Synowiec: Takiego Piotra Śwista znam i zawsze będę pamiętał

Powiem wprost: podoba mi się akcja umieszczania na koronie gorzowskiego stadionu płyt upamiętniających byłych żużlowców, którzy w sposób wybitny zasłużyli się w Stali. Mają już swoje płyty Zenon Plech, Bogusław Nowak, Jerzy Rembas, Mieczysław Cichocki i Tomasz Gollob. W kolejce czeka wielu innych, jak choćby Edmund Migoś, Andrzej Pogorzelski, Jerzy Padewski, Edward Jancarz, a pewnie znajdzie się też miejsce dla kilku zawodników zagranicznych. Napiszę teraz rzecz z pewnością nieco kontrowersyjną, ale dla mnie miejsce na koronie stadionu winien mieć również - a może przede wszystkim - Piotr Świst.
Gorzów.sport.pl i dziennikarze Gazety bliżej Ciebie - znajdź nas na Facebooku!

To prawda, że odszedł ze Stali, kiedy spadła ona z ekstraklasy, to prawda też, że kiedy startował w Zielonej Górze, chciał, aby zielonogórscy kibice traktowali go poważnie, ale to stanowczo zbyt słabe argumenty, aby kwestionować jego miejsce w historii gorzowskiego żużla.

Dla mnie Stal to przede wszystkim trzech zawodników: Edward Jancarz, Zenon Plech i Piotr Świst. Ten pierwszy ma stadion, ulicę i pierwszy pomnik żużlowca na świecie, drugi ma swoją tablicę i sympatię kibiców, choć dość umiarkowaną. Ten trzeci, pomimo 47 lat, nadal jest czynnym zawodnikiem, od lat reprezentującym barwy Polonii Piła, choć były okresy, że przydałby się i w naszym klubie, gdzie przejeździł 17 sezonów. Dzisiaj Świst nie ma aspiracji ekstraligowych. Cieszy go sama jazda i to, że pomimo iż jest najstarszym czynnym żużlowcem w Polsce, nadal jest w czołówce drugiej ligi, a w Pile jest darzony ogromnym szacunkiem.

Znałem osobiście Edwarda Jancarza i zdarzało mi się z nim spotykać prywatnie. Do dzisiaj mam w pamięci jego życiową bezradność z problemami, które pojawiły się po zakończeniu kariery. Z Zenonem Plechem byliśmy szkolnymi kolegami w drugim gorzowskim liceum, do dzisiaj zdarza nam się wspólnie wypić piwo. Piotra Śwista cenię i to bardzo, za jego serce do walki za Stal właśnie i dzisiaj, jak chcę powspominać stare czasy, to jadę do Piły, gdzie żużlowy czas zatrzymał się w miejscu. Poza torem Piotrek jest zwykłym, bezpośrednim i fajnym facetem i miło jest z nim pobyć również prywatnie. Ci zaś, którzy mu źle życzą, a przecież są tacy, muszą pamiętać, że z Gorzowa w atmosferze megaskandalu odchodził kiedyś sam Plech, odchodził Krzysztof Cegielski, a również, choć już bez złej otoczki, wyjeżdżali Bogusław Nowak, Andrzej Pogorzelski, Ryszard Fabiszewski czy Mieczysław Woźniak.

Nie da się zliczyć wygranych przez Śwista piętnastych, często decydujących o wszystkim wyścigów. To on był ojcem dwóch srebrnych medali dla Stali w drużynowych mistrzostwach Polski w latach 1992 i 1997. To on jako junior robił komplety w co drugim meczu, a już w 1990 roku był najlepszym zawodnikiem ekstraklasy, zostawiając za sobą nawet Tomasza Golloba.

Zapamiętałem szczególnie trzy mecze ligowe Śwista. Rok 1988 - przegrywamy w Lesznie z Unią aż 33 do 57, ale honor ratuje nam Piotrek, zdobywca 17 punktów. Rok 1992 - mecz z Polonią w Bydgoszczy - Stal nieznacznie przegrywa, ale najlepszy na torze jest Świst, który wywalczył 16 punktów, więcej niż Andy Smith, Sam Ermolenko, Gary Havelock i bracia Gollobowie. Trzeci mecz to rok 1997 i Leszno. Po 14 biegach jest 42 do 42. W ostatnim wyścigu jadą Roman Jankowski i Damian Baliński ze strony Unii, a Świst i Tony Rickardsson ze strony Stali. Mecz oglądałem w towarzystwie redaktora Roberta Gorbata, który widząc moją zatroskaną minę, szturchnął mnie, mówiąc - co ty się, człowieku, martwisz, Piotrek takich biegów nie przegrywa. I wygrał, a Stal zwyciężyła w meczu.

I jeszcze jedno. Piotr Świst brał udział w jednym z najbardziej makabrycznych wypadków na torze, jakie się wydarzyły. W Wiener Neustadt w Austrii, w trakcie półfinału Mistrzostw Świata Par wyleciał z toru i spadł na betonowe trybuny. Miał połamane wszystkie kończyny i urazy głowy. Umierał na trybunach na rękach zrozpaczonego mechanika Stanisława Maciejewicza i tylko przytomność austriackich lekarzy uratowała mu życie. Tylko jeden zawodnik na świecie po takiej kontuzji mógł i chciałby wrócić na tor. To był właśnie on. Już po kilku miesiącach, jeszcze w gipsie, zrobił w Gorzowie kilka kółek, aby w następnym roku być czołowym jeźdźcem w Polsce. Jednym z pierwszych jego występów po wypadku były eliminacje indywidualnych mistrzostw świata w niemieckim Neubrandenburgu. Kiedy pozostali biorący udział w zawodach żużlowcy dowiedzieli się, że przyjechał Piotr Świst i chce startować, a wszyscy widzieli na wideo jego wypadek, przychodzili go oglądać jak jakieś dziwowisko, nie wierząc, że facet chce nadal ryzykować, choć Bóg darował mu drugie życie. Oczywiście żużlowiec Stali awansował do kolejnej rundy.

Takiego Śwista znam i zawsze będę pamiętał, bo inni, nawet najwięksi, pojawiają się i przemijają, a Świst jest tu i zawsze tu będzie.

Za pamiątkową płytę dla niego z przyjemnością sam zapłacę.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny