Guzenda: "Pożyczałem Stali swoje oszczędności, w tajemnicy przed żoną"

Mariusza Guzendę prokuratura oskarżyła o przywłaszczenie 250 tys. zł. Te pieniądze miał przekazać mu biznesmen Stanisław P. Nigdy jednak nie trafiły do kasy klubu żużlowego Stal, którego Guzenda był prezesem. Guzenda stanowczo odpiera te zarzuty, do winy się nie przyznaje, a przed sądem złożył obszerne wyjaśnienia.

Relacja "Gazety Wyborczej" z pierwszego dnia procesu przed gorzowskim sądem



Stanisława P. [to on zeznał, że przekazał Guzendzie 250 tys. zł w pięciu równych ratach w ramach sponsoringu Stali Gorzów - red.] poznałem w 2001 roku - zaczął swoje wystąpienie w sądzie Mariusz Guzenda (zgodził się na publikację nazwiska i wizerunku), były prezes Stali i wiceprezydent Gorzowa. - To było spotkanie w gabinecie Tadeusza Jędrzejczaka, prezydenta Gorzowa. Pamiętam, że chodziło o zapoznanie się z inwestycją, którą P. chciał przeprowadzić na bazie upadających Zakładów Mechanicznych "Ursus". Na majątku tych zakładów i z wykorzystaniem ludzi zamierzał produkować elementy do turbin wiatrowych. Stanisław P. nie był dla nas anonimową postacią. Było o nim głośno i niekoniecznie były to opinie pochlebne. W spotkaniu uczestniczyłem z mieszanymi uczuciami. Ale perspektywa pracy dla tysiąca osób była dla nas kuszącą wizją.

Pożyczał pieniądze metodą "na wiceprezydenta"

Prezesem Stali zostałem w styczniu 2002 r., tak z łapanki. Klub żużlowy był w bardzo złej sytuacji finansowej. Mieliśmy 310-315 tys. zł zaległości wobec zawodników. Musiałem z nimi negocjować. Nie dość, że trzeba było ich spłacić, to jeszcze musieliśmy znaleźć dla nich pieniądze na przygotowanie sprzętowe. Zaczęliśmy pilnie pozyskiwać pieniądze na klub. Gdy przyszedłem do klubu, powiedziałem, że musi w nowym zarządzie być osoba z poprzedniego. Taka, która zna sytuację Stali i orientuje się w klubowych sprawach. Wspierał nas sponsor i poprzedni prezes Les Gondor. Powiedział, że na starcie można załatwić 600 tys. zł - to pieniądze z umowy sponsorskiej z browarem Bosman oraz od telewizji za prawa do transmisji.

Wśród źródeł pozyskiwania pieniędzy na Stal Gondor wskazał Stanisława P. - mówił przed sądem Guzenda. - Za prezesury Gondora P. wspomógł Stal kwotą 250 tys. zł. Warto ją podkreślić, ona jest reprezentatywna.

W połowie 2002 roku, gdzieś w lipcu czy sierpniu, skończyły się moje możliwości pożyczania własnych pieniędzy klubowi. Przeznaczyłem na to moje oszczędności, nagrody, premie, wszystko szło na klub. W tajemnicy przed żoną. Dowiedziała się o wszystkim dopiero po tym, jak mnie aresztowali [w 2008 roku - red.].

Klub miał tak marną wiarygodność, że nikt nie chciał ze mną rozmawiać jako prezesem Stali. Ze mną rozmawiano jako wiceprezydentem Gorzowa. Tak musiałem działać. Tak udawało się pożyczać i załatwiać pieniądze na klub.

Interesy z panem P.

W sierpniu stanąłem pod ścianą. Zawodnicy nie mieli za co naprawiać sprzętu. Wykonałem więc telefon do Stanisława P. On zaprosił mnie do Koszewa czy Koszewka, już nie pamiętam, te wioski dzielą trzy kilometry. P. bardzo nalegał, bym przyjechał z prezydentem Jędrzejczakiem. Skontaktowałem się z Ireną, jego asystentką. Starała się mi ten pomysł wybić z głowy. Ona też pochodzi z Dębna, a jej mąż pracował w firmie P. Wiedziała, co to za człowiek.

Nie chciałem jechać sam do P. Chciałem mieć świadka. Pytałem kolegów. Pojechał ze mną Jan Kaczanowski, przewodniczący rady miasta. Zasugerowałem P. wsparcie Stali kwotą 250 tys. zł. Wiedziałem, że tyle dostał od niego Gondor. Kupował on zresztą zakłady mechaniczne za 25 mln zł, więc uznałem, że mniejsza kwota byłaby dla niego obraźliwa. P. stwierdził, że nie ma takich pieniędzy.

