"Kędy zapał tworzy cudy", czyli jak w Stelmecie zabrakło jednego zaradnego

Nad Krakowem unosi się smog, nad Madrytem - strach przed kibolami Legii, a nad Zieloną Górą, koszykarską stolica Polski - chichot byłych pracowników klubu Stelmet.
Chociaż Janusz Jasiński, w zielonogórskim baskecie to szef wszystkich szefów, wystawił się na obstrzał i zasłonił swoim męskim przyznaniem się do winy resztę pracowników Stelmetu BC, to pozostaje pytanie:

Dlaczego w klubie zabrakło jednego zaradnego, który powstrzymałby Jasińskiego przed podjęciem fatalnej decyzji, uratował klub od zbędnych wydatków oraz wystawienia się na pośmiewisko?

Gdyby przypadkiem ktoś nie wiedział, o co chodzi....

Stelmet BC okroił skład zawodniczy z 12 do dziesięciu graczy przed rozbudowaną wyprawą na mecze: ligowy w sobotę w Kutnie oraz debiutancki w Lidze Mistrzów (we wtorek w Sassari).

Stało się tak, by obniżyć koszty wyprawy, noclegów, posiłków i przelotów. Z meczowej dwunastki wypadło dwóch najmłodszych i najmniej doświadczonych koszykarzy. Obaj i tak wąchają parkiet tylko wtedy, gdy gra staje się już rozstrzygnięta.

W Polskiej Lidze Koszykówki wiele klubów postępuje podobnie. Na mecze we własnej hali obsadza się skład 12 zawodnikami, w podróż zaś zabiera się dziesięciu najbardziej potrzebnych.

Wyjątkowość i zarazem nieszczęście Stelmetu BC polegały na tym, że w dziesiątce na Kutno i Sassari znalazło się tylko pięciu zawodników z polskimi licencjami. Tymczasem regulaminowe minimum wynosi sześć. Dlatego w Kutnie z meczu wyszedł walkower, skandal, pośmiewisko i grube kary finansowe. A jeden z tych najmłodszych i najmniej doświadczonych (Wojciech Majchrzak) musi teraz sam dołączyć do reszty drużyny, by kolejny walkower nie został odgwizdany w Sassari.

Mistrzowie po polsku

Jasiński, formalnie właściciel większości akcji spółki, która zarządza drużyną Stelmetu, i człowiek, który podejmuje najważniejsze decyzje w klubie, po męsku wziął na swoje barki winę oraz decyzję o oszczędnościowej wersji składu. Skarcił się komentarzem: chytry dwa razy traci. Na gorąco szukał też przyczyn popełnienia błędu. I dotarł do takiego oto wniosku: - Zgubiło nas to, że zawsze mieliśmy w składzie bardzo wielu Polaków. Tak wielu, że nigdy nie mieliśmy problemów z wypełnieniem limitów - przypomniał.

Rzeczywiście, Stelmet w drodze na koszykarskie szczyty z założenia werbował dużo dobrych krajowych koszykarzy. Z reguły zatrudniał czterech obcokrajowców, stąd pozostałe miejsca musiały należeć do graczy z polskimi licencjami.

W tym sezonie zielonogórski klub zatrudnił pięciu doświadczonych graczy z polskimi licencjami. To mniej niż np. w ub.r. Z tamtego składu odeszli: Szymon Szewczyk, Mateusz Ponitka i Marcel Ponitka, a doszedł tylko Thomas Kelati.

Jedyny taki walkower

Nie chcemy zostawić całej sprawy tak, że wcześniejsze sezony z liczniejszą i mocniejszą polską częścią składu doprowadziły teraz Stelmet BC do sobotniego blamażu, dotkliwego finansowo, lecz jeszcze bardziej wizerunkowo.

Aż do 15 października 2016 r. drużyna zielonogórskich koszykarzy nigdy nie przegrała meczu walkowerem. W każdym razie najstarsi zielonogórscy kibice nie pamiętają, by coś takiego się zdarzyło. Wyszperaliśmy w pamięci jednego z nich, że raz wisiała taka groźba w Kwidzynie, gdy kierownik drużyny wpisał do składu gracza, który dzień wcześniej złapał dwa faule techniczne. Na szczęście nikt się w tym nie połapał. Inna rzecz, że Zastal z nielegalnym graczem w składzie przegrał.

Ubywa autorytetów, wiedzy, lat i koszykarskich korzeni

W zielonogórskim klubie sztab organizacyjno-trenerski w porównaniu z dzisiejszym przez wiele, wiele lat wyglądał skromnie. Oj, bardzo skromnie!

Żeby nie cofać się za daleko - do czasów grania w chińskich trampkach, kiełbasy z pozakartkowego przydziału i dyrektora Protasewicza...

Weźmy lata 2000, ale jeszcze zanim nastały CRS i PLK. Klub opierał się na prezesie Rafale Czarkowskim. Oprócz prezesa byli etatowa księgowa, kontraktowy trener, a do tego dochodzący kierownik zespołu oraz dochodząca na 2-3 godziny dziennie asystentka. Koniec.

Tuż przed awansem, który nastąpił wiosną 2010 r., do Czarkowskiego dołączył Rafał Rajewicz. Najpierw działał jako wolontariusz i sponsor, ale później został kierownikiem zespołu, następnie - dyrektorem klubu. Sztab trenerski rozrósł się o posadę asystenta pierwszego szkoleniowca.

