Sport.pl

Kaizen, socios i złoty Zmora. Rozmowa z prezesem Stali Gorzów nie tylko o żużlu

Nie lubi się afiszować, obnosić ze swoim szczęściem. Dobrze wykonana robota jest dla niego spełnieniem. Ireneusz Maciej Zmora wcześniej nie był żużlowym fanatykiem, ale wiedział, że Edward Jancarz to nie koszykarz.
Gorzów i dziennikarze "Wyborczej" bliżej Ciebie - znajdź nas na Facebooku i gorzow.wyborcza.pl!

Na ósme drużynowe mistrzostwo Polski, zwycięstwo w lidze, żużlowa Stal Gorzów czekała 31 lat. Zdobyła je w 2014 r. pod rządami prezesa Ireneusza Macieja Zmory. Kolejne złoto przyszło znacznie szybciej, w tym roku. Z 45-letnim prezesem rozmawiamy nie tylko o żużlu.

Ireneusz Klimczak: Po rewanżowym finale dostało nam się z różnych stron. Jednych bolały oczy, drudzy chcą, by ukrzyżować odpowiadających za przygotowanie toru. Żużlowy mistrz z Gorzowa nie wszystkim pasuje. Przez głowę prezesa nie przeszła przypadkiem myśl, że mógł wygrać Toruń i byłby spokój?

Ireneusz Maciej Zmora, prezes Stali Gorzów: Nie wolno dawać zbyt wielkiego pola do popisu miernotom, zgodnie z zasadą: psy szczekają, a karawana jedzie dalej. Zrobiliśmy to, co do nas należało. Wygraliśmy fazę zasadniczą, byliśmy lepsi w półfinale play-off i na koniec w najważniejszych meczach, czyli w finale, udowodniliśmy naszą wyższość. Jeśli ktoś ma wątpliwości, próbuje roztrząsać, czy mistrz jest przypadkowy, a może jednak nie, proponuję kilka razy obejrzeć bieg finałowy Grand Prix w Toruniu, który odbył się tydzień po tym, jak w polskiej lidze rozdano medale. Jechało w nim trzech złotych medalistów, żużlowców Stali Gorzów.

Po tym, co słyszę i czytam, nie mam pojęcia, jakie tory są odpowiednie do żużla. Może najlepiej posłuchać byłych zawodników, którzy mówią, że w Polsce ten temat bez sensu się wyolbrzymia?

- Najważniejszą rzeczą w każdym momencie powinno być bezpieczeństwo zawodników. W tej kwestii nie ma żadnej dyskusji i tu standardy cały czas mądrze i z głową należy podnosić. Błędem jest natomiast próba robienia torów jednakowo gładkich i betonowych. Zawodnik kompletny powinien jechać na każdym torze. Jak takie działania wpłyną na wyniki międzynarodowe, gdy będzie trzeba się ścigać na inaczej przygotowanych nawierzchniach w innych krajach? Tor nie jest wygłaskany i już nie wiemy, co zrobić. Może dojść do takiej sytuacji, że spada deszcz, choćby jak na naszym półfinale ze Spartą Wrocław w Poznaniu i robi się olbrzymi problem. Obecny regulamin we właściwy sposób opisuje tory o różnej przyczepności. Uważam, że należy pozwolić przygotowywać je gospodarzom, a później wyciągać konsekwencje wobec klubów, jeśli byłoby coś nie tak. Dziś mamy komisarza toru, mamy jury i w ten sposób odpowiedzialność zwyczajnie się rozmywa. Po tegorocznym finale próbuje się zrzucić odpowiedzialność na Gorzów za stan toru, gdzie my postępowaliśmy zgodnie z wytycznymi komisarza, sędziego i jury.

Proszę przynajmniej przyznać, że po meczu w Gorzowie miał pan pod drzwiami sznureczek zawodników, którzy prosili, aby więcej tak niebezpiecznego toru nie robić.

- Nikt pod drzwiami nie stał, uwag nie było, protokoły jury pokazują, że tor był w porządku. Jeśli było jakieś niebezpieczeństwo, to sędzia miał obowiązek zawody przerwać i zarządzić dodatkową kosmetykę, a tu też wszystko odbywało się zgodnie z regulaminem. Uważam, że niepotrzebnie robimy z torów temat główny, wokół którego chodzi aż tyle osób. Gospodarze najlepiej poradzą sobie z nawierzchnią, bo ją najlepiej znają. A jeśli faktycznie będą poważne problemy, to trzeba wyciągnąć konsekwencje, a nie przepychać się w tym temacie przez cały sezon. Pamiętajmy też, co o gorzowskim torze mówią sami zawodnicy. To jest obiekt trudny technicznie, ale to jego zaleta. Jeśli nauczysz się ścigać w Gorzowie, to już nigdzie indziej nie będziesz miał mocno pod górkę.

Szybko pan zszedł z mistrzowskiego podium, oddając miejsce innym, nie widziałem też prezesa na pierwszym planie relacji z gali ekstraklasy, gdzie przedstawiciele Stali odbierali nagrody.

- Jestem typem zadaniowca. Wyznaczam sobie cel i dążę do jego realizacji. W tym sezonie mierzyliśmy w medal, ale w sobie nakręcałem sprężynę, aby zawalczyć jak najwyżej, o mistrza. Udało się, radość była ogromna, bo została wykonana olbrzymia praca. Nie lubię się jednak afiszować, obnosić ze swoim szczęściem. Dobrze wykonana robota jest dla mnie wystarczającym spełnieniem. Mam swoje miejsce, swój kąt w domu, gdzie lubię podelektować się zwycięstwem w samotności lub z najbliższymi. To daje mi siłę i energię na następne zadania.

Nic, co wielkie, nie jest dziełem jednego człowieka. Zdobycie mistrzostwa Polski to jest naprawdę wielka rzecz, ale nikt nie sięgnie po to w pojedynkę. Trzeba doceniać to, co dołożyli do tego sukcesu, który za każdym razem jest inny i wyjątkowy, zawodnicy, sztab trenerski, sponsorzy, ludzie w klubie od organizacji i marketingu. Swoją cegiełkę dokłada też każdy kibic, który kupuje karnet czy bilet. Każdy ma pełne prawo na swój sposób cieszyć się i być dumnym z tego dziewiątego złota w historii Stali.

Kibiców to akurat stalowcy mają na dobre i na złe, co potwierdzają ostatnie sezony.

- To jest wielka rzecz, że już trzy lata z rzędu mamy najlepszą frekwencję w ekstraklasie. Nasi fani swoją obecnością wywalczyli jednak mistrzostwo świata w ubiegłym roku, gdzie mieliśmy tak liczną widownię mimo sześciu porażek z rzędu. To było bardzo miłe zaskoczenie i najlepsze potwierdzenie, że rozwój naszego klubu idzie we właściwą stronę.

Sport był ważny w życiu prezesa, czy pojawił się dopiero wraz z żużlem?

- Rodzice bawili się w sport na poziomie całkiem amatorskim. Ojciec grał w piłkę nożną, a mama w siatkówkę. Właściwie nie miałem innego wyjścia, bo bardzo szybko zostałem pogoniony przez tatę na trening piłkarski w Lipkach Wielkich, skąd pochodzę. Od podstawówki aż do dziś, właściwie każdego dnia, mam kontakt ze sportem. Moje futbolowe historie sięgały najwyżej czwartej ligi, która wtedy była odpowiednikiem dzisiejszej trzeciej ligi. W Polonii Lipki Wielkie, gdzie byłem również grającym trenerem, spotkałem Tadeusza Babija czy Sylwestra Komisarska. Z tym drugim u schyłku kariery miałem przez chwilę styczność w GKP, gdy Sylwek wziął na siebie ratowanie gorzowskiej piłki. Wcześniej skończyłem liceum w Zespole Szkół Samochodowych w Skwierzynie, potem gorzowski AWF, także studia podyplomowe. Zresztą cały czas staram się dokształcać. Właśnie został mi jeszcze jeden semestr programu MBA w Wyższej Szkole Bankowej w Poznaniu.

Znacznie większą karierę zrobił mój młodszy brat Roman, który dziesięć lat temu został wicemistrzem Europy w karate.

Już wtedy Zmora był fanem żużla?

- Nie byłem zagorzałym kibicem z prostych przyczyn. Nie mieszkałem w Gorzowie, ale właściwie każdy weekend zajmowały mecze mojej drużyny piłkarskiej. Odwiedzałem jednak żużlowy stadion. Raz z kolegami wybieraliśmy jakiś ciekawy pojedynek piłkarski, a innym razem właśnie mecz Stali. Zimą oczywiście ruszaliśmy do hali przy Czereśniowej, gdzie w ekstraklasie walczyli siatkarze czy piłkarze ręczni. Nie ma obawy, wiedziałem, że Edward Jancarz to nie koszykarz, lecz legenda gorzowskiego żużla. Jako młody chłopak miałem okazję go osobiście poznać.

Dziś zostały mi fitness, basen, narty, a piłka nożna w telewizji i na trybunach. Przede wszystkim Hiszpania i Barcelona, której kibicuję. Pracy mam tyle, że na jakieś regularne, dalekie wyjazdy zwyczajnie nie mam czasu, wolę oddać go rodzinie. Udaje mi się obejrzeć na żywo Grand Prix, aby podejrzeć, jak to robią inni, ostatnio też byłem z wizytą w Płocku, gdzie gra jedna z najlepszych drużyn piłki ręcznej. Jak widać, łączę przyjemne z pożytecznym.

Pierwszy dzień w Stali Gorzów?

- To było 4 grudnia 2004 roku. Czas zdecydowanie niełatwy, bo w klubie nawet nie działały telefon i nie było pewne, czy żużlowcy pojadą w kolejnym sezonie. Ówczesny zarząd szukał dyrektora, a ja mimo wszystko koniecznie chciałem pracować w sporcie. Dziś wynika, że do końca nie kierowałem się rozumem. Do żużla trafiłem z branży finansowej, gdzie w jednej z firm kierowałem zespołem sprzedaży, miałem w CV skwierzyńską samochodówkę, skończony AWF, a więc jakby wiele doświadczeń, które powinny przydać się w Stali. Znajomość samej dyscypliny nie była wymagana. Sportu żużlowego uczę się od 12 lat.

Po awansie do ekstraklasy i utworzeniu spółki zostałem jej menedżerem. Był też kilkumiesięczny rozbrat z klubem, potem powrót i od 2011 roku jestem w zarządzie. Stali przewodzę od kwietnia 2012, a funkcję prezesa przyjąłem jesienią.

Czy w tych najważniejszych ośrodkach - Gorzowie, Zielonej Górze czy Lesznie - żużel idzie pod rękę z polityką? Kiedyś przy okazji każdych wyborów widzieliśmy kolejkę do zawodników z oponami.

- U nas jest jedna miara. Na stadionie jest miejsce dla wszystkich polityków, ale uprawianie jej zostawcie za bramą, bo tutaj niech wygrywają sport, emocje, fajne wrażenia. Uważam, że w Gorzowie ta zasada jest szanowana. Inaczej odbierają to władze samorządowe, które czują, że sport jest ważny dla mieszkańców i nie mogą być im obojętni.

Zmora ma kiedyś zamiar ruszyć do Sejmu czy Senatu?

- Nie, nigdy. Staram się być na bieżąco z najważniejszymi wydarzeniami, biorę udział w wyborach, to powinno zajmować każdego, i to mi wystarczy. Polityka ma jeden wielki mankament, że nawet jeśli robi się fajne rzeczy, osiąga się w swojej dziedzinie dobre rezultaty, to i tak pada w końcu pytanie o to, w jakiej jesteś drużynie. Twoja fachowość przestaje mieć znaczenie. Wolę być docenianym jako fachowiec, a nie za ten czy inny kolor.

Jeśli po 31 latach jego drużyna zdobywa ligowe złoto, a za chwilę poprawia kolejnym mistrzowskim tytułem, to prezes może już mówić, że jest spełniony?

- Bliskie mi jest japońskie słowo "kaizen" czy ciągłe doskonalenie, które nie ma końca. Nakręca mnie to, że w rozwoju klubu nie muszę iść utartym szlakiem, bo nikogo nie ma w tym miejscu, a więc nikt takiego szlaku nie wyznaczył. Sam mogę nakreślać przyszłość Stali. Czy to nie jest ekscytujące? Kaizen, czyli ulepszanie, poprawianie, ciągnie mnie do przodu, a z drugiej strony za szelki trzymają mnie możliwości finansowe.

Prezes widzi gdzieś napis: mój koniec w Stali?

- Widzę wielką czcionką napisane nie koniec, ale socios. Wielokrotnie już mówiłem i ciągle będę to powtarzał, że Stal Gorzów nie jest niczyją prywatną własnością - to dorobek wielu pokoleń mieszkańców tego miasta oraz regionu. Chciałbym, żeby klub był kiedyś zarządzany przez kogoś z nową energią i pomysłami, a powinien on się realnie stać własnością kibiców. W Polsce zostało już podjętych kilka prób, aby wprowadzić taki system zarządzania, choćby niedaleko, w zielonogórskiej koszykówce. Nigdzie to jednak nie przyjęło takiej formy, jaką znamy z piłkarskiej ligi hiszpańskiej. Według mnie to gwarantowałoby Stali spokojny byt na lata, długowieczność.

Złoci prezesi z lat 80. mieli niepowtarzalną okazję współpracować z Edwardem Jancarzem, Zenonem Plechem czy Jerzym Rembasem. Pan ma Bartka Zmarzlika. Zawodnika, który trafia się raz na wiele lat.

- To oczywiście cieszy, że właśnie na wychowanka Stali są dziś skierowane oczy całego żużlowego świata. Bartek stał się twarzą klubu i miasta. Oby taki scenariusz się nigdy nie zdarzył, ale musimy mieć z tyłu głowy, że to jest również jego praca i trzeba brać pod uwagę jego jakieś inne plany, nowe wyzwania. Oby jak najpóźniej, a najlepiej wcale. Muszę też dodać, że jestem odpowiedzialny nie za rozwój jednego zawodnika, ale całego klubu i wynik drużyny. Właściwie na każdym spotkaniu z żużlowcami dzielę się radością i dumą z ich indywidualnych sukcesów, ale również przypominam im, że za tym musi iść dobry rezultat zespołu. Taka moja rola i takie moje zadanie, z którego rozlicza mnie całe środowisko.

Zmarzlik na dziś ma jednak ogromne przełożenie na Stal.

- Jest znacznie łatwiej, mając takiego chłopaka w składzie, który z tą drużyną się utożsamia, zajmują go wyniki, porażki psują humor. Obyśmy mogli właśnie z takimi zawodnikami tworzyć przyszłość Stali. Mamy ligowy medal, świetnie, że właśnie ten najcenniejszy, czyli złoty. A 22 października, gdy Bartek będzie daleko stąd walczył o olbrzymi sukces, czyli podium mistrzostw świata w debiutanckim sezonie, wszyscy z całych sił ściśniemy za niego kciuki, które zresztą trzymamy przez cały sezon. Czy kibic wyobraża sobie jednak sytuację, że Zmarzlik ma medal mistrzostw świata, ale Stal jeździ w pierwszej lidze? Nie, rozlicza nas przede wszystkim z wyniku drużyny. To zawsze będzie priorytet i nic tego nie zmieni.

