Wilk morski i jego wierny kajak. Aleksander Doba przepłynął Atlantyk [WIDEO]

Niedawno przepłynął z Portugalii na amerykańską Florydę. W najdłuższym samotnym rejsie kajakiem przez Atlantyk. Ale ostatni etap jego wyprawy prowadzi z Gorzowa do Szczecina.
- To był chyba najtrudniejszy kawałek w tym transatlantyckim rejsie - żartował Aleksander Doba, kiedy dobił do gorzowskiego bulwaru. Ma za sobą 4,5 tys. mil morskich, osiem sztormów i walkę z prądami, a miałby kłopot z malutkim odcinkiem z gorzowskiego portu do bulwaru wschodniego?

- Wiedziałem, że ludzie na mnie tu czekają i nie zdążyłem jeszcze zamontować steru. A płynąć takim kajakiem, który waży ok. 500 kg, bez steru nie jest łatwo - wyjaśnia Aleksander Doba. Ster zamontuje sobie już na spokojnie poniżej Gorzowa.

Kajakarz wypłynął właśnie z Gorzowa na ostatni, symboliczny właściwie etap swojej transatlantyckiej wyprawy kajakiem.

Miał płynąć z Poznania do Trzebieży nad Zalewem Szczecińskim, bo pochodzi ze Swarzędza, a mieszka w Policach. Natomiast podróżnik nie może oczywiście usiedzieć na miejscu i po pokonaniu oceanu popływał sobie jeszcze Popradem i Dunajcem podczas Tygodnia Dzikich Wód. - I po prostu bym nie zdążył dopłynąć z Poznania na czas. Dlatego wybrałem port w Gorzowie - tłumaczy.

A kajak musiał wodować w porcie, bo to nie taki sprzęt, który można przenieść w dwie osoby. Oceaniczny kajak musiał przenieść na wodę dźwig. - Czułem się w tym kajaku bezpiecznie. On jest niezatapialny. Poza tym jest tak skonstruowany, że nie będzie płynął do góry dnem - opowiadał.

Aleksander Doba wyruszył siedmiometrowym kajakiem z Europy 5 października 2013 r. z portugalskiej Lizbony. Wyznaczył sobie trasę przez Bermudy na Florydę. Kajakarz ciężko walczył też z prądami morskimi i pogodą. - Przepłynięcie Golfstromu w poprzek to było przeżycie. Jak jazda na dzikim mustangu - wspomina. W styczniu zaskakujące jak na tę porę roku w tej części Atlantyku prądy zaczęły go spychać w stronę Afryki. Udało mu się jednak wyrwać i znów skierować kajak w stronę Ameryki. Przeszedł cało przez pięć ciężkich sztormów.

24 lutego, w 144. dniu rejsu, dotarł na Bermudy, tam musiał naprawić ster i stamtąd ruszył w stronę Ameryki. 19 kwietnia o godz. 19.20 tamtejszego czasu wpłynął do New Smyrna Beach na Florydzie, kończąc sukcesem najdłuższą w historii kajakową podróż, w jaką kiedykolwiek wybrał się człowiek. W kajaku spędził łącznie 166 dób, 23 godziny i 38 minut.

Trzy lata temu Doba pokonał Atlantyk nieco krótszą trasą, z Afryki do Brazylii. Tamta wyprawa trwała 99 dni.

Po powrocie z USA podróżnik gości w różnych miastach Polski, gdzie opowiada o swoich wyprawach.

Dlaczego odcinek z Gorzowa do Szczecina i Trzebieży ma być ostatnim etapem wyprawy? - Ja już wróciłem jakiś czas temu, byłem w domu, ale kajak jeszcze nie. Teraz wracamy już w komplecie. W piątek o 17 musimy być w Szczecinie, bo szykowane jest powitanie - mówi. A niezwykłego podróżnika z wypłowiałą od morskiej wody i wiatru długą brodą wszędzie witają entuzjastycznie. - Zwłaszcza w New Smyrna Beach ciepło mnie przyjęto. Burmistrz ogłosił, że dzień przybycia Aleksandra Doby jest dniem świątecznym. Mam na to certyfikat - wspomina.

W gorzowskim porcie i potem na bulwarze podróżnika odprowadzali gorzowscy wodniacy, młodzież z klubu Admira. Gorzowianin Marek Wesoły, kolega pana Aleksandra Doby, jeszcze z turystycznych wodnych szlaków popłynął z nim również kawałek swoim kajakiem w dół rzeki.