Jacek Dreczka: Droga do spadających gwiazd

Pamiętam doskonale kwiecień 1998 roku. Ówcześni wicemistrzowie Polski- ekipa Pergo (nie Stali) Gorzów w inauguracyjnym meczu podejmuje przeciętny Trilux Start Gniezno. Gorzowian prowadził wówczas niejaki pan Kniaź, który do dziś kojarzy mi się ze świetną passą pięciu porażek z rzędu. Zaczęło się właśnie z Gnieznem. Ogromna była radość niechcianego w Gorzowie Marka Hućki, który spoglądał w boksy gospodarzy i widział tam błądzących jak dzieci we mgle Bajerskiego, Stenkę i Walczaka.
Nie inaczej było kilka rund później kiedy przyjechała do nas Piła z rewelacją rozgrywek Roberto Flisem, oddanego za równowartość kilku opon. Drużyna pod wodzą gorzowianina Stanisława Chomskiego pokonała nas wtedy bodaj 46:44. Ale mecz z Polonią pamiętam jeszcze z innej strony. W czternastym biegu akcję swojego życia miał Krzysiek Cegielski, który podczas jednego (właściwie połowy) okrążenia "ogolił" najpierw Roberta Kesslera, a kilkanaście metrów dalej. Hansa Nielsena. Wiara programy do góry rzucała z radości. Tu nastąpił oczekiwany moment przełamania w karierze naszego Krisa.

Generalnie dużo było wtedy obiecujących chłopaków wokół klubu. Pamiętacie Nizioła, Moskwiaka, Dmitrzaka, Czechowicza, Aszenberga, Radzkiego czy w końcu Tomka Kwiatkowskiego? Był też tajemniczy Damian Donder sprowadzony z Ostrowa, tylko nikt nie wiedział po co. Bardzo duży potencjał gorzowskiej młodzieży wykorzystać miał Zenon Plech, który przejął drużynę po pięciu kompromitujących porażkach.

Kolejny rok i niezrozumiała polityka budowania składu trwała. Kiedy wypiął się na nasz Gorzów Tony Rickardsson, który wolał petrodolary z Gdańska, postawiono na Poważnego, Okoniewskiego czy Cieślewicza, którzy przy wsparciu Kylmakorpiego i Jonssona mieli skutecznie "śmigać". Wspomniany Kwitakowski i Aszenberg natomiast jazdy szukali wszędzie gdzie się dało (nawet w Witnicy) i tak powoli marnowali się gorzowscy żużlowcy, którzy po kilku latach kończyli kariery w mizernych klubikach.

W sezonie 2000 z Gorzowa do Gdańska odchodzi Krzysztof Cegielski, najlepszy wychowanek Stali Gorzów ostatnich lat, który sprawił nam radość zdobywając na Śląskiej srebrny medal w mistrzostwach świata juniorów. Szkoda tylko, że sukces ten Cegła zawiózł nad morze. Tymczasem cieszyć nas miały punkty Cieślewicza, emerytowanego prawie Boyce'a, czy Jonssona. Przed sezonem zaczęto modernizować stadion, ale cudów jak pamiętamy nie zdziałano. Poza średnio praktyczną wieżyczką, której należało później robić tunning, przez kolejne lata straszyły dwie potężne kratownice przed i za startem, no i siedziało się na trawie.

Roku 2001 nikt w Gorzowie dobrze nie wspomina, ale wrócę do niego za tydzień. Jakie są konsekwencje tamtych rażących błędów? Nie mamy ukształtowanych wychowanków mogących skutecznie rywalizować w lidze. Starzejący się Piotrek Paluch sam zrezygnował mimo oferty z jazdy w ekstralidze i rozumiem go doskonale, bo lepiej być w I lidze kozakiem niż nikim wśród najlepszych. Przepaść pomiędzy pierwszą i ekstraligą widzieliśmy na przykładzie Ferjana i Monberga w ostatnich dwóch latach.

Gdyby wcześniej interesowano się losami wspomnianych wychowanków może właśnie oni pomykaliby dziś w Stali. Ile można chodzić, prosić i dogadzać Hlibowi, Brzozowskiemu czy Głuchemu, którzy poczuli się lokalnymi gwiazdkami? Chciałbym bardzo, żeby trzon Stali tworzyli gorzowianie, ale do tanga trzeba dwojga. Poprzewracało się w głowach naszym matadorom i słusznym kierunkiem jest budowanie silnego ekstraligowego składu na miarę możliwości przy jednoczesnym rozwoju najmłodszych. Mamy Cyrana, Mikorskiego, braci Zmarzlików i ciągle jeżdżącego Szewczykowskiego. Zaczynać karierę u boku najlepszego polskiego żużlowca Tomasza Golloba to dla nich ogromna szansa, o ile oczywiście mają talent.

*Jacek Dreczka - jest rzecznikiem Stali Gorzów oraz prowadzi spikerkę na stadionach w Gorzowie i Poznaniu