Sport.pl

Koszykówka: Nasze akademiczki bez barier

- To co, że dopiero wygraliśmy jeden mecz, ale przecież pokonaliśmy Lotos - mówił szczęśliwy trener KSSSE AZS PWSZ Dariusz Maciejewski. - Cieszmy się, bo to historyczne wydarzenie. Uparcie idziemy tam, o czym chwilę temu tylko po cichu marzyliśmy.
W takich momentach natychmiast przypominają się same początki. Cztery lata temu, zaraz po awansie, marzyliśmy tylko o utrzymaniu, a Gdynia była jednym z naszych srogich nauczycieli. Wtedy młody AZS PWSZ biła 80:58 i 85:57. Tak było aż do minionej niedzieli. Teraz na liście niepokonanych pozostała nam tylko Wisła Kraków.

Droga od zaplecza do medalu

- Pamiętam, gdy to wszystko rodziło się w pierwszej lidze - opowiadała nasza kapitan Justyna Żurowska, jedna z nielicznych koszykarek, która przeszła z gorzowskim klubem całą drogę, od awansu, aż do brązowego medalu i do historycznej wygranej z Lotosem. - Wciąż jesteśmy młodym klubem, ale błyskawicznie wznoszącym się do góry. Czułam, że mamy mocny zespół, ale potrzeba było takiego meczu, aby potwierdzić to na boisku. Jeśli dopisze nam zdrowie to jestem pewna, że w Gorzowie ponownie spotkała się grupa osób, które mogą sięgnąć po duży sukces.

Wygraliśmy po dogrywce 83:76. Co ważne, w pełni zasłużyliśmy na ten triumf, bo to gdynianki prawie cały czas nas goniły. I pierwszy raz nie dogoniły. Trzeci zespół poprzednich rozgrywek tym razem ograł srebrne medalistki.

Zamieszanie z Polkami

Oprócz akcji na światowym poziomie, mieliśmy też kilka sytuacji komicznych. Przez nowy przepis o nieustannym pobycie na parkiecie dwóch krajowych zawodniczek. Strasznie zestresowany był pilnujący zasad komisarz zawodów, nerwy udzieliły się także obu trenerom. I Jacek Winnicki i Dariusz Maciejewski w pewnym momencie wpuścili na boisko... po sześć zawodniczek. Na szczęście akurat była przerwa w grze i żadna z drużyn nie została ukarana przewinieniem technicznym. Maciejewskiemu pomagała też publiczność. Kilka razy było słychać okrzyki: nie ma drugiej Polki! - Naprawdę jest to duże wyzwanie - przyznał szkoleniowiec KSSSE AZS PWSZ. - Trzeba to wszystko przećwiczyć w boju, wybrać najlepsze ustawienia na poszczególne fazy spotkania, podzielić odpowiednio czas na graczy krajowych i zagranicznych. Tak, aby na decydujące chwile mieć danego dnia najsilniejszy skład, a nie dokonywać zmian z konieczności.

Potwierdziło się, że dobrze dysponowane Polki to będzie języczek uwagi każdego pojedynku. Goście przypominali, że w ich drużynie zabrakło dwóch Amerykanek - Jennifer Fleischer i Alany Beard. Czy jednak ich obecność to byłaby tak wielka zmiana jakościowa na korzyść Lotosu? Obie mogłyby pojawić się na parkiecie, ale wyłącznie w zastępstwie koszykarek zagranicznych, a te Gdynia już w niedzielę miała naprawdę niezłe. Wicemistrzynie Polski na pewno staną się mocniejsze, gdy nasz paszport otrzyma, mająca polskie korzenie Michelle Masłowski. Nic nie zmieni jednak faktu, że obecny skład KSSSE AZS PWSZ, też z indywidualnościami, na pewno nie przelęknie się Wisły, czy Lotosu.

Kibice! Jesteście niesamowici!

Przyszła liga, mecze o stawkę i zaczęła grać Shala Crawford. Amerykanka, na formę której tak narzekał trener Maciejewski, w 15 min zdobyła 7 pkt, miała 7 zbiórek i 2 przechwyty. Po meczu tryskała humorem. - Mamy fajny, waleczny zespół, pełen zawodniczek potrafiących grać w koszykówkę, a ja chcę jak najbardziej pomóc w kolejnych zwycięstwa - powiedziała Crawford. - To były wicemistrzynie Polski? Wygrałyśmy z nimi pierwszy raz? Nie wierzę. Gdy ponownie wyjdziemy z Lotosem na boisko to też powalczymy o wygraną. O wiele większa nagroda należy się kibicom. To są dla mnie już w tej chwili mistrzowie świata. Jeśli tak jest na każdym meczu to mamy ważnego, dodatkowego zawodnika.

Crawford mocno nadenerwowała swojego szkoleniowca, musiała uczestniczyć w specjalnych spotkaniach motywacyjnych. - Teraz mogę tylko ją pochwalić i od razu powiedzieć oby tak dalej - stwierdził wciąż powściągliwy Maciejewski. - Dobry gracz podkoszowy jest nam niezbędny, a właśnie taką rolę ma w naszym zespole odgrywać mocno stojąca na nogach i waleczna w starciu z Lotosem Shala.

Jeszcze je docenicie

Samantha Richards jednym zwodem przesuwała całą obronę przeciwników i zrywała fanów na trybunach, Katerina Zohnova potwierdziła, że może być maszyną do zdobywania punktów. Gorzej było z celnością Anny Breitreiner, ale Niemka dała drużynie coś znacznie cenniejszego - ogromną motywację przez całe spotkanie oraz cenne punkty i asysty w momentach, gdy ważyło się nasze zwycięstwo. Naszych Polek nie trzeba specjalnie chwalić, bo serce zostawione na boisku to ich znak firmowy. Każda z nich w starciu z Lotosem miała swoje pięć minut. Było lżej, bo los drużyny spoczywał nie tylko na ich barkach. Ci fachowcy, którzy widzieli KSSSE AZS PWSZ na szóstym miejscu w tabeli, a Gdyni i Krakowowi wróżyli łatwą drogę do finału, naprawdę mocno się zdziwią, bo za chwilę będziemy mieli w Gorzowie zespół zbilansowany i kompletny, zarówno w obronie i ataku. - Przydarzyły nam się oczywiście błędy, które zawsze pojawiają się szczególnie na starcie sezonu - podsumował Maciejewski. - Debiutantka Richards nie wykończyła paru wybornych akcji, były też pudła innych zawodniczek oraz kłopoty w ataku pozycyjnym. Na szczęście w końcu mam zespół w pełnym składzie, który kilkanaście godzin po pierwszym wspólnym treningu już dokonał wielkiej rzeczy. Teraz potrzebujemy czasu, aby spokój i automatykę wypracować na treningach. Są jednak w tej drużynie indywidualności, które w każdej chwili mogą błysnąć zagraniem na najwyższym poziomie. Poratować zespół czymś, czego wcześniej w Gorzowie nie oglądaliśmy. Na pewno w środę w Krakowie nie wyjdziemy na boisko podszyci strachem. Już jestem dumny z tych dziewczyn, za to co robiły na boisku i z ich postawy poza nim. Dziękuję za to, że tak szybko stały się zespołem - zakończył nasz trener.