Synowiec: Takie Grand Prix nie przetrwa. Zostawmy cztery albo tylko jeden turniej

Upadek żużlowego cyklu Grand Prix w dotychczasowej formule, zapowiadam już od kilku lat. Moje przepowiednie zaczynają się realizować w przyspieszonym tempie. Dzisiaj jestem przekonany, że już teraz, po właśnie trwającym sezonie, muszą nastąpić ogromne zmiany, jeśli cały cykl ma przetrwać.
Druga tegoroczna impreza w Bydgoszczy była prawdziwym szokiem i dla kibiców i dla organizatorów, bo 4,5 tysiąca widzów to dobra frekwencja na meczach Orła Łódź, ale dla Grand Prix to zwykła poruta i klapa finansowa.

Jeszcze gorzej miały się sprawy w pierwszym turnieju, jaki został rozegrany w Finlandii, w mieście Tampere. Stadion przyzwoity, ale tor nadawał się do wyścigów kłusaków. Żużel wyglądał na nim komicznie. Od wielu już lat nie rozgrywa się zawodów żużlowych na torach o długości ponad 400 metrów, bo na takich obiektach ścigają się specjaliści od długich torów. Walki nie było żadnej, na torze rządził przypadek, a żużlowcy przyjeżdżali na metę w odstępach kilkudziesięciometrowych. Do tego stawka zawodników wołająca o pomstę do nieba. Kauko Nieminen, Joonas Kylmakorpi i Chris Harris to ludzie z innej żużlowej bajki. Nic więc dziwnego, że nawet liczna widownia zasypiała z nudów, a po kolejnych biegach ludzie masowo szli do domu. Dość powiedzieć, że do końca zawodów nie wytrwała nawet połowa kibiców. W przyszłym roku ma nastąpić powtórka tego eksperymentu. Szkoda pieniędzy organizatorów, bo taki żużel, to żużel dla nikogo i antypropaganda tego sportu.

Za kilkanaście dni będzie miała miejsce kolejna odsłona dramatu - Grand Prix Czech w Pradze. Z dziką kartą pojedzie niejaki Vaclav Milik. Nikt nie jest w stanie mi powiedzieć, gdzie ten człowiek jeździ i co do tej pory osiągnął. Przewiduję frekwencję w granicach kilku tysięcy przymusowo spędzonych, okolicznych mieszkańców plus atrakcje w postaci ględzących po świetnym, czeskim piwie komentatorów telewizyjnych. Potem następna runda w szwedzkiej Malilli (nawet wytrawni kibice nie wiedzą, gdzie taka miejscowość leży) i już możemy z ciekawością oczekiwać na kolejny eksperyment, czyli Grand Prix w Rydze na Łotwie, na stadionie, na którym ostatnia impreza sportowa była rozegrana 20 lat temu, a sam obiekt mógłby śmiało służyć jako dekoracja do filmu "Mad Max".

Co więc czynić poza płaczem i zgrzytaniem zębami? Ano już dzisiaj włodarze Stali powinni myśleć jak zapełnić obiekt na naszej imprezie, jaka zostanie rozegrana w Gorzowie 30 sierpnia. Kibice, którzy pamiętają ubiegłoroczną imprezę i bardzo obniżone ceny biletów, sprzedawanych w ostatnich dniach, tym razem nie dadzą się nabrać. Więc trzeba rozprowadzać wejściówki po przysłowiowej dyszce już teraz, bo przed samym turniejem nie da się ich wcisnąć nawet po piątalu.

Gorzej jest z odpowiedzią na pytanie: co robić z całym cyklem Grand Prix? Tu nie ma mądrych. Przewiduję, że BSI, czyli organizator turniejów, dojdzie do wniosku, że więcej z tej zabawy pieniędzy się nie wyciśnie i porzuci ją bez żalu. Ci, co przejmą schedę po BSI, będą musieli ograniczyć się do czterech, może pięciu imprez na poważnych stadionach (nasz Narodowy, Cardiff, Kopenhaga, może Sztokholm i Berlin), albo po prostu powrócić do takiej formuły, jaka obowiązywała 20 lat temu, czyli jednego turnieju, który wyłaniał żużlowego mistrza świata. Wyłanianie najlepszego na świecie w formule wielu imprez, sprawdziło się w kilku dyscyplinach motorowych (Formuła 1, MotoGP). Wydawało się też, że chwyci w żużlu. Ten rok uwidacznia nam jednak, że cykl w obecnej formie umiera i nic tego zmienić już nie może. Zobaczymy to również my - mieszkańcy Gorzowa. I tylko nie wiem, czy za takie doświadczenia warto było zapłacić kilkanaście milionów złotych.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny