis stołowy, ZKS Drzonków), Paweł Tomczak (kick-boxing, Fight Club Zielona Góra).

Najlepsza impreza roku: ZIELONOGÓRSKIE GRAND PRIX MTB i PIEKŁO PRZYTOKU

Każdy mógł się poczuć... może nie prawie jak Lance Armstrong, ale prawie jak Maja Włoszczowska to już na pewno! Byli zielonogórscy kolarze oraz pasjonaci rowerowych wypraw zebrali się w Ognisko TKKF Cyklomaniak i przygotowali wspaniałą ofertę dla tych, którzy lubią kręcić, kręcić na rowerach górskich naturalnie. Żeby wszystkim uczestnikom zabawy było raźniej i weselej, cyklomaniacy szukali sponsorów na nagrody, wymyślali nowe formuły wyścigów i klasyfikacje, a amatorskie wyścigi ubierali w profesjonalne gadżety. Z numerem startowym na rowerze, w barwach teamu, z chipem do pomiaru czasu, na pomoście startowym do indywidualnej jazdy na czas każdy "leszcz" mógł się poczuć zawodowcem

Nisko się kłaniamy przed przed organizatorami Zielonogórskiego Grand Prix MTB z prezesem (niestety już byłym prezesem) Mirosławem Pyszczkiem na czele, bo działali społecznie i kradli własny czas, żeby nam zielonogórzanom zapewnić rozrywkę.

Niedzielne kręcenie na ścieżkach Wzgórz Piastowskich chwyciło. Każda impreza gromadziła średnio przeszło setkę startujących. W połowie stawki premierowego wyścigu z 2007 r. finiszował wycieńczony dziennikarz "Gazety", oddelegowany do napisania relacji

W 2008 r., czyli drugim w historii Grand Prix liczba imprez w cyklu się zmniejszyła. Ale za to pojawił pomysł na zielonogórski odpowiednik głośnego w świecie zawodowych kolarzy klasyka Paryż -Roubaix. U nas próbę twardości kolarskich charakterów stanowiły kocie łby na trasie Piekła Przytoku. A po tym na pięć niedziel amatorzy wrócili na dobrze znane ścieżki leśne i ścigali się, startując i finiszując przy kąpielisku w Ochli.

Na przekór wiadomościom o upadku tej imprezy i rezygnacji jej organizatorów uznaliśmy cykl Grand Prix MTB wraz z Piekłem Przytoku za najlepszą imprezę roku. A nie możemy pozwolić, żeby najlepsza impreza rozsypała się po ledwie dwóch latach istnienia! Rozumiemy, że organizatorzy poczuli się zmęczeni. Ich dzieło powinien więc przejąć MOSiR, w którego działalność wpisuje się organizowanie imprez dla amatorów sportu i rekreacji.

Z laureatką konkurowały:

Memoriał Edwarda Jancarza. Obsada prosto Grand Prix, pełne trybuny, wspaniała oprawa - tak pięknie na żużlowym turnieju poświęconym Edwardowi Jancarzowi nie było w Gorzowie już dawno. Trzeci raz z rzędu wygrał Jason Crump, ale plastronu Caelum Stali nie założył.

Zimowe mistrzostwa Polski w pływaniu. Trudno już wyobrazić sobie grudzień bez pływania na najwyższym poziomie w gorzowskiej Słowiance. Prócz rekordów gości z całego kraju zachwyca jeszcze jedno zjawisko - zawsze pełne trybuny. To dodaje tej imprezie dodatkowego prestiżu.

Wizyta w hali PWSZ koszykarek Dynamo Moskwa. Akcje KSSSE AZS PWSZ idą w górę, zaczynają do nas przyjeżdżać na mecze koszykarskie legendy. Na boisku nie daliśmy rosyjskiemu rywalowi rady. Podczas rewanżu w Moskwie rywale chwalili się, że w ich lidze wielu przeciwników wydaje zawodniczkom miliony dolarów. W Dynamie najwyższe kontrakty wynoszą 500 tys. dolarów. Na Rosję to podobno mało, ale w reszcie koszykarskiej Europy nikt tyle paniom nie płaci...

Turniej z okazji 10-lecia UKP Zielona Góra.