Mówił wtedy, że chciałby, by miasto pomogło mu wprowadzić tereny po Ursusie do strefy ekonomicznej. Wiedziałem, że to niemożliwe. Tamte tereny należały do prywatnego właściciela, a nie do gminy. Rozstaliśmy się.

Dzień później P. wysłał syna do klubu i przekazał 40 tys. zł dyrektorowi Witoldowi Głowani. Po dwóch tygodniach znów zadzwoniłem do P. Do Koszewka pojechał Głowania, przywiózł 20 tys. zł. P. nie chciał pokwitowań. Sztuką było więc formalnie wprowadzić to do kasy klubu. Kazałem to zapisać jako pożyczki, i tak figurowało w księgach do 2008 roku.

Chcieli 10 mln zł za stadion

Równocześnie Gondor naciskał mnie w sprawie nabycia stadionu przez miasto. Zagroził, że jak nie kupimy, to on zawiesi kłódkę i jazdy nie będzie. Zaproponowałem więc, by złożył ofertę. Zażądał za stadion 10 mln zł - to była kwota całkowicie oderwana od realiów. Powiedziałem, aby kwotę urealnił. Stadion to specyficzny obiekt, tam nie sprzedaje się marchewki, nie zarabia się na nim. Taka nieruchomość jest tyle warta, ile kupujący może dać - powiedziałem Gondorowi. Przyszła kolejna oferta - 7 mln zł.

Prezydent Jędrzejczak podjął decyzję, że odstępujemy od negocjacji. I przenosimy żużel na stadion przy Olimpijskiej. Powstała już nawet koncepcja przebudowy i wizualizacja obiektu. Zrobiliśmy konferencję i pokazaliśmy to w mediach.

Cztery dni później w urzędzie pojawił się niejaki Józef M. Wszedł do gabinetu i przepraszał od progu. Zaznaczał, że jest tylko posłańcem. Przysłał go pan Stanisław, wszyscy wiedzieliśmy, o kogo chodzi, i że ten pan Stanisław prosi o pokwitowanie za te 200 tys. zł, które mi przekazał. Nie podpisałem. Byłem zszokowany. Pamiętałem, że ta kwota to było 60 bądź 80 tys. zł. Zrozumiałem, że to próba szantażu w reakcji na to, że odmówiliśmy kupna stadionu.

Do sprawy wróciliśmy z Lesem Gondorem w 2004 r. Wtedy mogłem nie wiedzieć, że faktycznym właścicielem jest firma P. Doszliśmy do arbitrażu. Skoro były dwie rozbieżne wyceny, podpisaliśmy porozumienie, że zlecimy kolejną wycenę stowarzyszeniu rzeczoznawców. I przyjmiemy ich ustalenia za ostateczne.

Kto kupił, kto doniósł

Mieliśmy podpisać akt notarialny 18 grudnia. Gondor powiedział, że dzień wcześniej w urzędzie pojawił się komornik ze Stargardu, miał zajęcie na rzecz banku na kwotę 4 mln zł. Na nieruchomości była hipoteka 900 tys. zł. Skarbniczka urzędu stwierdziła, że nie dokona kontrasygnaty. Czas uciekał, a ciśnienie był duże. Mieliśmy sponsora na sezon 2005, ale stawiał warunek: stadion musi być miejski.

Zaproponowałem, żeby stadion sprzedawała nam spółka, która nie ma zajęć i obciążeń. Kilka tygodni później stadion był już w spółce Warta Tourist Lesa Gondora, tuż przed rozpoczęciem sezonu podpisaliśmy umowę notarialną [ostatecznie miasto kupiło stadion za 3 mln 250 tys. zł - red.].

Długo nie wiedziałem, skąd oskarżenie mnie. Przejrzałem dokładnie akta, tam znalazłem donos P. na mnie, za uniemożliwienie wykonania czynności przez urzędnika państwowego, czyli komornika. P. donosił też na Gondora.

Chciałbym zaznaczyć, że na żadnym etapie śledztwa nie zmieniałem zeznań, najwyżej uzupełniałem o jakieś szczegóły. Robiłem tak w odróżnieniu od moich adwersarzy, którzy mnie oskarżyli.

* śródtytuły pochodzą od redakcji

Dziennikarze "Gazety Wyborczej" bliżej Ciebie - znajdź nas na Facebooku!



Więcej o: