Sport.pl

Synowiec: chcę w składzie Pawła Hliba

Spotkanie gorzowskiej Stali z wrocławskim Atlasem przejdzie do historii, ale mało kto wie dlaczego. Trzeba to wyjaśnić, bo wcale nie dlatego, że był to pierwszy po latach start Stali w ekstralidze. Po raz pierwszy w historii gorzowskiego klubu w meczu ligowym gorzowianin nie zdobył żadnego punktu.
W zawodach wystartował jeden gorzowski zawodnik - Adrian Szewczykowski, ale wystąpił ledwie w jednym wyścigu i przyjechał na dodatek ostatni. Wszystkie punkty w meczu zdobyli bądź cudzoziemcy bądź Tomasz Gollob. Można powiedzieć - taka to dzisiejsza żużlowa i europejska rzeczywistość.

Redaktor Robert Gorbat w takim przypadku ma mocny argument rodem z piłki nożnej. Podaje przykład następujący: kilka lat temu w niemieckiej Bundeslidze, w zespole Energie Cottbus, nie wystąpił żaden Niemiec. Inni mogą podać przykłady z ligi angielskiej czy włoskiej, gdzie bywa, że w meczu ligowym występuje jeden czy dwóch rodaków, a o wychowankach nikt nawet nie mówi. W Szczecinie zresztą było podobnie.

A jak było kiedyś? Stal znana była z tego, że bazuje na własnych wychowankach. W latach swojej świetności tylko sporadycznie sięgała po zawodników z innych klubów. Na początku lat sześćdziesiątych najgłośniejszy był transfer Andrzeja Pogorzelskiego ze Startu Gniezno. "Puzon" - taką ksywkę miał pan Andrzej - stał się jedną z legend Stali i do dzisiaj nikt nie uważa go za przybysza skądś. W latach siedemdziesiątych pojawił się w Gorzowie Bolesław Proch, rodem z Falubazu. Zaaklimatyzował się średnio i szybko Gorzów opuścił. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych zjawisko zmiany barw klubowych stało się powszechne. Jedni zawodnicy pojawili się w Gorzowie na dłużej i zyskali sympatię kibiców (Rafał Okoniewski), inni takiej sympatii nigdy nie zyskali (Tomasz Bajerski). Jeszcze inni przemknęli przez gorzowski klub jak meteoryty, nie pozostawiając tutaj ani śladu, ani ciepłych wspomnień (Stenka, Walczak, Cieślewicz).

W tym samym czasie pojawili się też pierwsi obcokrajowcy, a wśród nich cała plejada mistrzów świata: Gary Havelock, Billy Hamill, Tony Rickardsson, Jason Crump. Jednak serca gorzowian podbił mały Węgier Antal Kosco, który wkładał na torze głowę tam, gdzie inni bali się włożyć nogę. Taką postawę należy zadedykować obecnej gorzowskiej armii zaciężnej.

Gorzowianie pokochali też Australijczyka Crumpa, który choć jeździł w wielu klubach, to dla światowego i polskiego żużla został odkryty przez działaczy Stali i jako osiemnastolatek po raz pierwszy w życiu pojawił się na gorzowskim torze. Nigdy nie zawalił meczu (celował w tym Amerykanin Billy Hamill) i nigdy nikomu nie odpuścił. I dzisiaj jest wart więcej niż Holta, Monberg i Karlsson razem wzięci. Marzeniem kibiców jest, aby do Stali jeszcze wrócił. Mimo, że Crump jeździ dziś dla Wrocławia, to kibice witają go w Gorzowie owacyjnie, bo to nasz rudzielec, a on sam wie z jakiego portu wypłynął w wielki świat. Inny rudzielec - Tony Rickardsson - serc kibiców nie zdobył i sam w Gorzowie serca też nie zostawił, pomimo że nikt jak on nie zdobywał punktów niczym robot, a nie człowiek.

A więc czy to ważne, aby żużlowcy Stali byli stąd i utożsamiali się z klubem? To moim zdaniem najważniejsze. Stal nigdy nie będzie wielka bez gorzowian w składzie. Choćby bez Hliba i Brzozowskiego. Tak bardzo było to widać w Zielonej Górze. Przegraliśmy tam, bo naszym zabrakło serca do walki. Bo dla nich był to po prostu jeszcze jeden mecz. Zielona Góra wygrała, bo Walasek, Protasiewicz czy nawet Zengota potraktowali ten mecz jak walkę o dusze kibiców. Ci, co byli w Zielonej Górze, długo nie zapomną skandowania miejscowych kibiców skierowanego do gorzowian: "na kolana"! I dlatego chcę widzieć w składzie choćby Pawła Hliba.

*Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali Gorzów