Jerzy Synowiec: O trzech żużlowych wędrownikach

Szaleństwo transferowe, czyli przechodzenie zawodnika z jednego klubu do drugiego, rozpoczęło się w połowie lat 90., choć i wcześniej zdarzały się spektakularne zmiany barw. Takim przykładem był na początku lat 60. Andrzej Pogorzelski, który trafił do Stali z Gniezna, ale do dzisiaj większość kibiców traktuje go jak rodowitego gorzowianina, gdyż był swego czasu ikoną gorzowskiego żużla, a poza tym barwną i nietuzinkową postacią.
W latach 70. wyjechał z Gorzowa nad morze Zenon Plech. Szum był wtedy wielki i do dzisiaj wszyscy go żałują, a sam Zenek, zresztą mój osobisty szkolny kolega, kiedy pracował w Gorzowie jako trener powiedział z żalem, że jedyne co mu dobrze wyszło nad morzem - to włosy z głowy. Po odejściu Plecha do Stali trafił z Zielonej Góry Bolesław Proch, co było wielką sensacją z uwagi na "świętą wojnę" pomiędzy oboma miastami. Proch długo miejsca w Gorzowie nie zagrzał i dzisiaj niewielu go pamięta. Potem odszedł z Gorzowa do Tarnowa Bogusław Nowak, ale tu nie było rozdzierania szat, gdyś odchodził w zgodzie z klubem i pomimo długiego rozstania z Gorzowem wrócił na stare śmieci i zapisał piękny rozdział szkoląc gorzowską młodzież.

Wracając do lat 90. - transfery pomagały jednym klubom wiązać koniec z końcem, bo sprzedawano to co było najlepszego i najdroższego (Lublin, Leszno, Tarnów), a inni dzięki pieniądzom mogli seryjnie zdobywać mistrzowskie tytuły, tworząc zaciężne wunderteamy (Wrocław). W Gorzowie zapamiętano trzy głośne transfery z końca lat 90. Jesienią 1996 r. nowy prezes Les Gondor zapragnął mieć u siebie kogoś z dwójki Piotr Protasiewicz - Tomasz Bajerski. "Pepe" był chwilowo kontuzjowany, więc ja wraz ze swoim kuzynem i jednocześnie członkiem zarządu Dariuszem Krasuskim, przywieźliśmy mu "dynamit" z Torunia, czyli Bajerskiego. Już w 1997 r. właśnie on, wspólnie z Piotrem Świstem i Tony Rickardssonem zdobyli dla Gorzowa srebrny ligowy medal. Rok później Tomek wraz z Krzysztofem Cegielskim w cudownym stylu zdobyli złoto w parach, pokonując braci Gollobów. Potem żużlowe losy Bajerskiego to jazda w prawą stronę. Coraz niższe ligi, coraz więcej pretensji do świata i ostatecznie wegetacja w II lidze w zespołach typu Miszkolc, choć zdarzył mu się niespodziewany epizod w Grand Prix.

Kolejnym supertalentem, który pojawił się w 1999 r. w Gorzowie był Rafał Okoniewski. Wśród juniorów miał tylko jednego godnego przeciwnika - Krzysztofa Cegielskiego. Obaj kosili młodzieżowe tytuły jak przysłowiowe zboże. Rafał jeździł w Stali kilka lat, jeździł solidnie, ale bez szaleństwa. Mistrzostwa świata juniorów w 2000 r. były robione pod niego, ale zawiódł. Jako senior nie odniósł większych sukcesów, choć pomógł zdobyć ostatni medal DMP dla Gorzowa w 2000 r. Dzisiaj to przeciętny ligowiec, z uwagi na wyjątkowo pasywną jazdę, nie nadający się zupełnie do ekstraligi. Chyba, że przygarnie go Stal w miejsce ostatniego gorzowianina - Pawła Hliba. W myśl zasady obecnych władz, że lepszy rak ze świata niż ryba z Gorzowa.

Trzecim znaczącym transferem był Tomasz Cieślewicz. Przyszedł z Gdańska, choć jest rodem z Gniezna. Próbował w Gorzowie zapuścić korzenie, ale jego rogata dusza szukała szczęścia wszędzie, ale nie na żużlowym torze. W sumie nic wielkiego w Gorzowie nie pokazał, ale był znany z tego, że potrafił "przywalić" w parkingu własnemu ojcu, kiedy nie był zadowolony z przygotowanego przez niego motocykla. Mi utkwił w pamięci do końca życia najpiękniejszą akcją, jaką ktokolwiek wykonał na gorzowskim torze. Tradycyjnie po wigilijnej wieczerzy oglądam w towarzystwie szwagra Sławomira Jacha dvd z nagranym meczem Stal - Włókniarz w 2000 r. Stal na pięć wyścigów przed końcem zawodów przegrywała aż dziesięcioma punktami. Przełom nastąpił w 14. wyścigu. Tomasz Cieślewicz nie tylko zamknął przy bandzie szarżującego Sławomira Drabika, ale jednocześnie wypuścił do przodu Piotra Palucha. Potem tylko dogonił Tomasza Jędrzejaka i Stal wygrała 5:1, wychodząc na prowadzenie w meczu. Takiego szaleństwa na trybunach nigdy nie było i nigdy już nie będzie. Potem pan Tomasz robił wszystko, aby wielkim żużlowcem nie zostać i wreszcie mu się udało. Częściej pojawia się na salach sądowych niż w składzie drugoligowego Gniezna.

Wszyscy trzej mają dusze wędrowników i chyba głównie dlatego wielkich żużlowych karier, które mogli zrobić, nie zrobili nigdzie.

*Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali Gorzów