Po awansie do PLK zielonogórska organizacja musiała dobrać rzecznika prasowego. Biuro zasiliła też Katarzyna Marciniak, bo wcześniej brakowało kogoś, kto płynnie posługiwałby się angielskim. Co jeszcze? Z nieformalnego konkursu i wyścigu dwóch kandydatów na stanowisko kierownika zespołu zwycięsko wyszedł Piotr Zaradny. A do tego wszystkiego w bieżące sprawy coraz mocniej ingerował Jasiński, gdzieś na przełomie pierwszej ligi i ekstraklasy właściciel klubu zaczynał się zajmować koszykówka na co dzień.

Zastal okrzepł w elicie, stał się Stelmetem, Stelmetem BC, zmieniali się rzecznicy, trenerzy, rosła grupka trenerskich asystentów. Ale rewolucja się dokonała, gdy w 2013 r. Jasiński zaangażował b. koszykarza Waltera Jeklina.

Dziś właściciel Stelmetu BC przeklina tamten dzień i ponoć dla własnego dobra lepiej nie wymawiać przy nim imienia Walter... Ale trzy lata temu generalny menedżer Jeklin z pełnym poparciem Jasińskiego wysadził poza pokład klubu Rajewicza. Wiatrowi rewolucyjnych zmian nie oparł się także prezes Czarkowski, który nie bał się ostro spierać z Jasińskim. Ideologia mówiła o zmierzchu samotnych szeryfów oraz odzie do młodości i zapału.

W zreformowanej organizacji b. dziennikarz, spiker, a po tym rzecznik klubu Michał Szpak awansował na fotel dyrektora. Nazwiska nowego prezesa tu nie wymieniamy, ponieważ został kompletnie odcięty od sfery sportowej.

Kiedy Jasiński latem br. pożegnał Jeklina, posadę generalnego menedżera objął Szpak. Mniej więcej w tym samym czasie zmieniło się o wiele więcej. I nie były to zmiany na lepsze. W sztabie trenerskim zabrakło omnibusa Sasa Filipovskiego. Ostali się sami młodzi Polacy, a dowodzenie objął tu debiutant Artur Gronek. Równocześnie ze Stelmetu BC odszedł kierownik, a po tym dyrektor sportowy Piotr Zaradny. Na jego miejsce awansował inny b. dziennikarz i spiker - Jan Ratajczak.

Naturalna zmiana pokoleniowa? Otóż niekoniecznie. I na pewno nie we wszystkich przypadkach. Bo poszło m.in. o to, żeby droższych pracowników zastąpić tańszymi, co wiązało się z ubytkami w doświadczeniu oraz wiedzy o koszykówce.

Gdy w budżecie mniej, a ambicji tyle samo

Oficjalna strona zielonogórskiego klubu, zakładka zarząd i pracownicy - 12 osób, od przewodniczącego rady nadzorczej, przez prezesa, generalnego menedżera, kierownika drużyny, specjalistów od biznesu, projektów, po ludzi od sprzedaży biletów i klubowej telewizji.

W zakładce ze sztabem szkoleniowym dziewięć osób (w obu zakładkach powtarza się kierownik drużyny).

Dużo? Wystarczająco. Większość ligi może tylko pozazdrościć. I na pewno są w tym gronie ludzie, którzy śpiewająco liczą do sześciu oraz znają przepisy PLK.

Ale właściciel klubu otwarcie przyznał, że Stelmet BC przechodzi przez sezon cięć budżetowych. Najmniej miały one dotknąć koszykarzy. Dotknęły zatem trenerów oraz pozostałych pracowników.

Gdzieś w tym miejscu, na marginesie tekstu odczytajcie adnotację, że nieoficjalnie mówi się o sporych zaległościach płacowych wobec Zaradnego.

Czy dlatego, m.in. dlatego, kierownik odszedł?

Czy bardziej doświadczony kierownik, trener, prezes, dyrektor, generalny menedżer uchroniliby drużynę i klub przed walkowerem, karami, wstydem na całą koszykarską Polskę?

Nie ma takiej gwarancji, bo i rutyna bywa zgubna. Niemniej nie da się dyskutować z tym, że Stelmet BC stracił ludzi, którzy w koszykówce siedzieli dłużej niż ich następcy, mogli wiedzieć o niej więcej.

I jeszcze taka rzecz, o której się nie mówi. Stelmet BC stracił ludzi, którzy mogliby się Jasińskiemu postawić (ale tak bez agresji czy zuchwałości!). Postawić się autorytetem, doświadczeniem, sukcesami i argumentami. Co mógłby powiedzieć np. Filipovski, czego nie może powiedzieć np. Gronek wtedy, kiedy boss decyduje się szukać oszczędności przed dwoma ważnymi, trudnymi meczami. Bo przecież w Kutnie kroiła się koszykarska bitwa. Nie inaczej trzeba patrzeć na wtorkowe starcie w Sassari. A na koszykarskich bitwach - wiadomo: faule, kontuzje, dyskwalifikacje. Zawsze lepiej mieć jednego żołnierza w zanadrzu...

Skomentuj:
"Kędy zapał tworzy cudy", czyli jak w Stelmecie zabrakło jednego zaradnego
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX