Synowiec: Oby zacięte mecze w play-off uratowały prestiż żużlowej ligi

Niedzielny mecz Unii Leszno z gorzowską Stalą miał niebywałą dramaturgię i trzymał w napięciu do ostatniego wirażu piętnastego wyścigu. Remis zadowolił oba zespoły, a widowisko choć na chwilę uratowało prestiż żużlowej ekstraklasy, systematycznie nadwyrężany przez połowę zespołów w niej startujących.
Stal pokazała siłę swojego kwartetu (Kasprzak, Zmarzlik, Iversen i Zagar), ale też słabość drugiej linii, a Unia Leszno pod wodzą charyzmatycznego Adama Skórnickiego, który każdego dnia zaskakuje swoją skutecznością i wpływem na drużynę "Byków", pomimo dużego osłabienia (Pedersen, Przemek Pawlicki) zgłosiła swoje medalowe aspiracje.

Na innych torach zarówno w ekstralidze, jak i niższych ligach działy się rzeczy bardzo smutne i w historii żużla niemal niespotykane. Włókniarz Częstochowa "nie chciał zmarnować pieniędzy" - słowa ich prezesa, przysłał do Zielonej Góry zespół juniorów, który zdobył 21 punktów, kompromitując i swoje miasto, i władze klubu, przy okazji narażając zielonogórzan na ogromne straty finansowe, a żużlową ekstraklasę na niezmywalną plamę na wizerunku. Mam nadzieję, że ten zespół, który od dwóch lat nikomu za nic nie płaci, a który będzie startował w barażach o utrzymanie się, i tak nie dostanie licencji na przyszły sezon.

Podobnie było w Gdańsku, gdzie mecz Wybrzeża z tarnowską Unią oglądało kilkuset widzów, a na torze walczyli z Hancockiem, Kołodziejem, Łagutą i Vaculikiem zawodnicy o nazwiskach Bieliński, Beśko, Kossakowski i bracia Szymko. Razem na własnym torze ten zespół uzbierał 26 "oczek". Gdańsk spada z hukiem z ekstraligi i mam nadzieję, że na długie lata.

Równie pięknie pożegnali się ze swoimi najwierniejszymi kibicami zawodnicy wrocławskiego Betardu, przegrywając z Toruniem 26 punktami (najlepszym na torze był niejaki Patryk Malitowski). Mecz można było obejrzeć w telewizji, tylko nie wiadomo ilu widzów dotrwało do końca transmisji.

W pierwszej lidze kandydat do awansu - Start Gniezno - zdobył w Rybniku 22 punkty, najwyraźniej robiąc wszystko, aby przypadkiem nie trafić do pojedynków barażowych, bo w Gnieźnie długi też są wieloletnie. Widzów i tam było tyle co kot napłakał i jedyne, co dobrego można było zobaczyć, to komplet 15 punktów juniora Kacpra Woryny - wnuka legendy polskiego żużla, jego dziadka, nieżyjącego już Antoniego Woryny. Wspomnieć też trzeba o drugiej lidze, bo i tam widać dno od spodu. Na meczach w Opolu i Rawiczu było tylu widzów, ilu ogląda mecze piłkarzy Piasta Karnin w trzeciej lidze.

Więcej informacji sportowych szukajcie na Gorzów.sport.pl



Co to wszystko oznacza? Niestety, to oznacza radykalny spadek zainteresowania żużlem nie tylko ligowym, ale żużlem w ogóle. I nie ma się co dziwić, bo gorszej kondycji speedway nie miał w Polsce nigdy. Jedyna nadzieja na poprawę wizerunku to zacięta walka o medale w play-off, choć i tu plaga kontuzji i innych problemów (Falubaz) może wszystko wywrócić do góry nogami. No i jeszcze baraże o ekstraklasę. Na dzisiaj pojedzie w nich (nie wiadomo po co) częstochowski Włókniarz, tyle tylko, że nie ma drugiego chętnego, bo i Gniezno, i Grudziądz nie mają na baraże najmniejszej ochoty. Najlepszy byłby w takiej sytuacji obustronny walkower i najwyższa liga siedmiozespołowa w przyszłym roku, bo kolejny w pierwszoligowej tabeli Orzeł Łódź stadion dopiero ma zamiar budować - na obecnym spotkań ekstraligowych jeździć się nie da.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny

Zobacz także
  • Król Europy, parada i mocarny skuter. W piątek zaroi się od aut na moście
  • Tomasz Gollob Gollob zostawił dłoń. "Bez Gorzowa nie byłoby mistrza świata" [WIDEO, ZDJĘCIA]
  • Remis w Lesznie. Załatwione derby w play-off, a Toruń wysłaliśmy na wakacje