Sport.pl

Jerzy Synowiec: Cały świat zasłoniła liga

W ubiegłym tygodniu działacze Stali zorganizowali spotkanie sponsorów, które miało za cel zakończenie i podsumowanie sezonu. Z 200 zaproszonych gości przybyło 45, a braki dotyczyły największych sponsorów, z Caelum włącznie.
Było zimno i markotno. Jak mi powiedział jeden z uczestników - atmosfera była dokładnie taka, jak w żałobnym kondukcie idącym w deszczu pod wiatr. Na koniec imprezy ktoś nieśmiało zaproponował odśpiewanie nowego klubowego hymnu, ale okazało się, że nikt nie zna słów. I nawet zapewnienia prezesa, który pocieszając zebranych powiedział, że buduje już skład na przyszły sezon, do którego pewnymi kandydatami są: Holta, Karlsson i Jonasson, a w kolejce czekają Gollob i Ferjan, jakoś nikogo nie poruszyły. Co oznacza budowanie przyszłorocznego składu wokół tych zawodników? Zważywszy, że w przyszłym sezonie nie będzie już w lidze słabiutkiej Unii Tarnów (jej miejsce zajmie silna kadrowo Polonia Bydgoszcz), że zbroi się Atlas Wrocław i pewnie Falubaz poszuka zmiennika dla Iversena - moim zdaniem Stal czeka walka o utrzymanie w lidze. Nawet jeśli miejsce Monberga zajmie ktoś inny. Coś mi się też zdaje, że atmosfery wokół klubu nie poprawi odwracanie uwagi od aktualnej sytuacji, przez szukanie winnych wśród ekipy, która kierowała klubem przez 11 ekstraligowych lat (obecnej ekipie brakuje do tego wyniku jeszcze 10 lat). Bez sensu jest też nieustanne klepanie mantry o długach, które mnożą się jak króliki Lejzorka Rojtszwanca, bo tych długów, jako wirtualnych, nikt nigdy nie widział i więc nie płacił.

W Zielonej Górze sezon nadal trwa. Grand Prix Challenge przyniósł niebywały sukces rodowitemu zielonogórzaninowi Gregowi Walaskowi i to musi cieszyć. Bo na przykład starty w światowej elicie "gorzowianina" Rune Holty nie tylko nie cieszą, ale nikogo nie obchodzą. Niedzielna impreza potwierdziła jednak jedną prawdę. Kibice poza ligą świata nie widzą. Idę o zakład, że gdyby bilety były trzy razy tańsze, to stadionu nie dałoby się zapełnić. Na Memoriał Jancarza, przy znacznie lepszej stawce zawodników i równie znakomitej oprawie tłumy nie walą. Coś się takiego w żużlowym świecie porobiło, że liczy się tylko liga. A jeszcze 20 lat temu zawody indywidualne, w tym nawet Kryterium Asów w Bydgoszczy, oglądało po 20 tys. ludzi. Trzeba z tego wyciągnąć wnioski. W świecie powinna to być zdecydowana zmiana formuły Grand Prix, który to cykl staje się zabawą dla bogatych żużlowych emerytów (normalny zawodnik, taki jak Krzysztof Kasprzak, czy Greg Walasek bez pomocy możnych sponsorów nie jest w stanie skutecznie startować w tym cyklu, bo nie stać ich na dokładanie do interesu). Zakrawa na kpinę fakt, iż zawodnik wraz z kilkuosobową ekipą musi się utrzymać przez kilka dni gdzieś w Cardiff, czy Goeteborgu za kilka tysięcy złotych premii. Nagrody muszą zdecydowanie pójść w górę, przynajmniej kilkakrotnie, a rotacja zawodników musi być większa. Miast Ułamka, Drymla, Iversena, czy Bjarne Pedersena muszą jechać Sajfutdinow, Holder, czy Pavlić. Wtedy być może znikną z Grand Prix stadiony "giganty" w rodzaju Lonigo, Krsko czy Malilli lub Bydgoszczy, z kilku lub co najwyżej dziesięciotysięczną widownią. W Polsce zaś trzeba pomyśleć o zdecydowanie większej ilości spotkań ligowych, kosztem oczywiście różnej maści turniejów indywidualnych, również mistrzowskich.

Na koniec ciekawostka sprzed lat, dokładnie dziesięciu. W owym wesołym roku 1998 startowali w Stali, ściągnięci do klubu "z braku laku" 23-letni Waldemar Walczak i sporo od niego starszy, wypalony już fighter Dariusz Stenka. Obaj mocno kaleczyli, choć to oni byli autorami przełomowego zwycięstwa w Toruniu i kilku innych. Po sezonie szybko się ich pozbyto i tyle. Ale jest coś, co ich odróżnia od Jonassona, Monberga i Ferjana. Czy ktoś zgadnie? Tak, zgadli wszyscy - Walczak i Stenka mieli wyższą średnią biegową!