Synowiec: Falubaz nie miał w Gorzowie żadnych szans

Jesteśmy po kolejnych żużlowych lubuskich derbach. Jak to zwykle ostatnio bywało wygrał gospodarz 50 do 40. Zawody nie wzbudziły żadnych moich emocji, bo wynik był do przewidzenia. Po prostu Falubaz jadący bez swojego kapitana i z beznadziejnym od początku sezonu Andreasem Jonssonem (ach gdzie jest ten Andreas z czasów startów w Stali czy bydgoskiej Polonii?) oraz z juniorami, którzy o żużlu mają pojęcie raczej blade, nie miał w Gorzowie żadnych szans.
40 zdobytych punktów to i tak bardzo dobry wynik, Stal powinna i mogła wygrać rewanż znacznie wyżej. Moją uwagę wzbudził za to komentarz telewizyjny w wykonaniu byłego trenera obu lubuskich klubów - Czesława Czernickiego. Obiektywny, kompetentny i wygłaszany z ikrą. Taki kierunek winni obrać wszyscy komentatorzy żużla (gdzie, ach gdzie jest fenomenalny Tomasz Lorek?), którzy jak na razie ględzą tak niemiłosiernie, że ręce i nogi opadają.

Jeśli chodzi o play-off to pytanie jest tylko jedno: czy toruński Unibax wyprzedzi Unię Leszno? Przed sezonem zespół z Torunia, grupujący najlepszych zawodników świata, nawet z minusowymi punktami był absolutnym pewniakiem do miejsca w czołowej czwórce, a potem do złota, ale obecna sytuacja nie wygląda dla torunian tak różowo. Emil Sajfutdinow doszedł wprawdzie do siebie po ciężkiej kontuzji, podobnie Darcy Ward, a w swojej dobrej dyspozycji jest junior Paweł Przedpełski, ale dalej to nie tyle problem, co prawdziwa tragedia. Chris Holder - i tak jeżdżący przeciętnie - odniósł kolejną kontuzję. Adrian Miedziński jeździ bardziej niż chimerycznie, a Tomasz Gollob to smutny obraz upadku byłego mistrza świata, który nie dostrzegł momentu, kiedy trzeba zakończyć karierę i ratować swoją legendę.

Leszno to też ligowa porażka. Zespół przeżywa duży kryzys i gdyby nie jazda krytykowanego Nicki Pedersena, byłaby klęska za klęską. Dość powiedzieć, że w ostatnim meczu Przemysław Pawlicki, Grzegorz Zengota i Damian Baliński zdobyli łącznie 2 punkty.

Ciekawiej za to robi się w dole tabeli. Włókniarz Częstochowa, Sparta Wrocław i Wybrzeże Gdańsk mają po 4 punkty, co daje złudne nadzieje, że walka o utrzymanie będzie trwała do końca. Tak jednak nie będzie. Te trzy zespoły uczestniczą w swoistym balu na "Titanicu" i tylko czekać, kto pierwszy się utopi. Włókniarz systematycznie trwoni zaufanie i zainteresowanie swoich kibiców. Pierwsze mecze oglądało po 15 tysięcy ludzi, a ostatni pewnie zdecyduje się zobaczyć kilkaset osób. Tego jeszcze w naszej lidze żużlowej nie było. Długi, afery, niekompetencja działaczy, dymisje, dopełniają ten smutny obraz. Dalej to już tylko upadek klubu. Nie lepiej jest w Gdańsku. Wprawdzie gdańszczanie szczęśliwie wygrali ostatni mecz, ale i tu nie ma potencjału nie tylko na ekstraligę, a na żużel w ogóle. Teoretycznie najlepsza sytuacja jest we Wrocławiu. Zespół mający mistrza świata Taia Woffindena, bojowego Macieja Janowskiego, uczestnika Grand Prix Troya Batchelora, a nadto niezłych wcześniej Juricę Pavlica i Tomasza Jędrzejaka, winien walczyć o play-off, ale w realu przyjdzie bić się o utrzymanie bez rywalizacji w barażach. Drużynę opuścili kibice, a jak wieść gminna niesie, z takim samym zamiarem nosi się charyzmatyczna pani prezes tego klubu Krystyna Kloc, na której opiera się byt Sparty od dobrych kilkunastu lat. Jeśli okaże się to prawdą, to i ten klub czekają bardzo ciężkie dni. Być może więc nie trzeba będzie wyłaniać spadkowicza, bo wszystkie trzy zespoły dobrowolnie opuszczą ekstraligę i to na długie lata.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny