Synowiec: Grand Prix bez Sajfutdinowa? To więcej bylejakości

Rezygnacja Emila Sajfutdinowa z uczestnictwa w Grand Prix jest dla mnie wiadomością nieoczekiwaną i nieprzyjemną, acz potwierdzającą moje wcześniejsze zapowiedzi o systematycznym upadku całego cyklu.
Sajfutdinow uzasadnił swoją decyzję długami po poprzednim sezonie, które uniemożliwiają mu należyte przygotowanie się do poważnej walki o tytuł mistrza świata. Długi to po części wynik ubiegłorocznej kontuzji, ale przede wszystkim niesolidności jego pracodawcy - częstochowskiego Włókniarza, który ostatnio nawet usiłował doprowadzić do ukarania Rosjanina za to, że jego menago energicznie upominał się o należne zawodnikowi pieniądze.

Rezygnacja Sajfutdinowa, człowieka, który gdyby nie kontuzja, pewnie zostałby w ubiegłym roku mistrzem świata, to bardzo zła wiadomość dla wszystkich kibiców żużla, zwłaszcza dla tych, którzy jeszcze emocjonują się zawodami Grand Prix. Brak Emila oznacza mniej emocji, mniej walki do upadłego, a za to niestety więcej bylejakości i przeciętniactwa.

Wystarczy wskazać, że zastąpi go bezbarwny Australijczyk Troy Batchelor i przypomnieć, kto jeszcze pozostał w cyklu i kto oczekuje na kolejne, ewentualnie zwolnione miejsce, choćby przez urazy, które tak wiele zmieniały w GP w 2013 roku. Pewność startów mają Szwed Fredrik Lindgren - obliczalny i przeciętny do granic bólu, zużyty sportowo Duńczyk Kenneth Bjerre, Niemiec Martin Smolinski, który kiepsko sobie radził nawet w naszej drugiej lidze, Chris Harris, który "Bomberem" był dziesięć lat temu, a dzisiaj przegrałby z wszystkimi czołowymi polskimi juniorami, oraz Andreas Jonsson, którego bojowość i nieustępliwość podziwialiśmy wiele lat temu, bo dzisiaj to stateczny mąż i ojciec, a po dawnej zadziorności nie został nawet ślad.

Na swoją szansę czeka niecierpliwie (kolejność ustalona w GP Challenge), znany nam z występów w Stali Gorzów Michael Jepsen Jensen - ten chłopak ma akurat przyszłość przed sobą i jak najszybciej powinien znaleźć się w cyklu. Za to zaraz za nim ustawili się: Hans Andersen, o którym trudno dzisiaj powiedzieć cokolwiek innego niż to, że powinien przesiąść się na quady, Daniel King, o którym nic nie wiadomo, poza tym, że jest, Piotr Pawlicki, Daniel Nermark - dzisiaj bardziej emeryt niż żużlowiec, Maciej Janowski, Thomas Jonasson, Czech Vaclav Milik, który w miarę poprawnie potrafi przejechać cztery okrążenia toru, oraz niejaki Timo Lahti, zawodnik z Finlandii.

Krótko mówiąc - niezła szopka i nie wiadomo, czy płakać czy też dać sobie spokój z Grand Prix i skupić się na lidze, co zresztą sugeruje większość kibiców. Symboliczne wynagrodzenie za starty w cyklu, jakie otrzymują zawodnicy, brak jakiegokolwiek rozwoju terytorialnego, znikanie kolejnych, wielkich stadionów, coraz mniejsza widownia to wyraźne objawy poważnej choroby, jaka niestety toczy ten sposób wyłaniania mistrza świata. Do tego dochodzi wojna z organizatorami mistrzostw Europy oraz ogromny haracz płacony przez polskich organizatorów, którzy tak jak Gorzów płacą miliony za wybrakowany towar. Ciekawe, kto w tym roku wypełni stadion im. Edwarda Jancarza na GP, bo myślę, że niestety trzeba będzie sprzedawać bilety po 10 złotych i robić łapanki nie tylko w szkołach podstawowych w samym mieście, ale i w okolicach.

Jerzy Synowiec - znany gorzowski adwokat, niegdyś prezes Stali, obecnie radny