Jerzy Synowiec: Żużel jest pełen niespodzianek

Mistrzem Polski 2008 został Adam Skórnicki, zawodnik słabego pierwszoligowego Poznania. Już 10 lat temu stracił miejsce w ekstraligowym Lesznie, potem obleciał kilka polskich klubów, aby wreszcie wylądować tylko w Anglii, przede wszystkim z braku ofert z polskiej ligi. Od kilku sezonów uczestniczy w programie pod tytułem ?Przywrócenie Poznaniowi żużla?. Co z tego wyniknie zobaczymy za kilka lat. Na razie jednak pan Adam zaskoczył wszystkich - i zawodników i kibiców.
Owszem, showman z niego niezły, ale zawodnikiem dużego formatu nie był nigdy. Skąd u niego taki skok formy? Tego nie wie nikt. Chyba, że stanie się cud i zawodnik na dłużej będzie imponował taką dyspozycją. Choć ja w to nie wierzę. On jednak przeszedł do historii, jak przed nim kilku innych zawodników, którzy w swojej karierze mieli podobne, z reguły jednorazowe wyskoki i zupełnie nieoczekiwanie zdobywali tytuły mistrza Polski, także szczęśliwie.

W 1967 r. mistrzostwa rozgrywano w Rybniku, a tam zawsze wygrywali miejscowi, podobnie zresztą jak w Lesznie. A tu tym razem niespodzianka - wygrał zawodnik z drugiego szeregu, Zygmunt Pytko z tarnowskiej Unii, i to wygrał w ładnym stylu. W 1972 r. walczono w Bydgoszczy. Faworyt gospodarzy Henryk Gluecklich wygrywał bieg za biegiem. Po czterech wyścigach miał 12 pkt i w piątym zdecydowanie prowadził. Niestety. Defekt i dopiero trzecie miejsce. Zwyciężył za to debiutant, ledwie 19-letni gorzowianin Zenon Plech, na którego nikt nie stawiał złamanego grosza. Potem Zenek, prywatnie mój szkolny kolega z liceum na Przemysłowej, zdobył jeszcze worek tytułów, ale wtedy to był hit sezonu. Zaś w 1976 r. mistrzostwa rozgrywano w Gorzowie. O tytule lesznianina Zdzisława Dobruckiego zdecydowały dwa defekty prowadzących gorzowian - najpierw Edwarda Jancarza, a po chwili Jerzego Rembasa. Gdzie biło się dwóch, tam skorzystał ten trzeci, który normalnie byłby co najwyżej właśnie trzeci. Dwa lata później ponownie o mistrzowskim tytule zdecydował niefart gorzowianina, tym razem przyszywanego - Bolesława Procha. Zajął on drugie miejsce, bowiem z jednego wyścigu został wykluczony, a tytuł niespodziewanie zdobył Bernard Jąder z Leszna. Ale za to w 1983 r. szczęście dopisało Edwardowi Jancarzowi. Na torze w Gdańsku zdobył czapkę Kadyrowa mając 13 pkt i pokonał faworyta gospodarzy - naszego, choć wtedy już gdańskiego Zenona Plecha, a to tylko dlatego, że tenże Zenek miał defekt na prowadzeniu w swoim ostatnim starcie.

Wszystko to nie znaczy, że nie doceniam sukcesu Skórnickiego. Wręcz przeciwnie. Pokazał, że i w żużlu zdarzają się naprawdę duże niespodzianki i oby potrafił przekuć ten sukces w udany powrót na ekstraligowe tory. Na koniec wreszcie można przypomnieć ogromny sukces zielonogórzanina Dawida Kujawy, który w 2001 r. w angielskim Peterborough zdobył tytuł mistrza świata juniorów i wywalczył go w naprawdę ładnym stylu. Widziałem to na własne oczy i do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że ten zawodnik po trzech kolejnych sezonach zniknął na zawsze z żużlowych torów, nie mogąc odzyskać choćby cząstki formy z Anglii. Może w przyszłym roku metamorfozę przeżyje Paweł Hlib i on olśni nas mistrzowskim tytułem. Chyba, że pisany jest mu los Dawida Kujawy.

znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali Gorzów