O żużlu mówią przede wszystkim w naszym kraju i tak naprawdę nie wiadomo, ile jeszcze lat ta dyscyplina przetrwa na takim poziomie jak obecnie. Stal to już jednak nie tylko żużel. To jest właściwy kierunek rozwoju klubu?

- Każdego roku słyszę, że żużla zaraz nie będzie, a powstają nowe stadiony, nie tylko w Polsce. Uważam, że dyskusje będą dalej trwały, a dyscyplina je wszystkie przeżyje i jeszcze swoją atrakcyjnością i wyjątkowością parę razy nas zaskoczy. W Stali już nie musimy udawać, że walczymy przez 12 miesięcy w roku, bo szybko doczekaliśmy się drużyny piłki ręcznej w naprawdę przyzwoitych, ciekawych rozgrywkach na pierwszoligowym poziomie. To też walka dla prawdziwych mężczyzn, twarda, kontaktowa, charakterem pasuje do żużla. Tu też chcemy iść ambitnie dalej, ale z głową. Do dalszego rozwoju nie tylko nas, ale także na przykład koszykarek, potrzebujemy w Gorzowie nowej hali, której budowę miasto ma w planach. Na dziś wydaje się, że poziom Vive Kielce czy Wisły Płock jest nieosiągalny. Trzy lata temu nikt jednak nie zakładał, że w tak niedługim czasie w naszym mieście znów będzie niezła drużyna seniorów. Dalej będziemy tworzyć, budować. Zobaczymy, dokąd to nas zaprowadzi. Sam jestem tego ciekawy.

Wróćmy jeszcze do tego, co jak zwykle po sezonie mocno interesuje kibiców. Martin Vaculik, który już opuścił Toruń, wzmocni Stal?

- Dobry zawodnik, każdy by go chciał. Zagadki szybko się wyjaśnią, bo przecież okres transferowy będziemy mieli bardzo krótki, kontrakty z nowymi żużlowcami można podpisywać w pierwszych dwóch tygodniach listopada i wtedy wszystkiego się dowiemy.

A kto z mistrzowskiego składu zostanie w Gorzowie?

- Ważne kontrakty mają Zmarzlik i Krzysztof Kasprzak, możliwe są też pozostałe opcje. Istotne na pewno są dla nas ostatnie decyzje regulaminowe władz PGE Ekstraligi. O limicie trzech lig oraz tzw. zawodniku oczekującym. W tym drugim przypadku możliwe, że zostanie z nami Adrian Cyfer.

Patrząc na historię, trudno na kolejny sezon patrzeć z optymizmem, bo po sukcesie ostatnio mieliśmy tąpnięcie mistrza, i to nie tylko w Gorzowie.

- Wydawało mi się, że po 2015 roku, gdzie jako obrońcy tytułu przegrywaliśmy mecz za meczem i ostatecznie zajęliśmy szóste miejsce, żaden złoty medalista już niczego lepszego nie wykręci, ale Unia Leszno właśnie zmroziła mi krew w żyłach, bo przecież była siódma, przedostatnia i czekała na baraże, których ostatecznie nie było. Życzę więc sobie, abyśmy w 2017 r. nie pojechali o poprawienie tego wyniku, bo to byłby dramat. Mając w głowie wnioski z przeszłości, pracujemy, aby tym razem sezon pomistrzowski był znacznie lepszy.

Na koniec poproszę o dokończenie zdania. Jeśli ktoś mówi, że zna się na żużlu to...

- Jest kłamcą, tak naprawdę nie ma nikogo, kto się zna na żużlu. Czasami ktoś trafi, ale częściej to są pomyłki.

Więcej o: