Sport.pl

Jerzy Synowiec: Uwaga! Nadciąga żużlowa recesja!

Najbliższy sezon żużlowy zdominują pieniądze i to jak nigdy dotąd. Wygrają ligę ci, którzy będą je mieli jak najdłużej w trakcie sezonu. Recesja, a może i kryzys dosięgną żużel i to wcześniej niż się spodziewamy. Mądrzy po szkodzie będą tylko ci, którzy w rozsądny sposób będą gospodarzyć pieniędzmi od zaraz, a spodziewany wpływy podzielą przed dwa już teraz.
Niech będzie przestrogą to, co dzieje się w Szwecji, Anglii, a może nawet i w Rosji. Wpływy żużlowych klubów wprawdzie rosną, ale nie na tyle, aby dogonić postępujący geometrycznie apetyt zawodników. Kwoty jakich żądają dzisiaj zawodnicy z czołówki światowej, a w ślad za nimi i polskiej, przyprawiają o zawrót głowy przeciętnego kibica. To już miliony za sezon na jednego zawodnika. I to te miliony właśnie już za chwilę ukręcą żużlowi łeb. Dzisiaj do finansowego porozumienia pomiędzy klubami jest znacznie dalej niż osiem lat temu, kiedy takie porozumienie było o krok. Dzisiaj ambicje prezesów uniemożliwiają jakąkolwiek racjonalną dyskusję. Za chwilę zabraknie w zawodach Polaków, a potem zabraknie chętnych do oglądania zawodów. Tylko brutalne sprowadzenie na ziemię płac dla zawodników zatrzyma katastrofę. Obym się mylił.

Ten problem nie jest nowy. Już w 2000 r. ówcześni prezesi ekstraligi byli bliscy porozumienia w kwestii płac. Odbyło się wiele spotkań, ustalono wszystkie szczegóły - limit płac, maksymalną stawkę dla Polaków i obcokrajowców, maksymalne kwoty gwarantowane itp. Do finalnego spotkania doszło wiosną tego roku w Gorzowie. Zjechali się wszyscy prezesi, w tym najwięksi orędownicy wspólnego frontu - Rufin Sokołowski z Leszna, Leszek Tyllinger z Bydgoszczy, Henryk Majewski z Gdańska, Wiesław Wilczyński z Piły i niżej podpisany. Przygotowane były obszerne umowy, weksle do podpisu (gwarantujące uczciwość klubów), w klubowych pomieszczeniach czekała notariusz Marzanna Korolewicz. I co? Ano Ryszard Czarnecki, ówczesny prezes Atlasa Wrocław powiedział: veto!, a po cichu poparł go prezes z Częstochowy. Wspólny front rozsypał się w piętnastym biegu, a zrobiła to prywata praktycznie jednego klubu. Jeszcze w 2001 r. doszło do spotkania w Lipianach, aby reanimować pomysł, ale tym razem poszło już znacznie gorzej i sprawę odłożono ad acta. No i mamy to co mamy. Dzisiaj o porozumieniu nikt poważnie nie myśli, bo i pieniądze w klubach są bardzo różne i ludzie inni. Ale za chwilę wspólna bieda dopadnie wszystkich. A stare porzekadło mówi, że zacząć oszczędzać trzeba wtedy, kiedy jest tłusto i bogato.

A jak płacono w latach dziewięćdziesiątych? Antal Kocso w pierwszym roku startów w Gorzowie mógł w jednym meczu zarobić 1400 marek niemieckich (4 tys. zł), a w 1992 r. jeśli zrobił w meczu przynajmniej 10 pkt - mógł liczyć na 2500 marek (5 tys. zł). Przed sezonem nikt nie dostawał nic. Wprawdzie kluby kupowały zawodników, ale pieniądze z tego tytułu trafiały do klubowej kasy innego klubu, a nie na luksusowe auta dla zawodników. Tomasz Bajerski trafił do Gorzowa w 1997 r. za 600 tys. zł, ale mało kto dzisiaj pamięta, że za to podpisał kontrakt ze Stalą na cztery lata, a po tych czterech latach został odsprzedany do Torunia za 350 tys. zł. Tak więc jego sezon w Gorzowie kosztował Stal 60 tys. zł. Okoniewski też kosztował 600 tys., ale odjeździł również cztery sezony, a i potem do klubowej kasy trafiło za niego parę groszy. Zarobki całego zespołu gorzowskich żużlowców w latach 2000 - 2001 to tyle, ile dzisiaj zarabia najlepiej opłacany jeździec naszego klubu. Wartość wszystkich transferów do Gorzowa za lata 1997 - 2001 to ledwie jeden milion 835 tys. zł. Zaś zupełnie musi szokować fakt, iż wpływy do klubowej kasy ze sprzedaży zawodników w tym samym czasie wyniosły jeden milion 845 tys. zł, a więc na plus wyszło jeszcze 10 tysięcy (zainteresowanym służę szczegółowym wyliczeniem). I mimo to ówcześni prezesi chcieli oszczędzać i byli o krok od porozumienia. A trzeba dodać, że z miejskiej kasy klub otrzymał 600 tys. zł - tyle tylko, że raz na pięć lat.

Dzisiaj łatwiej szastać groszem, bo szasta się z reguły nie swoimi. A poza tym zawsze można przykręcić śrubę kibicom i walnąć ich po kieszeni ceną biletów. Gdzież te czasy, że student gorzowskiego AWF Damian Donder, w zamian za możliwość trenowania z gorzowskimi juniorami przez pół sezonu, podarował klubowi dla żużlowe motocykle. Dzisiaj nie mógłby tego uczynić z prostej przyczyny - nie ma gorzowskich juniorów, a ci co jeszcze zostali, szykują się do odlotu do ciepłych krajów.

znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali Gorzów