Najbardziej imponujący obiekt, który odsłanialiśmy w minionym roku: STADION IM. EDWARDA JANCARZA W GORZOWIE

Kosztował prawie 20 mln zł, ale naprawdę było warto, bo to w tej chwili jeden z najpiękniejszych stadionów w Europie, a z tych stworzonych specjalnie dla żużla - pewnie i na świecie. Największe wrażenie na fanach, którzy pierwszy raz odwiedzają gorzowski obiekt robi zupełnie nowa, w pełni zadaszona, efektownie oświetlona wysoka trybuna. "Komarówka" - tak nazwali ją kibice Stali. Wszyscy kibice na stadionie w tej chwili mogą usiąść na plastikowych, ponumerowanych siedziskach. Także trybuny przy starcie są zadaszone. Rozbudowana została również wieżyczka. Po prostu pełen wypas. Inwestycja sportowa, której w Gorzowie nie mieliśmy przez lata.

W tej chwili wdrażana jest ostatnia część zintegrowanego systemu sprzedaży biletów i kontroli dostępu dla stadionu żużlowego w Gorzowie - sprzedaż biletów przez internet. W tym momencie obsługa obiektu przy Śląskiej będzie godna najlepszych europejskich wzorców. Chcemy na stadionie im. Edwarda Jancarza organizować największe imprezy żużlowe i artystyczne. Aby jednak już nigdy nie wstydzić się przed nikim, ten obiekt potrzebuje jeszcze dwóch ważnych poprawek.

Gorzowski klub na każdym kroku powtarza, że to ogródek Ośrodka Sportu i Rekreacji - zarządcy stadionu. My od początku problemów apelujemy, aby zupełnie komfortowe warunki dla kibiców jak najszybciej stworzyli wszyscy, którym zależy na pięknym widowisku - i organizatorzy imprez i zarządca obiektu. O co chodzi? O nieszczęsne wejścia na stadion. W tej chwili i 5 tys. fanów zupełnie paraliżuje przepustowość tzw. kołowrotków, a przecież miejsc na trybunach jest o wiele więcej. Przyszły derby, trzeba było otworzyć boczną bramę i tam po staremu przedzierać bilety, bo inaczej doszłoby do rękoczynów. Matematyka jest jedna: gdy na niewiele większym stadionie Wisły Kraków kołowrotków jest 60, a u nas, tych naprawdę używanych - osiem to szybko przepuścić przez nie wszystkich chętnych nie ma żadnych szans. Poprawmy to jeszcze przed nowym sezonem! Przecież chcemy jechać o medal, a wtedy stadion zawsze będzie pełny.

I druga sprawa, a właściwie druga wysoka trybuna. Jej powstanie to byłoby naprawdę coś wielkiego. Trzeba jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nas na to stać. Jeśli tak to trzeba budować. Wtedy nie pobije nas nawet zupełnie nowy stadion w Toruniu, bo w Gorzowie będziemy już mieli swój obiekt marzeń.

Z laureatem próbowała konkurować

Nowa hala dla tenisa stołowego w Gorzowie. Dr Ryszard Kulczycki przez prawie 50 lat rozkładał stoły do tenisa stołowego w kilkudziesięciu miejscach. Dziś wreszcie jest na swoim. Jeszcze każe się szczypać, bo wciąż nie wierzy, że to prawda. Za 2 mln zł na potrzeby Gorzovii został zaadoptowany zabytkowy budynek w Łaźni Miejskiej w samym centrum Gorzowa. Nowy obiekt wygląda niesamowicie. Nie wstyd zaprosić tutaj na zgrupowanie nawet reprezentację Polski.

W Lubuskiem modernizowane były także stadion piłkarski w Gorzowie i żużlowy w Zielonej Górze. Inwestycją roku był jednak zdecydowanie zupełnie zmieniony obiekt im. Edwarda Jancarza.

Największa porażka roku: KOSZYKARZE Z ZIELONEJ GÓRY

Minęło dziewięć miesięcy, ale jeszcze dziś ciężko w to uwierzyć, a i krew się gotuje na wspomnienie totalnej klapy, którą poniosła drużyna stworzona po to, żeby odnieść wielkie zwycięstwo i przywrócić zielonogórskiej koszykówce należne i ogromnie wyczekiwane miejsce w ekstraklasie.

