Jacek Dreczka: Synowska manipulacja

Miło jest spotkać kibiców żużla w Gorzowie, czy Poznaniu, którzy podchodzą, przedstawiają się i pytają, dzielą spostrzeżeniami i pomysłami. Zdarza się, że uwagi są krytyczne i jeśli tylko konstruktywne, to dużo wnoszą. Sam bardzo lubiłem spoglądać na oklejone busy żużlowców, spotykać na swojej kibicowskiej drodze osoby związane z klubem, których znałem ze stadionów czy mediów. W Gorzowie często słyszę pytanie "Czy Zagar, Okoniewski i Ruud są faktycznie wzmocnieniami naszej Stali?". Odpowiadam stanowczo: tak!
Problem dzisiejszego zawodowego żużla zasadza się na niedoborze solidnych (najlepiej polskich) żużlowców. Ci, którzy pozostali wciągnęli się w nakręcającą spiralę finansowych szaleństw postępując w myśl zasady "jak dają to trza brać". Zarząd Stali głównie wysiłkami Władysława Komarnickiego przeprowadził szereg rozmów z takimi żużlowcami jak m.in. Hampel, Kasprzak, Bjerre czy Kołodziej. Żądania finansowe tychże były tak wyśrubowane, że przy obecnych już w Stali Gollobie, Holcie i Karlssonie, pozostały niemożliwe do spełnienia. Taki to już los współczesnego speedway'a. Ja, obecny stan rzeczy tłumaczę kompletnie rozstrojonymi relacjami pomiędzy prezesami ekstraligowych klubów oraz otwarciem naszego podwórka na juniorów zza granicy.

Zasada jest prosta. Klub, który chce zrobić wynik szuka sponsorów. Firma położy pieniądze, ale na określony produkt. Kibice za pośrednictwem mediów dowiadują się, że jest kasa, więc musi być wynik. By osiągnąć sukces niezbędni są solidni zawodnicy, a tych na rynku jest tyle, co kot napłakał. Co więc się dzieje? Szukamy kolejnych sponsorów, oczekiwania jeszcze wzrastają, a żużlowcy sobie licytują. Współczuję dziś szczególnie działaczom z Gdańska, którzy na tę chwilę mają w kadrze seniorskiej Zetterstroema, Gafurova i Kronera. Przypominam, że przed sezonem 2008 nasza Stal też była beniaminkiem, a sytuacja na rynku niemal identyczna.

Czytając niedawno wywiad z Pawłem Hlibem na łamach jednego z żużlowych portali odniosłem wrażenie, że słowa, pod którymi się podpisał marnotrawny syn, inspirowane są przez kogoś zupełnie innego. Rażący brak konsekwencji wypowiadanych zdań i nad wyraz niespotykana wcześniej elokwencja. Zastanawiające jest też, że zawodnik po zakończeniu beznadziejnego sezonu w swoim wykonaniu zaczyna kwestionować swój kontrakt ze Stalą z prawnego punktu widzenia. Szkoda, że Paweł, którego ciągle szanuję i uznaję za talent, daje sobą manipulować.

Wołająca o pomstę do nieba prowokacja, obnażyła się w czwartkowym felietonie na łamach "Gazety". Mam prośbę do pana Synowca, by nie używał Pawła jako narzędzia do prowadzenia nieustannej wojny z obecnym Zarządem. Hlipkowi potrzeba menadżera, który poszuka mu klubu w pierwszej lidze i pomoże odbudować. Czy naprawdę dążymy do tego, by odgrzebywać wszelkie wybryki Pawła? Nie ma w Stali osoby, która nie chciałaby, aby ścigał się dla Gorzowa. Jeżeli wyraża on chęć jazdy przy Śląskiej, to pytam dlaczego przez cały sezon nie chciał przyjść na żadną konferencję prasową? Dlaczego Paweł unikał Roberta Gorbata i dziwnym trafem stał w korkach, gdy z pełną salą dziennikarzy czekaliśmy na niego? Musieliśmy jako Klub tłumaczyć zawodnika, że znowu nie może (nie chce) odpowiadać na pytania żurnalistów, choć nawet zapis w kontrakcie go do tego obligował. Nikt nie liczy nawet pieniędzy straconych na jazdę Hlipka w zeszłym sezonie, bo nie można tego tak przekładać. Jeżeli Paweł Hlib nie potrafi powiedzieć "dziękuję", "postaram się", czy "przepraszam", to o czym mamy rozmawiać? Choć to coraz bardziej odległa perspektywa, to życzę Pawłowi by odzyskał motywację i był konsekwentny. Trzymam kciuki!

*Jacek Dreczka - jest rzecznikiem Stali Gorzów oraz prowadzi spikerkę na stadionach w Gorzowie i Poznaniu