Przerwijcie łódzką koszykarską serię!

Do tej pory do znudzenia musieliśmy powtarzać: hala w Łodzi wybitnie nam nie pasuje. W sobotę to musi się zmienić. Przecież wiceliderowi tabeli po prostu nie wypada potknąć się u ostatniej drużyny ekstraklasy.
Hala to zdecydowanie za dużo powiedziane. Łódzka salka została wciśnięta pod trybuny stadionu piłkarskiego. Jest tam zimno, ciemno, nie ma porządnych trybun, a gdy pada deszcz to do tego przecieka dach, a krople spadają np. prosto na ławkę drużyny przyjezdnej. ŁKS - klub z wielkimi tradycjami - absolutnie nie zasługuje na grę w takich warunkach. Trudno się zatem dziwić, że w tak przygnębiającym miejscu, mimo niezłego składu, nasze najbliższe rywalki (początek spotkania o godz. 17.30), zamykają tabelę - z 14. spotkań przegrały aż 13. Ten stan na szczęście nie będzie trwał wiecznie. Nowoczesna hala z trybunami na 10 tys. miejsc ma być oddana latem przyszłego roku. - Znam te wszystkie liczby i jestem świadomy naszej wartości w tym sezonie, ale do Łodzi, przynajmniej jeszcze tym razem, będę wyruszał z duszą na ramieniu - przyznał trener KSSSE AZS PWSZ Dariusz Maciejewski. - To zawsze był dla nas niewygodny przeciwnik, nawet w słabszej dyspozycji potrafił wygrać, dzięki większemu doświadczeniu. W tym roku skończyliśmy już jednak kilka podobnych serii. Nadszedł czas, aby i ŁKS ograć na jego boisku. Zresztą nie mamy innego wyjścia, bo tylko w ten sposób umocnimy się w ścisłej czołówce tabeli.

W tej chwili skład łodzianek opiera się na trzech weterankach - Sylwii Wlaźlak (35 lat), jej rówieśniczce Edycie Koryźnie oraz 31-letniej Dorocie Sobczyk. Ta ostatnia swoimi rzutami z półdystansu załatwiła Gorzów w poprzednim sezonie (przegraliśmy 70:78). Po roku Sobczyk nadal ma super ułożoną rękę (ponad 50 proc. celnych rzutów z gry) i nasze akademiczki powinny na nią mocno uważać. Jeśli do trzech wyżej wymienionych koszykarek dodamy Alicję Perlińską oraz Katarzynę Kenig to składa nam się zupełnie niezła kadrowo piątka. A na ławce trener Mirosław Trześniewski ma jeszcze przecież Olgę Żytomirską oraz Ukrainki - Olgę Dubrovinę i Ladę Kovalenko. - Mieliśmy nadzieję, że przeciwko gorzowiankom zagra już nowa środkowa - opowiadał łódzki szkoleniowiec. Jego podopieczne w środę w Pucharze Polski przegrały u siebie z Pabianicami 67:72, ale awansowały dalej, bo wysoko wygrały pierwsze starcie tych drużyn. - Niestety dwumetrowa Amerykanka wybrała występy w Hiszpanii. Szukamy więc dalej. Zwycięstwo nad AZS PWSZ to na pewno byłaby megasensacja, ale i jednocześnie przed nami świetny mecz na przełamanie.

Taktykę ŁKS gorzowianki już teraz mają dokładnie rozpisaną. Rywal jak szybko się da wraca do strefy i zmusza przeciwników do rzutów z dystansu. Nawet gdy jedna z łodzianek wykonuje osobiste to jej koleżanki nie walczą o zbiórki, a cofają się do obrony. Dzięki temu, że przeciwników próbują zatrzymać strefą, same nieźle potrafią rozbijać taką defensywę (obrona zespołowa to przecież gorzowska specjalność). Z tym zespołem trzeba przez całe spotkanie dyktować wysokie tempo. Wykorzystywać wszystkie okazje do kontry. Gdy tak zdołowanemu ostatnimi wynikami przeciwnikowi szybko uciekniesz to losy spotkania masz już praktycznie rozstrzygnięte. - Najwięcej w sobotę będzie zależało od nas - powiedział trener Maciejewski. - Jak przystąpimy do tego spotkania skoncentrowani, ile razy wykorzystamy słabości łodzianek, czy od początku odczarujemy kosze w specyficznej, trudnej do grania hali ŁKS. Nie przewiduję spacerku, bo rywalki potrafiły nieźle powalczyć w Krakowie, czy Lesznie. Gdzie jak nie u siebie mają szukać nadziei na odbudowanie się, tym bardziej, że właśnie z Gorzowem zawsze były górą. Nie mamy jednak zamiaru robić w Łodzi za Mikołaja, bo głupio byłoby od razu roztrwonić kapitał, który tak pięknie zebraliśmy po drugim zwycięstwie nad Wisłą Kraków - zakończył szkoleniowiec KSSSE AZS PWSZ.



0

po awansie w 2004 r. do ekstraklasy KSSSE AZS PWSZ jeszcze ani raz nie wygrał meczu ligowego w Łodzi