Zawodnicy do żużlowych prezesów: to nie nasz problem

- Prezesi nadali tempo wzrostu płac, a teraz szukają winy w nas? - zaczepnie pytają polscy żużlowcy na wieść o groźbie zawieszenia rozgrywek w sezonie 2010.


Prezesi klubów ekstraligi zagrozili: jeśli nie zmienią się wymagania płacowe stawiane przez żużlowców, może dojść do zawieszenia rozgrywek w sezonie 2010. W oświadczeniu czytamy m.in.: "W związku z nadchodzącym okresem recesji gospodarczej i rosnącymi w coraz szybszym tempie żądaniami płacowymi zawodników istnieje poważne niebezpieczeństwo głębokiego kryzysu finansowego w polskim żużlu. W tej sytuacji postanowiliśmy podjąć stanowcze kroki zmierzające do uzdrowienia finansowego rozgrywek. Przygotowywany jest obecnie taki zapis regulaminowy na sezon 2010, aby powstał rynek pracy adekwatny do sytuacji gospodarczej i realnych możliwości finansowych klubów Ekstraligi Żużlowej (...)".

- Chcemy wreszcie zatrzymać falę chorych żądań. Zamierzamy też powstrzymać tych prezesów, którzy na te żądania się godzili i godzą nadal - wyjaśnia prezes zielonogórskiego klubu Robert Dowhan. - Takie zachowanie prowadzi do upadku żużla na wysokim poziomie, zabija kluby.

Sami żużlowcy nie mają zamiaru obwiniać się za to, że w Polsce płaci się najwięcej, przez co kluby popadają w finansowe kłopoty. - To prezesi zarządzają przecież naszym speedwayem i to w ich interesie było zadbać o stan finansów ligi - zauważa Rafał Dobrucki, jeden z liderów ZKŻ Zielona Góra. - A skoro jest wolny rynek, podaż, popyt, to trudno, żeby zawodnik nie szukał sobie lepszej pracy i lepszych zarobków. Żużlowcom ktoś te warunki potrafił stworzyć. To chyba oczywiste.

Podobnie wypowiadają się jego koledzy z toru. - To prezesi nadali takie tempo wzrostu zarobków, więc niech teraz rozwiązują problem. Dlaczego szukają winy w nas? - pyta Sławomir Drabik, przez lata lider Włókniarza Częstochowa. A zawodnik tarnowskiej Unii Janusz Kołodziej dodaje: - To takie szukanie kozła ofiarnego, teraz padło na zawodników. A to prezesi sami zabrnęli w ten ślepy zaułek.

Jedno z rozwiązań Speedway Ekstraligi, które ma ukrócić astronomiczne kontrakty, zakłada, że żużlowcy zostaną podzieleni na kategorie. - Na przykład stworzony może zostać ranking zawodników. Jeden z pomysłów zakłada, że z dwudziestu najlepszych w tym rankingu ekstraligowe kluby będą mogły zatrudnić tylko po dwóch - mówi Robert Dowhan. - To oznacza, że czterech nie znajdzie miejsca w najwyższej klasie rozgrywek. To może być skuteczna metoda na to, by żużlowcy spuścili z tonu, wtedy nie będą mogli żądać coraz to większych pieniędzy, bo po prostu nie znajdą pracy.

- Takie szeregowanie zawodników jest bez sensu - mówi Rafał Dobrucki. - Ostatnio wiele mówiło się o grupie zawodników z cyklu Grand Prix, którzy mieli tworzyć oddzielną kategorię, być tą elitą. To ja się pytam, jak rozpatrywać takie przypadki jak Niels Iversen czy Lukas Dryml. Fakt, jeździli w Grand Prix, ale w lidze daleko im było do czołówki. Taki Dryml w I-ligowym Ostrowie nie był w stanie wykręcić ośmiu punktów na mecz, więc o czym tu mówić.

Zawodnicy, z którymi rozmawialiśmy, są za powrotem KSM (Kalkulowana Średnia Meczowa). Ich zdaniem wyrównałby on składy drużyn. - Jestem za powrotem KSM, to załatwiłoby sprawę - zaznacza "Rafi". - To się wszędzie sprawdziło, w Anglii, Szwecji. U nas też średnia ukróciłaby żądania niektórych żużlowców, którzy mogliby nie pasować do składu.

Prezesi ekstraligowych klubów odrzucają jednak wariant powrotu KSM. - Powrót do przerabianego już kiedyś systemu raczej nie wchodzi w grę - twierdzi Robert Dowhan. - A KSM jest jakimś rozwiązaniem, wyhamowałby niektórych gości w ich żądaniach - zauważa Sławomir Drabik.

- Wszystkie pomysły, by wyrównać siłę zespołów, są wskazane - mówi Janusz Kołodziej. - A przy okazji spadną żądania niektórych gwiazd. Nie będzie tak, że tylko najlepsi będą mieli kasę. Gdy nagle zaczną nie pasować do składów, ich żądania spadną.