Na zapleczu elity team Wiecko Zastalu Zielona Góra uchodził za plejadę koszykarskich hesrosów. Budował tasiemcową serię zwycięstw w sezonie zasadniczym. I zdawało się, że na tym poziomie rozgrywek jest wszechmocny, przejdzie więc przez fazę play-off ze swobodą i hollywoodzkim uśmiechem triumfu. Tymczasem stało się coś niemożliwego. Plejada zastalowskich herosów przepadła już w pierwszej poważnej próbie. I została ograna przez zespół, który dostał się do play-off z ósmej lokaty.

Jak do tego doszło?

- Im bliżej było końca rozgrywek, tym graliśmy gorzej. Na początku bardzo dobrze, potem już tylko gorzej. Bezsensownie biliśmy rekordy zwycięstw w sezonie zasadniczym. Dziś możemy sobie to powiesić na ścianie, choć wątpliwa to ozdoba. Każdy mecz graliśmy na 200 proc., a tak się nie da przejść przez cały sezon. Raz któryś z zawodników zwrócił uwagę, że najważniejszy jest play-off. Trener uciął dyskusję stwierdzeniem, że nie chce słyszeć więcej podobnych argumentów, bo każdy najbliższy mecz ma być dla nas tym najważniejszym. Ja się mogę zgodzić z takim podejściem, ale materiał ludzi był znany i zasady awansu też. Nie byliśmy zespołem 20-latków. Może należało trochę wyluzować, dać temu czy innemu odpocząć, żeby był wypoczęty na play-off. To nie jest przypadek, że wszyscy najważniejsi gracze w jednym czasie stanęli. - opowiadał lider zielonogórskiego zespołu Paweł Szcześniak.

- Mam wrażenie, że zespół ze Stalowej Woli wydobył sam z siebie taką wewnętrzną zażartość, której my nie byliśmy w stanie się doprosić u naszych graczy. Wszystko było jak na etacie - przychodzili na treningi, wykonywali polecenia. Może trzeba było wykrzesać coś więcej - rozważał prezes klubu Rafał Czarkowski.

- Nie mogę zrozumieć, jak zespół, który, gdy była atmosfera, rozwalał jednego rywala za drugim, trzy z rzędu razy został pokonany przez kilku chłopaków ze Stalowej Woli - ubolewał tytularny sponsor zespołu Mieczysław Więckowicz.

- To, co się stało, nie mogło się stać. Ale jednak się stało. Nie zrobiliśmy chyba użytku z naszej długiej ławki. Wychodzi na to, że to my nie wytrzymaliśmy tej serii. Nie wiem... Nie da się powiedzieć nic dobrego i mądrego na ten temat. To jest piękno i tragedia tego sportu, z tym że dla nas tragedia - komentował kluczowy gracz podkoszowy naszej drużyny Paweł Kowlaczuk.

- Może jest moją winą, że nie wykrystalizowałem 6-7 zawodników, którzy zawsze musieliby dźwigać ciężar odpowiedzialności. I wiedzieć, że to od nich wszystko zależy, reszta zaś daje im tylko chwile wytchnienia. Może nie powinniśmy wmawiać sobie, że zbudowaliśmy skład w oparciu o ekstraligowców, lecz spojrzeć prawdzie w oczy, że mamy u siebie ludzi, którzy z ekstraligi już odpadli. Może nie powinniśmy w trakcie sezonu burzyć grupy, która dobrze funkcjonowała. Można mnożyć wątpliwe kwestie. I ja to robię. Jednak nie po to, żeby wytłumaczyć się w gazecie, ale by znaleźć odpowiedź dla siebie samego - głowił się trener najbardziej przegranego teamu Tadeusz Aleksandrowicz.

"Gazeta" komentowała na gorąco: Nie wolno nam kupić i lansować tłumaczenia w rodzaju, że taki jest sport. Mieliśmy mieć przecież profesjonalny zespół - zawodników i trenera. Profesjonaliści niech nawet nie próbują się wykpić banałami o niespodziankach, które są obecne w sporcie. Mogliśmy przegrać ze stalówką raz, dwa razy. Ale nie mogliśmy przegrać trzech spotkań pod rząd. Skoro tak się stało, znaczy, że mieliśmy do czynienia z cudem albo nasza drużyna zawaliła sprawę i ponosi za to odpowiedzialność. Obyło się chyba bez cudu, a więc jednak klapa.

Dziś musimy dodać do tamtego komentarza: Największa klapa roku panowie!

Z "laureatem" konkurowali:

Brak Tomasza Kucharskiego na igrzyskach. Były dwa mistrzowskie tytuły, dwójka podwójna wagi lekkiej już przeszła do historii wioślarstwa. Gorzowianin Tomasz Kucharski i bydgoszczanin Robert Sycz jeszcze raz chcieli poczuć adrenalinę igrzysk. Nie udało się. I już się nie uda. "Kucharz" zakończył karierę i teraz stara się zaszczepić mentalność zwycięzcy wioślarskiej młodzieży trenującej w AZS AWF.

Jak Paweł Hlib trwoni talent. 9 września 2007 r. z kontuzją wychowanek Stali Gorzów został trzecim juniorem świata na żużlu. Przed nim byli tylko Rosjanin Emil Sajfutdinow oraz Australijczyk Chris Holder. Pierwszy jest już stałym uczestnikiem cyklu Grand Prix, drugi był bohaterem finałów ekstraligi w Polsce. A Hlib? Zimą brał udział w bójce w nocnym klubie, sezon miał fatalny, spowodował też wypadek samochodowy. Mówił nawet o zakończeniu kariery. Teraz chce się odrodzić w Poznaniu. Nam się zdaje, że Hlib najpierw powinien odrodzić się we własnej głowie.

Najbardziej nam żal, że z lubuskiego sportu wycofał się: TOMASZ REDZIMSKI

Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że Tomasz Redzimski to taki Andrzej Huszcza zielonogórskiego tenisa stołowego. Bo kiedy Huszcza - ikona zielonogórskiego żużla - ogłosił koniec kariery, ciężko było oswoić się z nową sytuacją. Podobne odczucia mieliśmy, gdy w połowie roku "Redzim" oznajmił: - Kończę z grą, odchodzę z Zielonej Góry.

Trudno było w to uwierzyć, a jeszcze trudniej przyzwyczaić się do tego, że Tomasz Redzimski nie czaruje już nas swoją grą. 33-letni reprezentant Zielonogórskiego Klubu Sportowego, od kilku lat trener młodych pingpongistów, postanowił, że nie zagra już nigdzie. - Nie byłem w stanie reprezentować odpowiednio wysokiego poziomu, do którego przez wiele lat się przyzwyczaiłem, akceptowanie tej sytuacji przychodziło mi z ogromnym trudem - mówił "Redzim".

Ale człowiekowi, który 20 lat spędził przy pingpongowych stołach natura nie pozwoliła zerwać z ukochaną dyscypliną sportu. Zawodnik, który miał wielki wkład w niemal wszystkie sukcesy zielonogórskiego klubu, teraz jest odpowiedzialny za to, by z drogi usłanej wyłącznie sukcesami nie zszedł najlepszy zespół w kraju. Od kilku miesięcy jest trenerem drużyny z Grodziska Mazowieckiego. Jego ekipa podbijają Europę, w rozgrywkach Ligi Mistrzów jest niepokonana. - Przyszła pora zastanowić się nad tym, co mogę robić jeszcze na wysokim poziomie - stwierdził Tomasz Redzimski. - I jeśli miałem do wyboru z jednej strony podjęcie pracy z mistrzem Polski i rywalizację z najlepszymi w Europie, a z drugiej swoją sportową degradację, to nikogo nie powinno dziwić to, że wybrałem pracę trenerską na najwyższym krajowym poziomie.

Czy do tej straty musiało dojść? Czy Tomasz Redzimski nie mógł dalej pracować z zielonogórskimi pingpongistami? - Miałem propozycję dalszej współpracy z zielonogórskim klubem, ale wtedy, kiedy musiałem podjąć decyzję o swoim losie, w ZKS było za wcześnie, by rozmawiać o konkretach - powiedział "Redzim". - Oczywiście nie zapominam o przeszłości. Dzięki osobom, z którymi współpracowałem, dziś otworzyły się przede mną nowe możliwości. Mam nadzieję, że kiedyś tu wrócę. Wtedy będę już o kilka, albo kilkadziesiąt siwych włosów starszy. I pewnie mądrzejszy.

