Jacek Dreczka: Uwaga na Pawlickiego!

Udany dla Polski finał Drużynowego Pucharu Świata przysłonił nieco ligową niedzielę. Nie myliłem się i podtrzymuję, że gdyby nie porażka w leszczyńskim półfinale, nie pojechalibyśmy na srebrny medal w Vojens. Chodziło właśnie o to, żeby rozszyfrować w barażu obecną geometrię kameralnego toru "Speedway Center" w Vojens i pojechać w sobotnim finale, jak po solidnym treningu. Tak się stało i w pełni zgadzam się z Piotrem Szymańskim, przewodniczącym GKSŻ, który przyznał, że srebro zdobyte w Danii to największy sukces reprezentacji drużynowej odniesiony po srebrnym medalu w 1976 roku. A mam na myśli sukcesy zdobyte na zagranicznych torach. Nie licząc Diedenbergen w 1996 roku, gdzie wygraliśmy w parach. Cieszy zatem srebrny medal i szkoda, że po raz kolejny zainteresowanie żużlową reprezentacją jest marne. To jednak temat na osobny felieton.

Wyłania nam się "początek końca" fazy zasadniczej rozgrywek i klaruje się ligowa tabela. Najbardziej ciekawscy i zapaleni kibice kalkulują na wszystkie sposoby obstawiając mecze i sumując bonusy. Pierwsza "szóstka" powoli się krystalizuje, ale jestem pewien, że mimo iż pozostały zaledwie trzy rundy spotkań, to jeszcze nie raz otworzymy szeroko oczy. Nie będę spekulował, ale im bliżej końca fazy zasadniczej, tym emocje większe. A przecież przed nami jeszcze derby. O tym za tydzień będzie.

Bardziej doświadczeni "zawodnicy" z trybun gorzowskiego stadionu doskonale pamiętają nazwisko Pawlicki. Piotr Pawlicki, jeździec Unii Leszno, który uderzając plecami w "płot" podczas gorzowskiego finału MPPK w 1992 roku zakończył żużlową karierę. Dziś Piotr Pawlicki porusza się o kulach, co w obliczu tragedii jaka go spotkała, jest wielkim sukcesem. Prowadzi własną firmę i uczy żużla swoich synów Przemysława i Piotra juniora. Starszy z braci - Przemek - jeździł w Gorzowie 15 lipca w Lidze Juniorów i to, co zobaczyła grupka przybyłych kibiców było niesamowite. Chłopaczek ledwo sięgał do ziemi siedząc na motocyklu, a jeździł wręcz bezbłędnie. Trzy dni wcześniej prowadziłem w Poznaniu zawody, w których również brał udział i zebrał równie ogromne owacje. Przypomnę tylko, że 1 kwietnia zdawał egzamin na licencję "Ż" i okazało się, że w ostatnią niedzielę, 20 lipca zadebiutował w barwach Unii Leszno w Speedway Ekstralidze i. zdobył 11 punktów!

Oczywiście zaraz próbowano zrobić z niego potężną gwiazdę, ale tu do akcji wkroczył Jozin Dworakowski, prezes Unii Leszno, który mruknął po niedzielnym debiucie młodego Pawlickiego całkiem sensownie. Wziął chłopaka pod pachę i oznajmił grupie zgromadzonych w parkingu dziennikarzy, że Przemek ma za dużo wrażeń jak na jeden dzień i trzeba dać mu odpocząć. Jednocześnie dał "żurnalom" do zrozumienia, żeby nie zrobili z chłopaka gwiazdy, bo to go zniszczy. Choć nie jestem orędownikiem wszystkich posunięć pana Dworakowskiego, to niedzielna "akcja" zasługuje na słowo pochwały. Już dziś (może nieco na wyrost) napiszę jasno, że największym objawieniem sezonu 2008 jest dla mnie 16- letni Przemek Pawlicki z Leszna. Przed nim jednak jeszcze więcej pracy, aniżeli innymi młodymi zawodnikami. Dlaczego? Ponieważ mówi się o nim "wielka nadzieja polskiego żużla".

Tak to już niestety jest, że medialna presja zmarnowała nam kilku dobrze zapowiadających się chłopaków. Ale nie tylko. Może w czasach Tomka Kwiatkowskiego, czy Michała Aszenberga zabrakło człowieka, który nie tylko wziąłby ich pod pachę, lub nie ściągał za krocie Cieślewiczów i Okoniewskich, a po prostu stworzył warunki do startów? Wtedy jeździli wyłącznie Polacy i było w czym wybierać.

*Jacek Dreczka - jest rzecznikiem GKSŻ oraz prowadzi spikerkę i odpowiada za kontakty z mediami w Stali Gorzów