Jerzy Synowiec: Posprzątali w Lesznie i Gdańsku

W miniony weekend zapadły ostatnie, najważniejsze rozstrzygnięcia w żużlowej ekstralidze. To, że zielonogórzanie zdobędą brąz było oczywiste już od poprzedniej niedzieli. Nawet ewentualna obecność Nicki Pedersena nie mogłaby odwrócić losów spotkania na tyle, aby częstochowianie mogli liczyć na medal.
Frekwencja na częstochowskim stadionie potwierdziła takie założenia, gdyż na mecz stawiła się jedynie garstka najwierniejszych kibiców, która reagowała nader anemicznie. Dla Częstochowy czwarte miejsce to nie porażka, to klęska. Ten zespół po sezonie czekają duże zmiany, a ja osobiście pożegnałbym się z Sebastianem Ułamkiem, który może nadaje się do Grand Prix, ale nie do poważnego ligowego ścigania.

Bardzo ciekawie i jednocześnie zaskakująco było w Lesznie i Gdańsku. Uważam, że w obu przypadkach jest już "pozamiatane". Oba rezultaty są dla mnie bardzo zaskakujące. Najpierw Leszno: 26 tys. kibiców, czyli praktycznie pół miasta (Leszno liczy 60 tys. mieszkańców), oczekiwało sukcesu. Jednak to torunianie byli bardziej zdeterminowani i bardziej chcieli wygrać. Żal mi było leszczyńskich fanów, że musieli na własnym torze oglądać Leigh Adamsa zupełnie bez formy i męczącego się na torze Krzysztofa Kasprzaka. Mecz stał na niezwykłym poziomie, który chyba zaskoczył leszczynian. Tego dnia jazda typu "Rafał Okoniewski", z czego słynie Kasprzak (start i gaz do mety po 3 pkt, a jak się przegra start to zero) to było zdecydowanie za mało. W Toruniu Leszno jest bez szans. Roman Karkosik dwa razy nie wybacza, przynajmniej w jednym sezonie. Tak więc tytuł dla Torunia. A obrażeni na świata bracia Kasprzakowie (w pakiecie z ojcem Zenonem) rozpoczną chyba poszukiwania nowego klubu. Oby tylko to towarzystwo nie zjawiło się w Gorzowie. Serce do walki mają jak nie przymierzając Rune Holta.

Ale sensacją pachnie też w Gdańsku. Tamtejsze Wybrzeże w pierwszej lidze brało baty od kogo tylko się dało, ale wobec jeszcze większej niemocy w Ostrowie, jakoś wturlało się do baraży. Tutaj Gdańsk wydawał się być bez szans w walce z Rzeszowem (Watt, Zagar, Nicholls, Bjerre). A jednak się porobiło. Niewiadomo czemu na mecz nie stawił się Kenneth Bjerre, a reszta radziła sobie jak dzieci we mgle. Porażka 17 punktami nie daje moim zdaniem żadnych szans Rzeszowowi w rewanżu. No chyba, że Gdańsk nie będzie chciał awansować, albo słynny "Zorro" przedłoży własny interes nad interes zespołu. Tak więc najpewniej w przyszłym roku sympatyczna pani prezes Marta Półtorak będzie się musiała męczyć z Daugavpils, Grudziądzem i Rybnikiem. Ale jeśli kobiecina uznała, że z Romanem Niepoważnym i Dawidem Stachyrą oraz Lampartem i Vaculikiem, a bez Bjerre zrobi wynik w Gdańsku, to znaczy, że jej się spadek po prostu należy. Dla żużla to w sumie dobra wiadomość. Z ekstraligi wyeliminowane zostaną dwa zespoły z Podkarpacia (Tarnów i Rzeszów), a ich miejsce zajmą wielkie miasta - Bydgoszcz i Gdańsk.

O blamażu organizatorów w Gelsenkirchen lepiej nie mówić, bo to ci się tam stało to dla żużla zła wiadomość. Przenosiny ostatniej imprezy na "łapu capu" do innego miasta i innego kraju kompromituje cały cykl Grand Prix. W tym roku niemal wszyscy wieszali psy na tej imprezie za nieciekawe widowiska, udział tych samych wyjadaczy, brak nowych, młodych nazwisk, symboliczne wypłaty dla zawodników i wiele wiejskich stadionów nie licujących z powagą imprezy. To co się dzieje na końcu to smutne podsumowanie. Może jednak i dobrze się stało, bo to zmusi organizatorów do dużych zmian, a tylko one mogą uratować prestiż GP.

PS. Z wrażenia szczęka mi opadła po widowisku z udziałem gwiazdora Petera Karlssona (średnia 1,1 punktu biegowego). W przyszłym roku prognozuję mu średnią 0,8 pkt.

*Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali Gorzów