Z laureatem konkurowali:

Agnieszki Szott, koszykarka z Gorzowa. Chcielibyśmy krzyknąć: i po co Ci to było! W KSSSE AZS PWSZ była gwiazdą, na którą chuchano i dmuchano, ale koniecznie chciała spróbować czegoś innego. I od kwietnia do dzisiaj nie zagrała żadnego ważnego spotkania. Jeden z największych polskich koszykarskich talentów znów leczył kontuzję. "Pysia" szybko wróciła z Izraela, gdzie nawet nie zdążyła zadebiutować. Teraz ma występować w Toruniu. I niech już będzie zdrowa, bo w końcu to przecież nasza wychowanka.

Paweł Szcześniak, koszykarz z Zielonej Góry. Nie tak miał wyglądać koniec kariery najlepszego wychowanka Zastalu ostatnich lat.

Łukasz Czapla, strzelec z Zielonej Góry. Choć pochodzi z Karkowa, to chciał zostać zielonogórzaninem, o ile jednak miasto załatwiłoby mu mieszkanie. Władze miasta odpowiedziały: To już nie te czasy.

Największa kaszanka roku: WYNIKI ŻUŻLOWYCH DERBÓW I UKŁAD TABELI EKSTRALIGI W KONTEKŚCIE ZAPOWIEDZI "DWA RAZY WPIEPRZ I OCZKO WYŻEJ"

Król polowania z mocno zabarwionych i pełnych emocji wypowiedzi słynie nie tylko nad Wartą. To właśnie Władysław Komarnicki, niczym specjalista od motywacji najwyższych lotów, wymyślił podczas show w Askanie zadanie dla Rune Holty i Petera Karlssona. - Dwa razy wpieprz naszym przyjaciołom z południa i w tabeli oczko wyżej - wykrzyczał w obecności ponad tysiąca fanów, ale jakby zapomniał o tym, że razem z kibicami i prezesem na tej imprezie są także dziennikarze przygotowujący relacje z podpisania kontraktów. Powiedzmy wprost: taka deklaracja do publicznego ogłoszenia się po prostu nie nadawała. Bo przecież tu w Gorzowie i Zielonej Górze, niewiele trzeba, aby rozpętać burzę. Dla derbowej otoczki jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest zawsze tonowanie nastrojów... Trafiły gromy w prezesa, oj trafiły. A on sam starał się subtelnie wycofywać z tych słów. Zapewniał, że żartował. Ale na "kaszanę" zasłużył, jak nikt inny w tym roku. I w naszej ocenie była to kandydatura bezkonkurencyjna.

Największą "kaszaną" była tu realizacja samego zadania przez gorzowską drużynę. Według misternego planu szefa Stali to Gorzów miał Zieloną Górę zbić na kwaśne jabłko. Jednak to ZKŻ dwa razy się cieszył z derbowego zwycięstwa. Prezesowi i kibicom żółto-niebieskich pozostało jedynie... kwaśne jabłko. Falubazowi nie dało się dać "wpieprz" ani razu. A co z "oczkiem wyżej"? Tu też w gorzowskim przypadku zupełnie nie wyszło. Stal długo była wyżej od zielonogórzan, ale na samym finiszu jakby gorzowianom zabrakło tchu. Zaczęło się od drugiego "wpieprz" od chłopaków z Wrocławskiej już na Śląskiej, później na dokładkę zraniony tygrys padł we Wrocławiu. W decydującej fazie Gorzów nie był w stanie przeskoczyć Torunia (późniejszego mistrza). A Zielona Góra, rozkręcona z elementami sportowego szczęścia, wzięła brąz. Efekt - trzy "oczka niżej".

Za siedem dużych baniek Stal w pierwszym roku w ekstraklasie po bolesnej banicji wywalczyła szóste miejsce. Mówimy: beniaminek - myślimy: wynik dobry, bo Stal utrzymała się pewnie. Ale gdy mówimy: siedem milionów złotych - myślimy: za tyle, to czwórka być powinna. Czekamy na drugi sezon w elicie tak, jak fani w Gorzowie. Z większymi nadziejami, bo przecież w Stali kilka słabych ogniw prezes Komarnicki wymienił. Co się stanie, gdy za 15 milionów w dwa lata nie będzie ekstraligowej czwórki dla żużlowców z Gorzowa? Wtedy przyznamy niemniej zaszczytny tytuł bezkonkurencyjnej "Grand kaszany roku".